Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Haliny Kowalskiej matki miesięcznego Pawła


     Gdy Niemcy zrzucili ulotki nawołujące ludność do opuszczenia miasta, które, jak zapowiedzieli, miało być zrównane z ziemią, po krótkiej naradzie rodzinnej, postanowiliśmy wyjść. Nie była to łatwa decyzja. Nikt nie miał zaufania do Niemców, baliśmy się podstępu. Braliśmy pod uwagę i to, że możemy być rozstrzelani, ale pozostając, skazywaliśmy dziecko na pewną śmierć. Pawełek był już prawie umierający. Płakał coraz rzadziej i coraz ciszej jakby wszystkie jego siły żywotne wyczerpywały się. Żołądeczek jego zaczął źle funkcjonować. Od niedokładnie przepieranych pieluszek potworzyły się na jego ciałku liczne odparzenia. Okolice odbytu były jedną raną. Musieliśmy ryzykować. Nie wiedzieliśmy, jaki los sobie gotujemy. Była jednak w tym ryzyku i nadzieja, że przeżyjemy i że ocalimy dziecko. Jakże potężna jest w człowieku wola życia, która każe trwać do końca, mimo wszystko i do końca mieć nadzieję.
     Prawie połowa naszych towarzyszy niedoli zdecydowała się pozostać. My zaś przygotowaliśmy się do wyjścia. Całą pościel, bieliznę i ubrania popakowane w walizy, zamurowaliśmy w ścianie piwnicy w naiwnej nadziei, że kiedyś po nie wrócimy. Nigdy już ich nie odzyskaliśmy. Ponieważ karmiłam, wyszłam w szlafroku, na który narzuciłam jesionkę. Zabraliśmy ze sobą tylko rzeczy niezbędne. Na przeciąg trzech dni Niemcy przerwali bombardowanie i inne działania wojenne, aby ludność cywilna opuściła Warszawę.
     Spędziliśmy w walczącym mieście pięć tygodni. Mało to czy dużo? Historię tych pięciu tygodni można zrelacjonować w kilku zdaniach. Ale czas, minuta po minucie, mierzony zwątpieniem, cierpieniem i rozpaczą liczy się inaczej.
     Przekroczyliśmy barykadę na ulicy Pańskiej i dołączyliśmy do pochodu widm. Wynurzały się z ocalałych piwnic i sunęły w kierunku Woli. Mieszkańcy Warszawy bladzi, wynędzniali i brudni opuszczali swoje miasto. Wśród nich starcy, dzieci, chorzy, ranni, kaleki. Nie wszyscy mogli iść samodzielnie. Wielu było takich, którzy musieli być przez swoich bliskich podtrzymywani, wleczeni, a nawet niesieni na plecach.
     Niemcy w swych lśniących butach czyści i eleganccy przyglądali się temu widowisku i robili zdjęcia.
     Byłam tak słaba, że dziecko wraz z poduszką, na której je niosłam wydawało mi się wielkim ciężarem. Mąż mój, po przebytej tuż przed Powstaniem długiej i ciężkiej chorobie, dźwigał z wysiłkiem tobołki z pieluszkami i garderobą Pawełka. Była z nami także moja babcia, siedemdziesięcioletnia staruszka. Wlekliśmy się parę godzin.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten