Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Janusza Koska


foto

     Po długim czasie, pociąg zatrzymał się w szczerym polu. Na niektórych wagonach znajdowała się budka, w której był żołnierz niemiecki. Niemcy otworzyli wagony, aby ludzie mogli załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Rozbawieni tym widokiem żołnierze zaczęli strzelać w powietrze z karabinów. Wtedy wszyscy z powrotem biegli do wagonów. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że jedziemy przez Częstochowę. Było widać klasztor na Jasnej Górze. Nad ranem, może około 5-tej godziny, moja babcia zobaczyła napis jakiejś miejscowości i stwierdziła, że wjeżdżamy na tereny włączone do Rzeszy Niemieckiej. Zobaczyliśmy tablicę z napisem "Auschwitz". Pociąg przy rampie stał około 1 godziny. Żołnierze nadal siedzieli w budkach. Byliśmy przygotowani na to, że wejdziemy na teren obozu. Po pewnym czasie poczuliśmy, że doczepiono do nas lokomotywę i ruszyliśmy z powrotem. Wszyscy w wagonie odetchnęli z ulgą. Według mnie, w tej części składu, w której był nasz wagon nie było nikogo poza pilnującymi nas wartownikami. Nie było ani gestapowców, ani psów. Zorientowaliśmy się, że wjechaliśmy z powrotem do Generalnej Guberni.
     Tymczasem zrobiło się już widno i pociąg zatrzymał się na stacji o nazwie Mszana Dolna. Niemcy zeszli z budek, pootwierali wagony i przy akompaniamencie ich wrzasków "raus", opuściliśmy wagony. Udaliśmy się wszyscy w kierunku budynku stacji, gdzie miejscowa ludność zapraszała nas do swoich domów.
     Po 2 dniach pobytu, ukazało się ogłoszenie, że wszyscy przybyli z Warszawy, powinni się zarejestrować w Urzędzie Gminnym. Matka moja zameldowała się i dostała dokument - zaświadczenie, z którym musiała pójść do niemieckiego Oberkommando, gdzie otrzymała pieczątkę, że zostaliśmy "ewakuowani" z Warszawy. Pozwalało to na poruszanie się po Generalnej Guberni. Wiele osób zdecydowało się na pozostanie w Mszanie Dolnej.
     Wiedzieliśmy, że siostra Matki, wyjechała w lipcu 1944 r. na wakacje do Poronina. Zdecydowaliśmy się pojechać do niej. Razem z nami wybrał się do Zakopanego, do swojej kuzynki, brat mojego ojca Aleksander. Wiedzieliśmy mniej więcej, do których górali ciotka corocznie jeździła. Napotkany gazda wiedział, że letnicy z Warszawy mieszkają przy ulicy Skupniowej. Tam odnaleźliśmy ciotkę z wujkiem i dwoje ich dzieci. Mieszkaliśmy około 150 m od lasu. Było tam spokojnie, ale na początku grudnia, Niemcy zaczęli wyłapywać przybyszów z Warszawy, aresztując tych, którzy mieli kennkarty wystawione w Warszawie. Moja matka i ciotka miały dokumenty wystawione w lubelskim i to je uratowało. Żołnierze dotarli również do nas, z tym, że górale uprzedzili nas o zbliżających się "łapaczach". Wujek i ja uciekliśmy do pobliskiego lasu. Wiedzieliśmy, że Niemcy do lasu nie wejdą z uwagi na przebywającą tam aktywną partyzantkę, nazwaną przez górali "Jędrusiami".
     W Poroninie na Białym Dunajcu był most kolejowy pilnowany przez Niemców. Przy nim stała wartownia. Górale opowiadali, że o godzinie 7-mej, w porze zimowej, gdy było już ciemno, Niemcy chowali się w wartowni, a na tory kolejowe wychodziła partyzantka. Rano partyzanci szli do lasu, a na tory wychodzili Niemcy.
     W Poroninie mieszkaliśmy aż do wyzwolenia. W tym domu, gdzie przebywaliśmy, wynajmował mieszkanie adwokat z Krakowa wraz z żoną. Był to starszy pan, w wieku między 40 - 50 lat. Nazwiska jego nie pamiętam.
     Pamiętam "Pasterkę" w 1944 roku, która odbywała się w nocy i mimo godziny policyjnej zarówno górale, jak i warszawiacy licznie i bez przeszkód wzięli w niej udział. To było wzruszające przeżycie. Nadzieja na lepsze jutro w wolnej Polsce wstąpiła w nasze serca.
     W styczniu 1945 roku na Podhale bez żadnych walk, wkroczyli Rosjanie. Rano usłyszeliśmy od górali, że "ruskie idą". Szli szosą w kierunku Zakopanego. Były to oddziały frontowe, które przesuwały się do przodu, a już poprzedniego dnia widzieliśmy szybko wycofujące się wojska niemieckie. Widziałem już Sowietów w 1939 roku podczas pobytu w Krasnymstawie. Wkroczyli oni około 20 września, z tym, że na krótko, ponieważ wkrótce wycofali się i miasto z powrotem zajęli Niemcy.
     W Poroninie niektórzy ludzie witali Rosjan, w tym wziął udział adwokat z Krakowa. Postanowił poczęstować ich papierosami. Uprzedzałem go, aby miał się na baczności, bo komunizm, to jest straszna rzecz. Nie uwierzył młodemu chłopakowi. Po pół godzinie wrócił przerażony. Opowiadał mi, że częstował ich papierosami, a oni chcieli wiedzieć, która jest godzina. "Spojrzałem na zegarek, a oni mi go zabrali" - mówił. "Widzi pan, jak ich pan powitał? - Będzie pan miał miłe wspomnienia" - powiedziałem mu.
     Oddziały radzieckie zakwaterowały się we wszystkich domostwach góralskich. Zachowywali się przyzwoicie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten