Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Szczęścik-Peruckiej


foto
Wywiad z Jadwigą Szczęścik-Perucką
ur. 18.06.1939 r.
Warszawa, 8.02.2008 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski
___________________________________________________________________________

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie była pani pięcioletnią dziewczynką. Gdzie pani wtedy mieszkała?
       Mieszkałam u mojej babci na ulicy Olesińskiej, pod numerem13. Byłam tam ze swoją siostrą [Barbarą], która miała 12 lat. Moja mama, w dniu wybuchu Powstania poszła z moją starszą siostrą [Stanisławą], która miała wtedy 16 lat, do Królikarni po bułeczki. I tak nas zastało Powstanie Warszawskie. 
      Ja byłam z dziadziusiem, babcią i siostrą Basią. 4 sierpnia przyszli do nas Niemcy, właściwie to byli Ukraińcy - tak wynika z relacji babci i dziadka. Byli w takich kombinezonach. Wszystkich wyrzucili z tej kamienicy pod numerem 13. i ulicą przeprowadzali pod dom nr 5. na Olesińską. Tam nas zaprowadzili do piwnicy i wrzucili granaty. Część ludzi zginęła, a część się uratowała. Między innymi ja się uratowałam, dziadek, moja babcia i moja siostra i pewnie około 30 osób. Ściana, przy której byliśmy, nie zawaliła się. Ci ludzie byli bardzo umęczeni.

Co pani wtedy odczuwała, przecież to jest koszmar dla takiego małego dziecka?
      Nie zdawałam sobie może sprawy, bo dziadziuś mnie trzymał na rękach. Pamiętam tylko straszny dym w tej piwnicy, krzyk. Pamiętam, że po tym wszystkim było strasznie dużo trupów. Ja wiedziałam, że ci ludzie nie żyją. Dziadziuś cały czas trzymał mnie na rękach. Zgubiłam sandał i byłam zajęta tym sandałem, że miałam tylko jeden, a nie miałam drugiego. Dziadziuś mnie przytulił i powiedział, żebym się nie martwiła, że sandał znajdziemy, że teraz pójdziemy do domku, bo nasza chałupka stoi cała. Dużo ludzi spod 13. chciało po prostu pójść do swojego domu. Niemcy, czy Ukraińcy rzucili te [granaty], zrobili swoje i poszli. Ludzie, którzy się uratowali chcieli do swoich domów pójść.
       Wyszliśmy przez bramę nie wiedząc, że na rogu ul. Dworkowej jest poczta zajęta przez Niemców. Niemcy tam byli z karabinami maszynowymi. Kiedy przebiegaliśmy przez ulicę do swojego domu, to z karabinów maszynowych wszystkich zastrzelili. Zginął, między innymi, mój dziadziuś, który trzymał mnie na rękach, moja siostra, mój sąsiad. Zginęło bardzo dużo ludzi, nie pamiętam ile. [Babcia szła trochę dalej i zdążyła się cofnąć, gdy padły strzały].

Czyli z tej grupy, która w tym momencie przebiegała na drugą stronę ulicy, ocalała tylko pani?
      Tylko ja ocalałam i podobno jakiś pan, który był ranny. Potem dowiedziałam się, że ten pan, który był ranny, wyczołgał się jakoś i poszedł do tej piwnicy, gdzie byli tam jeszcze ludzie, pod numerem 5. i powiedział, że tam jest dziecko jakieś, które nie zostało zabite, a tym dzieckiem, to właśnie byłam ja. 
      Ponieważ Niemcy ostrzeliwali cały czas, ci ludzie nie mogli mnie zabrać od razu, w ciągu dnia, bo bali się, że jak ja wstanę, to Niemcy mnie zabiją. Pamiętam, że jedna z pań rzucała mi kostki cukru, bo to było bardzo blisko domu. Była tam taka zielona brama i przez tę bramę rzucała mi te kostki cukru i pokazywała mi, żebym nie wstawała. Pewnie dlatego, że widzieli, że ci Niemcy strzelają. Położyłam się pod zabitym dziadkiem. To pamiętam.

Czy pani miała pełną świadomość tego, co się dzieję?
       No, miałam pełną świadomość, bo powiedzieli mi, żebym nie wstawała, bo mnie zabiją. Ja się schowałam pod tym swoim dziadziusiem i pod siostrą, bo leżeli bardzo blisko. Pamiętam, że siostra leżała na boku i była cała zakrwawiona, a dziadek wyglądał tak, jakby spał, ja się w niego wtuliłam. Pamiętam, że to była noc, był duży księżyc. Pamiętam, że byli tam AK-owcy, zobaczyłam takich ludzi z karabinami, którzy mieli biało-czerwone opaski. Ja sobie wtedy nie zdawałam sprawy, że to są AK-owcy. Ci AK-owcy też zobaczyli, że leży tam jakieś dziecko, nie wiedzieli, czy ja żyję, czy nie żyję. Nawet chcieli mnie stamtąd wziąć, ale był ostrzał niemiecki. Ja tam leżałam dwa dni i dwie noce. Dopiero drugiej nocy zabrali mnie AK-owcy. To pamiętam.

Czyli pani leżała tam dwa dni, nie mając wody, tylko te kostki cukru?!
     Tak. Miałam tylko te kostki cukru. Pamiętam, że chrupałam te kostki cukru. W nocy AK-owcy mnie zabrali i zaprowadzili do tej sąsiedniej piwnicy, gdzie byli ludzie. To było pod numerem 5. Ja tam poszłam, sąsiedzi mnie poznali, wiedzieli, że jestem wnuczką pani Kowalczykowej, bo ja tam u babci byłam. Dziadek już nie żył, byłam tam sama, w tej piwnicy. Tylko tyle pamiętam, że była tam taka sąsiadka, która do babci przychodziła. Pamiętam, że mnie umyli trochę, bo byłam bardzo brudna, miałam opaloną nogę, bo tam się zgliszcza paliły. Nóżkę mi jakoś zawinęli. Tego sandała nie miałam i nie znalazłam. 
      Po dwóch dniach przyszła moja ciocia [Jadwiga Kowalczyk], czyli córka mojej babci, mojej mamy rodzona siostra, która szła z Żoliborza kanałami na Mokotów do swoich rodziców. Przyszła na Olesińską i zobaczyła, że domu już nie ma, był trochę zburzony, ale nie do końca. Weszła do tej piwnicy i zobaczyła, że ja tam jestem. Wtedy mnie zabrała i zaprowadziła do mojej mamy, do Królikarni, gdzie moja mama przebywała z moją starszą siostrą. Moja ciocia miała wtedy 20 lat, zabrała mnie tam i ja już byłam u mamusi. 
      Pamiętam, że jak przyszłam do mamy, to zaczęłam bardzo płakać, wtedy chyba pierwszy raz płakałam. Jak leżałam pod tymi trupami, to jakoś nie zdawałam sobie sprawy, wszyscy mi mówili, żebym była cicho, żebym nie wstawała. Dopiero u mamy zaczęłam bardzo płakać.

Bo opadło już to napięcie nerwowe... dopiero sobie pani uzmysłowiła co się stało.
       Miałam 5 lat. Mama zaczęła strasznie płakać, że jej córka nie żyje, moja dwunastoletnia siostra, że jej ojciec nie żyje. Bardzo mnie przytuliła i zaczęła płakać. Wtedy sobie uświadomiłam, że wydarzyło się coś strasznego, że nie ma mojej siostry i nie ma dziadka. Wtedy byłam już cały czas pod opieką mamy, była moja starsza siostra, moja ciocia i jeszcze babcia [Stanisława Kowalczyk zginęła w czasie Powstania w Królikarni].

Co pani zapamiętała z późniejszego okresu Powstania, czy coś pani utkwiło w pamięci?
      Bardzo wiele takich rzeczy pamiętam. Wtedy już cały czas wędrowaliśmy z kamienicy do kamienicy. Uciekaliśmy na ulicę Dolną, wiem z opowiadań, gdzie byłam. Poszliśmy do wujka [Franciszka Kowalczyka], który mieszkał na Puławskiej. Cały czas chodziłam już z mamą, siostrą i ciocią. Później pamiętam, że byliśmy w piwnicy u mojego wujka, na ulicy Puławskiej. Tam, w tej piwnicy, byli wszyscy z tej kamienicy. W piwnicy byliśmy kilka dni, nie mieliśmy ani wody, ani jedzenia. Ludzie już nie mogli wytrzymać w tej piwnicy. Mój wujek wziął wtedy jakieś białe prześcieradło na kij i wyprowadził ludzi z piwnicy, po prostu do Niemców. Niemcy nas wszystkich pognali do Pruszkowa do obozu.

A czego się pani najbardziej bała siedząc w tej piwnicy?
       Bałam się, że było ciemno, duszno. Dlaczego myśmy wyszli z tej piwnicy? Dlatego, że ludzie zaczęli się dusić. Ciocia zawiązała mi szalikiem usta. Było pełno czadu, widocznie jakiś pocisk wybuchł. Musieliśmy wyjść z tej piwnicy, żeby się nie udusić. Pamiętam ten zamęt. Miałam 5 lat, więc byłam albo na rękach u mamy, cioci albo siostra mnie trzymała. Pamiętam, że się zaczęłam dusić. Mój wujek wyprowadził nas z tej piwnicy, po prostu do Niemców.

                       

 

 

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten