Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Hanny Marii Żarskiej (Szczepańskiej)


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

Relacja Hanny Marii Żarskiej (Szczepańskiej)

 

Urodziła się 3 IV 1932 roku w Warszawie, zamieszkała w okresie okupacji przy ul. Grójeckiej 40a m. 16 na Ochocie. Relacja Hanny Marii Żarskiej została złożona przed Główną Komisją Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu.

 

     Przed wojną oraz w czasie okupacji mieszkałam z rodzicami, a właściwie w czasie okupacji z matką w Warszawie przy ul. Grójeckiej 40a m. 16. Ojciec mój zginął na Wschodzie w Starobielsku. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku - miałam skończone 12 lat i ukończoną szkołę powszechną. Od chwili wybuchu Powstania razem z matką i mieszkańcami tej kamienicy przebywaliśmy w piwnicy. Dnia 2 sierpnia w godzinach popołudniowych nastąpił wybuch pocisku z "tygrysa" w budynku obok przy Grójeckiej 40. Niemcy wpadli do piwnicy strzelając i kazali nam opuścić budynek. Chowałam się ze strachu za matkę. Przeprowadzono Polaków z okolicznych domów na dziedziniec Domu Akademickiego przy pl. Narutowicza. Na dziedziniec ten przyprowadzono mnóstwo wysiedlonych wcześniej osób. Niemcy kazali nam klęczeć na ziemi pod groźbą pistoletów przygotowanych do strzału. Zgromadzono tam około 300 osób i na dziedzińcu przebywaliśmy aż do zmroku. Potem przepędzono nas do sali balowej. Selekcjonowano ranne osoby, których gdzieś odprowadzono. W tej sali balowej leżeliśmy pokotem bez wody i jedzenia. Raz na dobę wyprowadzano nas do ubikacji. Każdy miał przy sobie trochę jedzenia, ale nie mieliśmy nic do picia. W tej sali przebywaliśmy aż do 9 sierpnia. Stamtąd zabierali niektórych ludzi mówiąc, że mają iść do pracy. Tych ludzi, którzy zostali zabrani rzekomo do pracy popędzono przed czołgami na pozycje powstańców, którzy służyli za tarcze.
     9 sierpnia przepędzono nas na "Zieleniak" aż do rogu Opaczewskiej, popędzając strzałami oddawanymi do uformowanej z Polaków kolumny. Wewnątrz "Zieleniaka" pilnującymi nas byli mężczyźni o wschodnich rysach w niemieckich mundurach i rewidowali każdą osobę po kolei zabierając wszystkie wartościowe rzeczy. Rozdzierali ubrania, a nawet rozbierali do naga poszukując biżuterii. Koło mnie zastrzelili kobietę w ciąży, bo nie chciała się rozebrać. Przepędzono nas w głąb Zieleniaka i tam już w budach byli ukryci ludzie, których wcześniej Niemcy wyrzucili z domów. Pilnujący nas Kałmucy na Zieleniaku poszukiwali młodych dziewczyn w celu dokonywania gwałtów. Starsi ludzie chowali nas, chcąc uchronić przed ich bestialstwem. Ta noc była koszmarna, cały czas słychać było nieludzkie krzyki. Rano wypędzono nas i utworzono kolumnę i pędzono ulicą Opaczewską. Po drodze widziałam spalone ciała ludzi, matka zakrywała mi oczy. Widok był straszny. Zapędzono nas na dworzec i załadowano do wagonów kolejki i wywieziono do Pruszkowa. W Pruszkowie zagnali nas na duży ogrodzony teren. Chciałam z matką uciec stamtąd, ale złapał nas Niemiec i zaprowadzili na peron kolejowy. Rozdzielono mnie z matką, ale potem wróciłam do niej. Załadowano nas do krytych, bydlęcych wagonów i wieczorem pociąg ruszył.
     Jechaliśmy chyba dobę, cały czas byliśmy zamknięci. Pociąg zatrzymał się na rampie. Niemcy w czarnych mundurach z psami, wypędzali nas z wagonów. Spotkaliśmy siostrę mojej matki, która jak się okazało jechała z dziećmi w sąsiednim wagonie. Ciotka Jadwiga Dąbrowska była ze swoimi dziećmi Bogdanem 10 lat i Małgorzatą 6-letnią oraz Antoniną Osińską sierotą z rodziny lat 11. Jak się potem okazało przywieziono nas do Oranienburga, gdzie zaprowadzono nas do obozu. Na ogromnym placu w obozie staliśmy czwórkami przez całą noc. Na drugi dzień Niemcy dokonali selekcji, oddzielono mężczyzn i chłopców, zaś kobiety, dziewczynki i małych chłopców wyprowadzono i załadowano z powrotem do wagonów, które zaplombowano. W Oranienburgu byłam tylko jedną dobę. Razem w wagonie z moją matką była ciotka Dąbrowska z dziećmi oraz znajoma także z ul. Sękocińskiej pani Loda Karcherowa i pani Antonina Max z córkami. Tymi wagonami jechaliśmy bardzo długo. Były postoje, jechaliśmy 2 noce i dzień. Zatrzymaliśmy się na pustkowiu. Wypędzono nas i utworzono kolumnę. Niemcy pędzili nas do obozu, okazało się, że była to miejscowość Bergen-Belsen. Maszerowaliśmy drogą ogrodzoną drutami. Zapędzono nas do baraków i tam dostaliśmy pierwszy posiłek, a potem przebywaliśmy w ogromnych namiotach ustawionych na placu. Matka moja ciężko chorowała. Miała krwawą dyzenterię, leżała w namiocie na izbie chorych. Pamiętam, że ogrodzeniem był obóz Żydów amerykańskich, a po drugiej stronie obóz jeńców radzieckich. Żydzi chodzili w ubraniach cywilnych i mieli pościel, a my byliśmy bardzo głodni. Spaliśmy na placu na wrzosowisku. Jeńcy radzieccy wyglądali okropnie, nie mieli co jeść. Matka ostatecznie wyzdrowiała. Nie mogę dokładnie powiedzieć jak długo byliśmy na tym wrzosowisku, ale na pewno ponad 2 miesiące. Był już mróz, jak dowiedzieliśmy się, że będą nas wywozić z obozu. Chorzy mieli zostać wywiezieni w pierwszym transporcie i wówczas z panią Karcherową wyciągnęłyśmy w nocy matkę z namiotu chorych, aby była razem z nami.
     Po kilku dniach matka wyzdrowiała. Potem znów zapędzono nas do wagonów bydlęcych i wieziono nas chyba ze 3-4 dni i noce. Pamiętam, że były straszne bombardowania na stacjach kolejowych. Obawialiśmy się, że wszyscy zginęli. W końcu zatrzymaliśmy się. Wypędzono nas z wagonów. Była to miejscowość Braunschweig, gdzie nas przeprowadzono przez miasto. Potem z powrotem zamknięto nas ponownie w wagonach i zawieziono do miejscowości Lerthe. Tam zapędzono nas do obozu i kazano rozebrać się w ogromnej hali. Pilnowali nas Niemcy w zielonych mundurach. Powiedziano nam, że będziemy się kąpać. Wszyscy myśleli, że nas zagazują. Obcinali nam włosy i przeprowadzali dezynfekcję. Z tej hali nas wypuszczono i kazano ubrać się w swoją odzież. Przez cały czas trwało bombardowanie. Nie uszkodzonych baraków zostało kilka i do nich nas Niemcy zapędzili. Tam byliśmy około tygodnia. Robiono nam fotografie z numerami na piersiach. Potem ponownie załadowano nas do wagonów i zawieziono do obozu w Grasleben. Było tam dużo więźniów w pasiakach, zaś nam porobiono na ubraniach cywilnych krzyże na plecach farbą olejną. Matka znając język niemiecki była naszym tłumaczem, mnie przydzielono do pracy w kuchni. Pamiętam, że obierałam ciągle ziemniaki. W Grasleben byliśmy około dwóch tygodni. Pamiętam, że leżał już śnieg na polach. Ja wraz z matką i niedużą grupą osób, głównie były to kobiety w ciąży i z małymi dziećmi zostałyśmy zawiezione ciężarówką do wsi Walberg koło Helmstedtu. Mieszkaliśmy na dużym poddaszu piwiarni u Frau Schitte. Właścicielka piwiarni zabrała mnie i matkę do części domu przez siebie zamieszkałej. Matka pracowała u tej Niemki, a także musiałam pomagać przy osprzęcie inwnetarza. Ludzi mieszkających na poddaszu zabrano do obozu do Buchbergu, zaś ja z matką zostałam u tej Niemki, aż do wyzwolenia. Musiałyśmy ciężko pracować. Jadałyśmy ziemniaki, którymi były karmione świnie oraz jarmuż. Przeżyłyśmy tylko dzięki Polakom, którzy przebywali na robotach w tej wsi. Ciężko z matką chorowałyśmy. Tam jakoś tę zimę przeżyłyśmy. Pamiętam, że zostałyśmy wyzwolone przez Amerykanów 25 kwietnia 1945 roku. Wraz z ludźmi z obozu z Buchbergu uciekaliśmy do Marientalu, tam, gdzie było lotnisko amerykańskie. W Marientalu był obóz przesiedleńców. Byli tam Francuzi, Holendrzy, Ukraińcy i Polacy. Potworzono podobozy z różnych narodowości. Obok Marientalu w odległości 2 km był obóz żołnierzy z Powstania Warszawskiego.
     W rezultacie wróciłam z matką do kraju pierwszym transportem drogą morską pod koniec marca 1946 roku. Cały czas tej wędrówki byliśmy z ciotką i jej dziećmi. W Marientalu była szkoła i misje wojskowe. Chodziłam tam do I klasy gimnazjum. Życie było tam już jako takie zorganizowane. Tam matka dowiedziała się od spotkanych znajomych oficerów, że ojciec zginął w Starobielsku.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten