Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Szczęścik-Peruckiej


foto
Wywiad z Jadwigą Szczęścik-Perucką
ur. 18.06.1939
Warszawa, 8.02.2008
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski
___________________________________________________________________________

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie była pani pięcioletnią dziewczynką. Gdzie pani wtedy mieszkała?
      Mieszkałam u mojej babci na ulicy Olesińskiej, pod numerem13. Byłam tam ze swoją siostrą [Barbarą], która miała 12 lat. Moja mama, w dniu wybuchu Powstania poszła z moją starszą siostrą [Stanisławą], która miała wtedy 16 lat, do Królikarni po bułeczki. I tak nas zastało Powstanie Warszawskie. 
     Ja byłam z dziadziusiem, babcią i siostrą Basią. 4 sierpnia przyszli do nas Niemcy, właściwie to byli Ukraińcy - tak wynika z relacji babci i dziadka. Byli w takich kombinezonach. Wszystkich wyrzucili z tej kamienicy pod numerem 13. i ulicą przeprowadzali pod dom nr 5. na Olesińską. Tam nas zaprowadzili do piwnicy i wrzucili granaty. Część ludzi zginęła, a część się uratowała. Między innymi ja się uratowałam, dziadek, moja babcia i moja siostra i pewnie około 30 osób. Ściana, przy której byliśmy, nie zawaliła się. Ci ludzie byli bardzo umęczeni.

Co pani wtedy odczuwała, przecież to jest koszmar dla takiego małego dziecka?
        Nie zdawałam sobie może sprawy, bo dziadziuś mnie trzymał na rękach. Pamiętam tylko straszny dym w tej piwnicy, krzyk. Pamiętam, że po tym wszystkim było strasznie dużo trupów. Ja wiedziałam, że ci ludzie nie żyją. Dziadziuś cały czas trzymał mnie na rękach. Zgubiłam sandał i byłam zajęta tym sandałem, że miałam tylko jeden, a nie miałam drugiego. Dziadziuś mnie przytulił i powiedział, żebym się nie martwiła, że sandał znajdziemy, że teraz pójdziemy do domku, bo nasza chałupka stoi cała. Dużo ludzi spod 13. chciało po prostu pójść do swojego domu. Niemcy, czy Ukraińcy rzucili te [granaty], zrobili swoje i poszli. Ludzie, którzy się uratowali chcieli do swoich domów pójść. 
      Wyszliśmy przez bramę nie wiedząc, że na rogu ul. Dworkowej jest poczta zajęta przez Niemców. Niemcy tam byli z karabinami maszynowymi. Kiedy przebiegaliśmy przez ulicę do swojego domu, to z karabinów maszynowych wszystkich zastrzelili. Zginął, między innymi, mój dziadziuś, który trzymał mnie na rękach, moja siostra, mój sąsiad. Zginęło bardzo dużo ludzi, nie pamiętam ile. [Babcia szła trochę dalej i zdążyła się cofnąć, gdy padły strzały].

Czyli z tej grupy, która w tym momencie przebiegała na drugą stronę ulicy, ocalała tylko pani?
      Tylko ja ocalałam i podobno jakiś pan, który był ranny. Potem dowiedziałam się, że ten pan, który był ranny, wyczołgał się jakoś i poszedł do tej piwnicy, gdzie byli tam jeszcze ludzie, pod numerem 5. i powiedział, że tam jest dziecko jakieś, które nie zostało zabite, a tym dzieckiem, to właśnie byłam ja. 
      Ponieważ Niemcy ostrzeliwali cały czas, ci ludzie nie mogli mnie zabrać od razu, w ciągu dnia, bo bali się, że jak ja wstanę, to Niemcy mnie zabiją. Pamiętam, że jedna z pań rzucała mi kostki cukru, bo to było bardzo blisko domu. Była tam taka zielona brama i przez tę bramę rzucała mi te kostki cukru i pokazywała mi, żebym nie wstawała. Pewnie dlatego, że widzieli, że ci Niemcy strzelają. Położyłam się pod zabitym dziadkiem. To pamiętam.

Czy pani miała pełną świadomość tego, co się dzieję?
       No, miałam pełną świadomość, bo powiedzieli mi, żebym nie wstawała, bo mnie zabiją. Ja się schowałam pod tym swoim dziadziusiem i pod siostrą, bo leżeli bardzo blisko. Pamiętam, że siostra leżała na boku i była cała zakrwawiona, a dziadek wyglądał tak, jakby spał, ja się w niego wtuliłam. Pamiętam, że to była noc, był duży księżyc. Pamiętam, że byli tam AK-owcy, zobaczyłam takich ludzi z karabinami, którzy mieli biało-czerwone opaski. Ja sobie wtedy nie zdawałam sprawy, że to są AK-owcy. Ci AK-owcy też zobaczyli, że leży tam jakieś dziecko, nie wiedzieli, czy ja żyję, czy nie żyję. Nawet chcieli mnie stamtąd wziąć, ale był ostrzał niemiecki. Ja tam leżałam dwa dni i dwie noce. Dopiero drugiej nocy zabrali mnie AK-owcy. To pamiętam.

Czyli pani leżała tam dwa dni, nie mając wody, tylko te kostki cukru?!
     Tak. Miałam tylko te kostki cukru. Pamiętam, że chrupałam te kostki cukru. W nocy AK-owcy mnie zabrali i zaprowadzili do tej sąsiedniej piwnicy, gdzie byli ludzie. To było pod numerem 5. Ja tam poszłam, sąsiedzi mnie poznali, wiedzieli, że jestem wnuczką pani Kowalczykowej, bo ja tam u babci byłam. Dziadek już nie żył, byłam tam sama, w tej piwnicy. Tylko tyle pamiętam, że była tam taka sąsiadka, która do babci przychodziła. Pamiętam, że mnie umyli trochę, bo byłam bardzo brudna, miałam opaloną nogę, bo tam się zgliszcza paliły. Nóżkę mi jakoś zawinęli. Tego sandała nie miałam i nie znalazłam. 
      Po dwóch dniach przyszła moja ciocia [Jadwiga Kowalczyk], czyli córka mojej babci, mojej mamy rodzona siostra, która szła z Żoliborza kanałami na Mokotów do swoich rodziców. Przyszła na Olesińską i zobaczyła, że domu już nie ma, był trochę zburzony, ale nie do końca. Weszła do tej piwnicy i zobaczyła, że ja tam jestem. Wtedy mnie zabrała i zaprowadziła do mojej mamy, do Królikarni, gdzie moja mama przebywała z moją starszą siostrą. Moja ciocia miała wtedy 20 lat, zabrała mnie tam i ja już byłam u mamusi. 
       Pamiętam, że jak przyszłam do mamy, to zaczęłam bardzo płakać, wtedy chyba pierwszy raz płakałam. Jak leżałam pod tymi trupami, to jakoś nie zdawałam sobie sprawy, wszyscy mi mówili, żebym była cicho, żebym nie wstawała. Dopiero u mamy zaczęłam bardzo płakać.

Bo opadło już to napięcie nerwowe... dopiero sobie pani uzmysłowiła co się stało.
       Miałam 5 lat. Mama zaczęła strasznie płakać, że jej córka nie żyje, moja dwunastoletnia siostra, że jej ojciec nie żyje. Bardzo mnie przytuliła i zaczęła płakać. Wtedy sobie uświadomiłam, że wydarzyło się coś strasznego, że nie ma mojej siostry i nie ma dziadka. Wtedy byłam już cały czas pod opieką mamy, była moja starsza siostra, moja ciocia i jeszcze babcia [Stanisława Kowalczyk zginęła w czasie Powstania w Królikarni].

Co pani zapamiętała z późniejszego okresu Powstania, czy coś pani utkwiło w pamięci?
       Bardzo wiele takich rzeczy pamiętam. Wtedy już cały czas wędrowaliśmy z kamienicy do kamienicy. Uciekaliśmy na ulicę Dolną, wiem z opowiadań, gdzie byłam. Poszliśmy do wujka [Franciszka Kowalczyka], który mieszkał na Puławskiej. Cały czas chodziłam już z mamą, siostrą i ciocią. Później pamiętam, że byliśmy w piwnicy u mojego wujka, na ulicy Puławskiej. Tam, w tej piwnicy, byli wszyscy z tej kamienicy. W piwnicy byliśmy kilka dni, nie mieliśmy ani wody, ani jedzenia. Ludzie już nie mogli wytrzymać w tej piwnicy. Mój wujek wziął wtedy jakieś białe prześcieradło na kij i wyprowadził ludzi z piwnicy, po prostu do Niemców. Niemcy nas wszystkich pognali do Pruszkowa do obozu.

A czego się pani najbardziej bała siedząc w tej piwnicy?
       Bałam się, że było ciemno, duszno. Dlaczego myśmy wyszli z tej piwnicy? Dlatego, że ludzie zaczęli się dusić. Ciocia zawiązała mi szalikiem usta. Było pełno czadu, widocznie jakiś pocisk wybuchł. Musieliśmy wyjść z tej piwnicy, żeby się nie udusić. Pamiętam ten zamęt. Miałam 5 lat, więc byłam albo na rękach u mamy, cioci albo siostra mnie trzymała. Pamiętam, że się zaczęłam dusić. Mój wujek wyprowadził nas z tej piwnicy, po prostu do Niemców. 
     Potem byliśmy w Pruszkowie. Tam w Pruszkowie byliśmy podobno 2 dni. Nie pamiętam tego Pruszkowa, ponieważ byłam taka mała. Wszyscy o mnie dbali. Nie pamiętam, żebym była głodna (chociaż z opowiadania mojej mamy i siostry wynika, że ludzie tam byli bardzo głodni). Pamiętam, że zawsze mi jakąś zupę przynieśli. Potem, po dwóch dniach Niemcy nas wsadzili, to dobrze pamiętam, do takich wagonów po krowach, one były bardzo brudne, te wagony, odkryte całe, tak jak się bydło woziło. Wieźli nas, nie wiedzieliśmy, gdzie nas wiozą. Pamiętam jeszcze, że moja siostra, która miała wtedy 15 lat, dostała od Niemca taką puszeczkę mleka, od Niemca w Pruszkowie, to mleko miało być dla mnie. Moja siostra bardzo się ucieszyła, tę puszeczkę dała mojej mamie. Kiedy wsiedliśmy do tych wagonów, zobaczyliśmy tam matkę z maleńkim dzieckiem, które miało pół roczku. Już nie pamiętam, ile to dziecko miało, ale było bardzo maleńkie. Moja mama oddała tę puszeczkę mleka temu dziecku. Pamiętam, że byłam bardzo niezadowolona, bardzo chciałam to mleko. Moja mam uważała, że ja mam 5 lat, a dziecko było niemowlęciem. Ja dostałam kawałek chleba w rękę, jakąś kiełbasę nawet jadłam, nie pamiętam skąd ta kiełbasa była. 
      Tak nas Niemcy wieźli, wieźli, wieźli, kilka godzin, kilka dni. W pewnym momencie zorientowali się wszyscy, że stoimy w polu, że cały transport stoi w polu. Mężczyźni wyszli z tego transportu i zobaczyli, że w ogóle nie ma Niemców. Niemcy nas zostawili. Prawdopodobnie wieźli nas do Oświęcimia. To był koniec wojny, Oświęcim już nie przyjmował ludzi...
        Przyjechali po nas chłopi. To było pod Krakowem w Wolbromiu. Przyjechali chłopi z wozami i nas pozawozili do swoich chałup. Ja byłam z mamą, siostra była gdzieś u innego chłopa. Ciocia, która miała 20 lat, była gdzieś indziej. Byliśmy tam do końca [okupacji].

Czyli pani z mamą trafiła do jakichś gospodarzy?
       Do bardzo dobrych ludzi, z którymi mieliśmy jeszcze po Powstaniu kontakt. Moja mama tam do nich jeździła.

Czy pamięta pani nazwisko tych gospodarzy?
       To była wieś Sobiesenki. Pani Bieniowa to była. Pamiętam, bo moja mama zawsze wspominała, że pani Bieniowa była taką przyzwoitą kobietą, dała nam mleka, dała chleba, pozwoliła nam się wykąpać. Było nam tam bardzo dobrze. Moja siostra była u innego chłopa, chłopi brali po 2-3 osoby.

Nie mogli wziąć całej rodziny.
       Tak, bo sami mieli mało. To byli bardzo dobrzy ludzie i bardzo dobrze nas traktowali. Po Powstaniu wróciliśmy z moją mamą. Mój ojciec pracował na lotnisku na Okęciu i mieliśmy tam mieszkanie. Po Powstaniu wróciliśmy na Okęcie.

A kiedy pani wróciła po Powstaniu, w jakim okresie?
     Chyba w marcu 1945 roku. Myśmy tam siedzieli, jak Warszawa była już wolna. Mieliśmy to szczęście... Na Olesińską oczywiście już nie wróciliśmy, bo było wszystko spalone, tam gdzie mieszkała moja babcia, ale babcia i dziadek już nie żyli, mieszkania nie było. Moi rodzice mieli mieszkanie na Okęciu i do tego mieszkania wróciliśmy. Wszystko było tam rozkradzione, ale mieszkanie stało. Mój ojciec poszedł do pracy na Okęcie, mama zajęła się mną i moją starszą siostrą. Dopiero po Powstaniu, jako 5-letnie dziecko sobie wszystko chronologicznie poukładałam. Jak to było na Olesińskiej, jak leżałam pod trupami. Ja właściwie byłam w takim szoku w czasie Powstania, nie płakałam nawet, byłam bardzo osowiała.

Dopiero po dłuższym czasie zaczęło to do pani w pełni docierać?
     Chcę powiedzieć, że po Powstaniu, kiedy miałam już 6-7 lat, to byłam takim dzieckiem, że mama nie mogła mnie zostawić w domu nawet na 5 minut, bo ja wszędzie widziałam trupy. Jak zostałam w mieszkaniu, to mi się zdawało, że ja widzę wszędzie trupy. Moja mama chodziła ze mną do lekarzy, bo bała się, że ja uraz jakiś będę miała. Miałam ten uraz bardzo długo. 
      Mając 18 lat, byłam już dorosłą panienką, nie zostawałam sama w domu wieczorem, nie chodziłam sama do piwnicy, bo się bałam trupów. Bałam się ciemności i ciągle widziałam trupy, nawet jako dorosła kobieta, wyszłam za mąż dosyć wcześnie, ciągle chodził za mną ten lęk, nie mogłam iść w ciemności, bo widziałam trupy, takie jak wtedy widziałam w piwnicy na Olesińskiej. To byli ludzie, którzy mieli na przykład otwarte usta, wybałuszone oczy. Ten widok we mnie pozostał na całe życie, ten lęk miałam cały czas. Teraz powiem, kiedy ten lęk straciłam. Straciłam ten lęk wtedy, kiedy umarła moja mama. Miałam 24 lata, moja mama miała 54 lata, kiedy zmarła, i ja przestałam się bać trupów. Mając 24 lata pozbyłam się tego lęku, potrafiłam sobie iść sama do piwnicy, nawet na cmentarz nie bałam się iść sama.

Potem już ten lęk nie wrócił?
     Nie wrócił. Wszyscy w rodzinie twierdzili, że ja miałam ten lęk dlatego, że zawsze moja mama ze mną poszła. Moja mama mnie rozumiała, że ja się boję, na przykład ojciec, albo moja siostra mówiła: "Słuchaj, masz 20 lat i się boisz iść do piwnicy?!" A ja mówię: "Boję się." Moja mama mówiła: "Dobrze, dajcie jej spokój, ja z nią pójdę", chociaż już byłam mężatką. Nie potrafiłam pójść, miałam taki lęk. Pozbyłam się tego lęku, tego widzenia tych trupów, po śmierci swojej mamy. Nie wiem, jak to w ogóle wytłumaczyć.

Na ulicy Olesińskiej jest w tym miejscu tablica pamiątkowa poświecona pamięci pomordowanych.
      Tak, pod numerem 5.

Pani poszła w to miejsce?
     Tak, chodzę co roku.

A kiedy poszła pani po raz pierwszy?
      Po raz pierwszy poszłam w pierwszą rocznicę Powstania, poszłam ze swoją mamą. Moja mama tam chodziła, bo tam zginęła moja siostra rodzona i mój dziadek, czyli mamy ojciec. Chodziliśmy tam co roku, zapalaliśmy świeczki, bo nie mieliśmy grobów, nie mieliśmy ciał naszych najbliższych. Tam była nasza pamięć. Chodziliśmy, zapalaliśmy lampkę, kładliśmy kwiatek. Ja do dzisiejszego dnia tam chodzę z moją siostrą, z moim bratem, który urodził się w 1948 roku, więc tego zupełnie nie pamięta. Chodzimy tam zawsze w rocznicę, 4 sierpnia, zawsze, co roku tam chodzimy.

A jak pani poszła tam po raz pierwszy, z mamą, czy to się od razu wszystko pani przypomniało, czy ten strach się spotęgował?
      Nie pamiętam tego, nie pamiętam, bo ja miałam wtedy 6 lat. Pamiętam, że chodziłam tam z mamą, jak już byłam dziewczynką, chodziłam do szkoły, do pierwszej, drugiej klasy. Mieszkałam na Okęciu, moja mama co roku ze mną przyjeżdżała na Olesińską.

Mama chciała panią tam zabierać?
      Tak, mama mnie zabierała.

Nie uważała, że pani nie powinna, jako małe dziecko, tam chodzić, bo to się przypomina ta tragedia? Nie było takiej sytuacji?
    Tak dokładnie w tej chwili, to nie pamiętam. Nie potrafię powiedzieć. Na to pytanie, które mi pan zadał, nie potrafię powiedzieć, czy to było zaraz po Powstaniu. Może mama mnie nie zabierała tak od razu, bo ja byłam taka strasznie zalękniona po tym Powstaniu. Ja wspominałam o tym, że kiedy miałam 6-7 lat, mama nie mogła mnie w ogóle zostawić w mieszkaniu, ja musiałam chodzić z mamą wszędzie. Ja to pamiętam, że ja zostałam w biały dzień, już nie mówię wieczorem, jak mama wyszła po wodę, czy gdzieś i zostawiła mnie na chwilę w mieszkaniu, to mi się zdawało, że ja widzę trupy. Ja to zawsze opowiadałam mamie. Mama chodziła ze mną nawet do lekarza. Lekarz prosił mamę, żeby mnie nie zostawiała. Ten lęk mi przeszedł jak miałam 10-15 lat, natomiast bałam się ciemności. 
        Mając nawet 20 lat nigdy nie poszłabym tam, gdzie było ciemno. W ciągu dnia zostawałam już w domu i nie widziałam już tych trupów, ale do ciemnych pomieszczeń nie chciałam wchodzić, bo mi się wydawało, że widzę trupy. To była autosugestia, bo ja nie mogłam nikogo widzieć. Bardzo kochałam mamę i bardzo byłam z nią związana. Po śmierci mojej mamy bardzo chciałam, żeby moja mama mi się pokazała i czasami chodząc gdzieś do piwnicy czy na górę, w ciemności, nie zapalałam światła, prosiłam Boga, żeby mi się mama pokazała. Nigdy mi się nie pokazała, nigdy jej więcej nie zobaczyłam. 
      Natomiast po śmierci mamy, ten lęk mi jakoś minął, nie wiem jak to wytłumaczyć, chyba nikt nie potrafi tego wytłumaczyć.

A jak się pani ułożyło życie? Gdzie pani chodziła do szkoły po wojnie?
    Po Powstaniu chodziłam do szkoły na Okęciu, tam gdzie mieszkałam. Skończyłam szkołę powszechną na Okęciu. Mama bardzo o mnie dbała, zaprowadzała mnie, bo miałam ten lęk po Powstaniu, wszystkiego się bałam, byłam taka zalękniona. Potem skończyłam szkołę powszechną, miałam 14 lat.

A gdzie zdawała pani maturę?
 
    W technikum geologicznym na ul. Grójeckiej. Poszłam do technikum geologicznego, to było pierwsze otwarte technikum geologiczne, na tyłach [Liceum] Kołłątaja, tam zrobiłam maturę.

I później poszła pani na studia?
      Tak. Na Geologię. Potem życie miałam takie różne, bo bardzo wcześnie wyszłam za mąż. Teraz, jako dorosła, już starsza kobieta, układam sobie to tak chronologicznie, uporządkowuję sobie to Powstanie Warszawskie. Pamiętam, że ja w tej rodzinie byłam najmniejszym dzieckiem, wszyscy o mnie dbali, nie pamiętam, na przykład, żebym była głodna, zawsze mi siostra mówiła, że w Pruszkowie tę zupę odkładali dla mnie. Jak słyszę opowiadania siostry albo cioci, to ludzie byli strasznie głodni w czasie Powstania Warszawskiego, obierki jedli, chleba nie mieli. Ja tego nie odczułam, bo moja rodzina pomagała, wujek zawsze jakieś pomidory przynosił z Królikarni.

No tak, na Mokotowie były ogródki działkowe.
     To nawet pamiętam, że w takich miednicach dużych leżały pomidory. Ja, jako pięcioletnie dziecko byłam tak wystraszona, że niewiele pamiętam. Jakieś migawki, ale to już po Powstaniu, kiedy miałam 7-8 lat, to ja ciągle te trupy widziałam. To pamiętam, wtedy mi ta pamięć tych trupów wróciła, że ja nie mogłam zostać nawet w biały dzień w mieszkaniu, bo mi się zdawało, że w tym rogu to ja widzę tego człowieka, a w drugim rogu, to jest człowiek, który ma otwarte usta. To było to, co ja widziałam właśnie w tej piwnicy pod 5. [na Olesińskiej]. Ja to pamiętam. Ja nie chodziłam, bo dziadziuś mnie trzymał na rękach, ale żeby przejść do tej bramy, to musiał przejść przez trupy, bo nie było wyjścia.

Czy poza trupami, na przykład Niemcy się pani przypominali?
       Przypominają mi się Niemcy bardzo dobrze, jak nas prowadzili Olesińską, spod numeru 13. pod 5., bo myśmy szli ulicą. Pamiętam tych Niemców, takich okropnych, w takich kombinezonach, wszyscy potem mówili, że to byli Ukraińcy, z karabinami. Prowadzili nas. Nie wolno było nic powiedzieć. Zaprowadzili nas do tej piwnicy. 
     Jeszcze pamiętam Niemców, jak nas prowadzili do Pruszkowa, z karabinami w rękach, w hełmach. Jako dziewczynka, to po Powstaniu ja to pamiętam w Pruszkowie, jak ciągle coś mówili, ja ich nie rozumiałam, bo ciągle mówili po niemiecku. 
     Pamiętam też, że w czasie Powstania, na Mokotowie, ciągle gdzieś uciekaliśmy, z jednej piwnicy do drugiej piwnicy, z jednego domu, a tu się dom zaczął palić, a tu gdzieś na Dolną, a tu powstańcy byli. Była taka szkoła, tam byli ranni powstańcy. Pamiętam tych rannych powstańców, może trochę z opowiadania (bo siostra mi to zawsze opowiadała), że był taki powstaniec - "Perełka", on umierał tam, chłopak czternastoletni. Ja trochę pamiętam, tych rannych powstańców, to byli AK-owcy, którzy tam po prostu umierali w tej piwnicy. 
      To trochę pamiętam, a trochę znam z opowieści rodziny, która ze mną cały czas była. Była ze mną moja siostra, która teraz ma 77 lat, 10 lat ode mnie starsza, ja miałam 5 ona 15 lat, moja dwudziestoletnia ciocia, która też jeszcze żyje, ma 85 lat, to jest rodzona siostra mojej mamy. Często teraz do niej jeżdżę i ona dalej to wspomina. Ponieważ ona to dobrze pamięta zawsze się jej pytam o to, czego nie pamiętam. Dużo rzeczy znam bardziej z opowiadania niż ze swoich własnych przeżyć.

 

 

 

 Wstecz...


Jadwiga studentka geologii w Tatrach, zb. pryw.
Jadwiga studentka geologii w Tatrach, zb. pryw.
Jadwiga Szczęścik, zb. pryw.
Jadwiga Szczęścik, zb. pryw.
Jadzia Szczęścik przed Powstaniem, zb. pryw.
Jadzia Szczęścik przed Powstaniem, zb. pryw.
Jadzia Szczęścik, komunia, zb. pryw.
Jadzia Szczęścik, komunia, zb. pryw.
Jadzia Szczęścik, ok. 1948-1949, zb. pryw.
Jadzia Szczęścik, ok. 1948-1949, zb. pryw.
Stanisław Kowalczyk dziadek z Olesińskiej, zb. pryw.
Stanisław Kowalczyk dziadek z Olesińskiej, zb. p [...]

Galeria fotografii

Relacja Jadwigi Szczęścik-Peruckiej
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten