Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Janusza Koska


foto

     W tym czasie moja matka ze swoją siostrą i dziećmi została w Poroninie, a ja z wujkiem wyruszyłem do Warszawy. Nie było jednak żadnej możliwości pojechania tam jakimkolwiek środkiem transportu. Wobec tego wyruszyliśmy z Poronina do Krakowa pieszo. Szliśmy 3 dni. Po drodze, za Chabówką spotkaliśmy bardzo miłych młodych ludzi, którzy wracali z partyzantki. Byli to mieszkańcy Krakowa. Po drodze nie mieliśmy problemu ze znalezieniem noclegu, gdyż pokazanie przez partyzanta broni, otwierało przed nami wszystkie drzwi.
     W Myślenicach, jeden z młodych ludzi spotkał kolegów wracających z Krakowa. Oznajmili nam, że nie ma, po co tam wracać, ponieważ trwają zakrojone na szeroką skalę aresztowania ludzi z Armii Krajowej. Nasz towarzysz chciał zobaczyć się z rodzicami, których nie widział 2 lata. Postanowił zaryzykować i iść do domu.                     
     Rozstaliśmy się z nim w Krakowie. Poszedłem z wujkiem do naszego znajomego adwokata, dowiedzieliśmy się od niego, że żadne pociągi nie odjeżdżają do Warszawy. Związane to było z tym, że w miejscowości Tunel, został zawalony tunel kolejowy. Po dobrze przespanej nocy, postanowiliśmy wrócić do Poronina. W drodze powrotnej udało nam się przejechać do rozjazdu na Nowy Sącz, zatrzymaną wojskową ciężarówką Studebakerem produkcji amerykańskiej z załogą złożoną z Rosjan. Wujka mego zdziwiło, że samochód na masce silnika ma namalowaną białą gwiazdę i napis USA. Ponieważ wuj znał język rosyjski, powiedział im: "zobaczcie, jesteście armią radziecką, a macie napis USA?". Natychmiast mu odpowiedzieli: "niczewo, niczewo - eto Ubit Sukinsyna Adolfa". Mieliśmy kawałek wędzonej słoniny. Daliśmy ją tym żołnierzom, którzy bardzo ucieszyli się z tego daru. Przy rozjeździe, pożegnaliśmy ich i poszliśmy w kierunku Zakopanego. W okolicy Chabówki przeraziła nas śnieżna zawieja i widok idącego wojska radzieckiego w przeciwną stronę. Myśleliśmy, że wojsko to wycofuje się z Podhala.
     W końcu dotarliśmy do Poronina. Po kilku dniach udało nam się wynająć furmankę od górala, który miał nas zawieźć do Krakowa. Okazało się, że moja matka, opuszczając Warszawę, pod wkładkę w bucie, schowała dolary, które bardzo się przydały. Tylko taką walutę za przewóz żądał góral. Po dwóch dniach jazdy przybyliśmy do Krakowa, gdzie przenocowaliśmy i następnie udaliśmy się na dworzec. Pociągiem dojechaliśmy do miejscowości Tunel. Tam, wśród ogromnej zawiei, trzeba było obejść zawalony tunel kolejowy i wsiąść do czekającego tam towarowego pociągu. Dotarliśmy do Warszawy.
     Przyjechaliśmy około 15 lutego 1945 roku. Pociąg zatrzymał się około 2 km przed Dworcem Zachodnim. Wszyscy pasażerowie wysiedli w szczerym polu. W oddali widać było zabudowania kolonii kolejowej. W pewnym momencie podszedł do nas kolejarz i mówi: "gdzie wy z tymi dziećmi chcecie iść do centrum, tam jest makabra, waszych mieszkań może nie być, wszystko poburzone, chodźcie do mnie, rano pójdziecie". Przespaliśmy u niego do rana.
     Matka, wujek i ja udaliśmy się pieszo do centrum Warszawy. Ciocia z dziećmi czekała na nas u kolejarza. Pierwsze kroki oczywiście skierowaliśmy na ulicę Marszałkowską. Cała parzysta pierzeja ulicy, począwszy od ul. Piusa do ul. Wilczej, zachowała się w całości. Wyjątek stanowił uszkodzony front jednego z budynków. Nasz budynek przy ulicy Marszałkowskiej 56 nie był uszkodzony.
     W mieszkaniu zastaliśmy siostrę ojca, którą Powstanie zastało na Grochowie i której udało się wraz z wojskiem przejść przez most pontonowy i dostać się szybko do domu. W mieszkaniu nic nie zginęło, mimo przyjeżdżających do miasta "szabrowników".

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten