Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Władysława Sali


foto

  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 31

Władysław Sala

Lat 40, nauczyciel i kierownik zakładu opiekuńczo-wychowawczego na Mokotowie przy ul. Puławskiej 97 w czasie Powstania Warszawskiego, w którym przebywało ponad 150 dzieci
i młodzieży.

 

Z Mokotowa do Warszawy przez Myślenice i Katowice

     [...] Dzień następny witał nas słabszym ostrzałem i wiadomościami, w które nie bardzo chcieliśmy wierzyć, że ludzie wywieszali białe flagi, że będzie kapitulacja. Uwierzyłem na własne oczy, gdy przed domem Koseckiego, jedynym domem łączącym nas z wolnym Mokotowem, zobaczyłem Niemców przeszukujących teren nas oddzielający. Wpadłem z tą wiadomością do kuchni, w której gotowało się w dużych kotłach ostatnie pożywienie, zachowane troskliwie przez naszą intendentkę Janinę Sala na ostatnią godzinę. Wezwałem do spokoju i wziąwszy pędzel w rękę wymalowałem na dykcie duży napis: WAISENHAUS (SIEROCINIEC). Nim zdążyłem go powiesić, ryknęły do mnie chrapliwe głosy: „Rrraus, raus, raus!".
     Wywołałem chłopców i personel z suteryn, ustawiłem wszystkich w szereg i tak jak mi wskazywała ręka żandarma poprowadziłem ku ulicy, wzdłuż mogił, które jeszcze tak niedawno sami tu wznosiliśmy. Najmniejsza z nich należała do 10-letniego Józia Błaszczyka, którego rozerwał granat w chwili, gdy wchodził po wodę do naszej studni na podwórzu.
     Szedłem pierwszy prowadząc pod rękę dwie nasze córki - 10-letnią Danusię i 6-letnią Marysię, za nimi parami szli chłopcy i personel. Pochód zamykała żona Janina, niosąc na rękach ciężko chorego syna. Żandarmi prowadzili nas środkiem ulicy Puławskiej w stronę południową, pokrzykując według swego zwyczaju, na co nasi chłopcy zupełnie nie zwracali uwagi, a nawet pomrukiwali sobie dosyć głośno: „Myśmy przyszłością narodu". Niosłem w ręce duży słój z wodą i na grzbiecie plecak na marchew, którą zamierzałem pobrać z naszej fermy ogrodniczej, znajdującej się niedaleko nas. Szliśmy strasznie wolno, więc mogłem myśleć szybko: Co będzie? Czy tak jak z dziećmi Janusza Korczaka? Zbierałem myśli do decyzji.
     Przybywszy na teren Wyścigów rozłożyliśmy się na jakichś wielkich łodziach. Chłopcy pytali: „No i co? Przecież nam już zabrali, wydarli jednego z najstarszych". Nie pomogły nasze tłumaczenia. Romek R., chłopiec właściwie debilny, jakby na swe nieszczęście, ubrał się nie wiadomo kiedy w mundur powstańca. I za to odpokutował. Szwaby przyglądali się wnikliwie każdemu z nas. Kiedy na moment odeszli, powiedziałem: „Nie ma innej rady jak tylko ta: Kto ma rozum i nogi silne, ten będzie wiedział, co ma robić w ciągu nocy. Młodsi niechaj trzymają się najstarszych, pojedynczo". Tak zrobił na początek jeden z najmłodszych Janek K., odchodząc z naszym siedemdziesięcioletnim dozorcą Włodzimierzem Żarukiem w ciemną dal, kończącą się później w Wolbromiu.
     Po drodze rozpoczęliśmy pertraktacje z żołnierzem niemieckim. Zrozumiał, że chcemy uciec, a gdy go Danusia poczęstowała ostatnim pudełeczkiem sardynek, szepnął do mnie cicho, po niemiecku: „Uchodzić, gdy ja się odwrócę, ale uważać na esesmana. Tak też zrobiliśmy. Będąc już we Włochach, i to dosyć dużą gromadą, wespół z ogrodnikiem, który choć sam mnie namawiał do ucieczki, był bardzo zmartwiony, jak to zrobić, ponieważ żal mu było porzucić dużego bagażu. Zachował go na własne nieszczęście.
     Po pewnym czasie wyśledzono nas i ponownie zapędzono do transportu. W zamieszaniu żona, poprawiając pieluchy u dziecka, pertraktowała z Niemcem o wolność za cenę złotej obrączki. Zdjęła i wydała mu, ale taki zaraz zrobił się harmider, że zagubiła dosyć dużą torebkę z wartościowymi rzeczami.
     Stanęliśmy na placu zbiórkowym przy stacji, przygnębieni, zrozpaczeni, nie widząc żadnej możliwości ratunku, bo żandarmów i żołnierzy cała masa. Tłum wrzeszczał, ludzie nawoływali się, co chwilę podjeżdżał nowy pociąg. Niemcy wpychali ludzi kolbami i z krzykiem.
     Zmęczeni bardzo przysiedliśmy na bruku przed budynkiem przy stacji, skąd wychodzili żandarmi. Nie na długo, bo oto cała sfora żołnierzy pchała tłum ku torom. Idąc koło tych żandarmskich dźwierzy, niewiele myśląc, rozepchnęliśmy je i całą gromadą wpadliśmy wprost na schody, sami sobie się dziwiąc jak to się stało, że jesteśmy po tej stronie, gdzie nie było groźnego pociągu. Antoś poczuwszy zmianę sytuacji jeszcze bardziej płakał, krzyczał. Ja zdeterminowany na wszystko usiadłem na schodach tak nieruchomo, że nawet nie ruszyłem się na widok skierowanej do nas lufy karabinu. Nie pomogło już ani to „rrraus!", bo już nam było wszystko jedno. Władca karabinu, słysząc rozpaczliwy krzyk dziecka, zawahał się, może i on przypomniał sobie swoje własne małe dzieci. Zaklął, raptownym zwrotem wypadł z bramy i już nie wrócił. Ale sytuacja groźna nie minęła, bo zdradzał nas rozpaczliwy krzyk dziecka. Dosłyszała go jakaś kobieta znajdująca się w tym domu, jak później okazało się, Polka pracująca dla Niemców w tym domu kolejowym. Błagaliśmy ją o ratunek, obiecaliśmy mój pamiątkowy, złoty pierścień. „Nie, nie mogę - powiedziała - tu mieszkają tylko sami Niemcy. Ale spróbujcie zejść do korytarza piwnic. Tylko, żeby ten dzieciak nie płakał". Ale jak to zrobić? Jedynym sposobem okazało się kneblowanie ust chusteczką i to tak, co pół godziny, gdy straże się zmieniały, co można było usłyszeć jako skrzypienie drzwi. Tak oto przemęczyliśmy się całą noc. Nad ranem zeszła do nas owa kobiecina, pani R., która podobno już wielu warszawiaków tędy wyprowadziła. Zaprowadziła nas do swego mieszkania, w którym mogliśmy nie tylko odpocząć, ale i umyć się, napić się czegoś ciepłego. Byliśmy jej niepomiernie wdzięczni i zobowiązani.
     Po południu, gdy nieco wytchnęliśmy, poprowadziła nas na poszukiwanie jakiejś kwatery przez południowe Włochy i Gołąbki. Nigdzie nie można było znaleźć ani jednego wolnego miejsca, a nas łącznie z wychowankiem J.S. było kilkoro. Zajęte były nawet łazienki, toalety, strychy, szopy. Mówiono, że Niemcy już poszukiwali warszawiaków i zapędzali ich ponownie do Włoch, do pociągu do Pruszkowa.
     Szliśmy dalej, przysiadając na przydrożnych kamieniach. Doszliśmy do małej stacyjki kolejki dojazdowej z napisem Opacz. Opacz! O patrz! Ale i popatrz, tuż przy torze kolejki stał stragan z pomidorami. Można było je kupić za dawne nasze okupacyjne jeszcze pieniądze, ile się chciało.
     Wsiedliśmy w pierwszy, jaki nadszedł, pociąg do Grodziska. Przecież tam chyba była nasza kucharka, która czując grozę zbliżającego się Powstania, pojechała do swojej rodziny. Dosyć szybko i łatwo trafiliśmy na ulicę Wólczańską. Przyjęto nas bardzo życzliwie, ofiarowując cały pokój do naszej dyspozycji, a, że łóżek dodatkowych nie mieli, zasłano nam słomą całą podłogę. Poczuliśmy się w pokoju jak na letnisku. Ale Warszawy nie udało się nam zapomnieć. Sama tu za nami przyszła. Na falach wiatru niosła ponad nasz dom tysiące spalonych lekkich kart czarnych. Widać stąd było i wysokie słupy dymu i ognia z ulic walczącego jeszcze miasta. Zresztą i tu było pełno warszawiaków, którym udało się ominąć Pruszków. Ludność miejscowa bardzo im życzliwa i pomocna. Były tu czynne organizacje niosące pomoc ludności - placówki RGO i PCK. W jednej z nich zetknęliśmy się z naszym poczciwym, usłużnym lekarzem zakładowym. Zaraz się nami zajął, odstępował nam nawet swoje skromne przydziałowe porcje chleba, zupy. Poradził jak starać się, by pojechać dalej. Pisaliśmy wnioski do władz o zezwolenie na osiedlenie się w krakowskiem.
     Wydano nam takie, ale tylko na żonę, teściową i troje dzieci, beze mnie. Co było robić? Wszyscy radzili, aby uciekać jak najdalej od Warszawy. Pojechali, zatem beze mnie, wprost przez Częstochowę do Krakowa, który formalnie i faktycznie stawał się jeszcze raz stolicą Polski.
     Po odjeździe rodziny, stale wysiadywałem na terenach stacji grodziskiej, by uchodząc uwagi żandarmów wpaść w jakiś pociąg. Ale jakoś się nie udawało, bo każdy nadchodzący pociąg był bardzo obserwowany i nadzorowany przez żandarmów. Zauważyłem pociąg z wojskiem, przed jego lokomotywą znajdowała się platforma z cywilami. Nie namyślając się wiele wyskoczyłem nie bacząc, czy ktoś mnie widzi i wpadłem na tę platformę. Tam byli sami mężczyźni. Wszyscy bardzo podnieceni, ale zdecydowani. To jedyny sposób ujść szwabom. Przejechaliśmy parę stacji, zaczynały się rozległe pola i lasy. Cierpko się robiło chyba nie tylko nam, ale i tym bohaterom wracającym z frontu na jakiś wypoczynek czy leczenie. Niewiele się namyślając, bo wiedzieliśmy, co nas może czekać na tej platformie, zeskoczyliśmy i załadowaliśmy się do najbliższych wagonów. O dziwo, żołnierze przyjęli nas chętnie, a nawet ustępowali miejsca na ławkach, sami kładąc się na podłodze...
     Tak podjechaliśmy pod lasy koło Radomska. Była już noc. Nagle usłyszałem potężną detonację i odczułem ruch wagonu unoszącego się w górę, a przez okna błysk silny ognia. Żołnierze w mig zeskoczyli na tory i porozciągali karabiny maszynowe gotowe do strzału, ale nie strzelali. Za to słychać było strzały z głębi lasu. Widocznie nie dawali o sobie znać, ci, którzy nam zorganizowali taką przygodę. Powoli i to ucichło, ale nie mogliśmy jechać dalej, bo tory zostały zerwane, platforma, lokomotywa i pierwszy wagon zniszczone. Nadjechały jakieś samochody, jakaś lokomotywka z oficerami i zamiast naprzód pojechaliśmy do tyłu o kilka stacji, chyba do Piotrkowa. Dopiero nad ranem, gdy tor był już naprawiony, mogliśmy pojechać dalej, ale już nie na platformie. Sami Niemcy zapraszali nas do wewnątrz.
     Wreszcie wymarzony w snach Kraków, gwarny, podniecony, wszystko mówiło i pytało o Warszawę. Poznałem wielką życzliwość u ludzi. Były organizowane specjalne noclegi i schroniska dla warszawiaków. Miałem tu tylu znajomych i przyjaciół. Wybrałem spośród nich Augusta i Albinę Rzepków, znanych mi dobrze z czasu mojej działalności na Śląsku. Ukrywali się oni w dzielnicy ogrodów i pól koło Płaszowa. On zmienił się do niepoznania, bo należał do tych, na których „nałożono nagrodę" za pojmanie. Nie powinien był obawiać się Niemców, ponieważ jako naczelnik gminy nic złego nie zrobił. Mimo to był powstańcem śląskim, a ci byli rozstrzeliwani i wieszani. Przyjęli mnie życzliwie i gościnnie, że mnie to krępowało, bo w moim plecaku, wbrew mej woli, znalazły się nie tylko para nowego obuwia, ale i brzytwa do ogolenia miesięcznej brody i coś do jedzenia.
     Nie musiałem korzystać z tej pomocy, bo wszystko czekało u mojej mamy, przezacnej i zawsze zwycięskiej Wiktorii, a bracia okazali mi dużo serca. Brat Ludwik sprowadził dla nas tonę węgla. W małym domku pod strzechą było nam ciasno, bo przebywało 19 osób, ale tak przytulnie jak w dobrym sanatorium. Gotowość pomocy deklarowali nam zarówno sąsiedzi, krewni, jak i ludzie dalsi, a zwłaszcza państwo Bazińscy, prowadzący tutejszą szkołę. Odczuliśmy, że tu jakoś nam będzie.
     Ostatnia okupacyjna na wygnaniu wigilia była niepodobna do żadnych dotychczasowych, choć niby wszystko było tu według wiekowej tradycji. Obrazy i kąty matczynej izby udekorowane zostały kłosami żyta. W rogu izdebki stała duża jodłowa choinka błyszcząca kolorowymi ozdobami, a na niej nawet radośniej świecące świeczki i duży długi przez całą izbę stół, zmontowany naprędce przez brata. Na nim znalazły się miski z jadłem wigilijnym - zupa grzybowa, krupy z grochem, świeży pachnący pszenicą chleb, ciasto z makiem, opłatki rozłożone na wiązce siana. Na szafie stał w rogu izby metrowej wielkości święty Mikołaj upieczony dla nas specjalnie przez pana Sieprawskiego. Było nas 22 osoby, w tym nasza warszawska szóstka, rodzina brata Aleksandra, byłego tramwajarza warszawskiego, żona i dwoje dzieci (2 i 3 lata); rodzina brata Franciszka zamęczonego w Oświęcimiu, chyba jedynie za to, że wiózł nam do Warszawy odrobinę żywności; najmłodsi bracia Kazek, Ludwik i Julek. Czuliśmy się w tej wielkiej rodzinnej gromadzie jak rozbitkowie dobijający do bezpiecznego schronienia, zapominając, że tuż obok nas po szosie pędziły jak szalone wozy znaczone swastyką i ludzie noszący na czapkach trupie czaszki. Po złożeniu sobie życzeń „oby już niedługo każdy był u siebie i zdrowo", śpiewaliśmy dużo. Przewodził śpiewom barytonowy, piękny głos wychowanka naszego Zenka Pycia, który po moim odejściu z bursy poszedł do pracy w kopalni, ożenił się ze ślązaczką i pozostał na Śląsku. Śpiewaliśmy konspiracyjne kolędy, do których doszła tutaj powstała piosenka dla uczczenia tego, który nas uratował, naszego powracającego do zdrowia Antosia:

„Antosiu miły, zbieraj swe siły,
Grzbiet swój wyprostuj jak ten kwiat,
Pójdziemy światem, z siostrami, bratem
Budować inny, lepszy świat!..."

     A na drugi dzień, jak co roku odwiedzili nas kolędnicy z szopką i Herodem znaczonym swastyką. Podobnie przeżywali te ostatnie okupacyjne święta i inni mieszkańcy naszej wioski, wśród których byli nie tylko warszawiacy, ale i „rodacy", którzy tu od wielu lat nie zaglądali. Pozostało mi z tego wieczoru jedno niezatarte wspomnienie z widoku łez spływających po policzkach matki, tak czule do nas wówczas spoglądającej i jej pełne troski słowa: „Dzieci moje kochane, jakże się cieszę, że jesteśmy razem, ale jakby tak dłużej było, to jak ja was tu wyżywię?". Starałem się, aby ulżyć jej w tej trosce, bo to przecież byłoby ponad jej siły i możliwości.
     Któregoś dnia wybraliśmy się do Krakowa, bo mówiono nam, że organizowano pomoc warszawiakom. Były tam nie tylko biura, ale i magazyny, do których cisnęły się tysiące ludzi, przeważnie z dziećmi, po środki spożywcze, po odzież, której warszawiacy tak bardzo potrzebowali. Nie obywało się tu bez scysji, bo ludzie grymasili. Podziwiałem spokój obsługi, ich dobrą wolę. Szczególnie mile utrwaliła się w mojej pamięci sylwetka mojego dawnego dyrektora seminarium nauczycielskiego, gospodarującego w RGO przy ulicy Kanonicznej Antoniego Mikalskiego. Ucieszył się ogromnie, że może mi w czymś pomóc, choć nie bardzo miał, czym ubrać moje dzieci. Wszystko okazywało się albo nie do miary albo niepraktyczne, ale sam fakt, że ludzie czuli się tu po warszawsku, dodawał otuchy do życia.
     Zawadziłem także o biura centrali przy ul. Krowoderskiej i tam spotkałem warszawiaków. Byłem również w dziale opieki nad dzieckiem. Mogłem tam zwierzyć się ze swego zamiaru wznowienia zakładu dla moich wychowanków z ulicy Puławskiej.
     Nigdy w życiu nie umiałem być bezczynny. Toteż już po paru dniach pobytu pod strzechą rodzinną w moich Krzyszkowicach z papierkiem RGO upoważniającym mnie do organizowania pierwszej pomocy wysiedlonym warszawiakom, byłem już w terenie. Chodząc od chaty do chaty takich wsi, jak: Jawornik, Rudnik, Sułkowice, Bysina i inne sprawdzałem jak ludność miejscowa zakwaterowała tych bezdomnych. Bywało to różnie. Tu i ówdzie, jak na letnisku, kwatera oddzielna w ładnym pokoju, ale częściej byle gdzie, jak mogli na słomie w kuchni tuż przy wejściu do obory. Moje interwencje pomagały niemal w każdym przypadku, choć nie wszędzie, udawało mi się zmienić legowiska na prawdziwie ludzkie. Ale muszę przyznać, że ci ludzie, co o warszawiakach nie zawsze mieli najlepszą opinię, choćby i za to, że „niepotrzebnie zrobili Powstanie", jednak dzielili się nie tylko kątem we wspólnej izbie, kromką chleba, łyżką strawy, odrobiną mleka dla dzieci. Zasługa to duża tamtejszych wójtów, którzy choć pozornie wiernie służyli okupantowi, ale najczęściej także należeli do organizacji podziemnych.
     Niezbyt korzystne okazały się dla mnie osobiście te wędrówki po mokrych wioskach w nienajlepszym ubraniu, bo bardzo się wówczas przeziębiłem i bardzo odczuwałem bóle w kolanach, że czasem nie mogłem dojść do celu. Otrzymałem na rzecz warszawiaków odrobinę gotówki na wsparcie, na produkty żywnościowe, które rozdzielałem przy współpracy z wójtem gminy myślenickiej J. Durkiem. Przy tej okazji odnowiłem znajomości z myśleniczaninami, znanymi jeszcze z czasów, kiedy uczęszczałem do szkoły ludowej, a później do gimnazjum. Mogłem tu zwierzać się z planami uruchomienia filii mokotowskiego instytutu, na co krakowska RGO udzieliła mi pisemnego upoważnienia do poszukiwania odpowiedniego na ten cel budynku.
     O ten budynek nie było łatwo, bo w czasie wojny każdy wolał siedzieć na prowincji aniżeli w dużym mieście. Szczęście do nas samo przyszło. Przy cichej zgodzie zarządu miasta, w którym już mocno występowały zjawiska towarzyszące odwrotowi armii niemieckiej, wskazano mi dom wolny. Dom nad Rabą, podobny do kurhauzu, zbudowany z czerwonej cegły, położony ładnie w młodej sośninie. W nim znajdowała się duża sala na około 40 do 50 łóżek, oczywiście bardzo ścieśnionych i kilka mniejszych i większych pokoi. Były w nich nawet porzucone bezładnie drewniane prycze. Pojechałem zaraz do Krakowa z gotowym planem organizacyjnym i budżetowym. Otrzymałem obietnice pomocy w żywności i odzieży, a nawet materace papierowe, które znajdowały się czasowo w Harbutowicach. Tę pomoc obiecywano i innym zakładom wysiedlonym z Warszawy. Brakowało mi wtedy dobrego transportu własnego, bo chłopi w taki czas niepewny nie bardzo kwapili się do wyjazdów na zatłoczone szosy. Żałowałem wówczas ogromnie, gdy odmówiłem przyjęcia prezentu od pana A. Maciejewskiego, dobrze mi znanego ze współpracy w okresie warszawskim, który przyjechał do Krakowa parokonnym wozem, a ponieważ był już niepotrzebny, powiedział do mnie: „Bierz pan te ładne konie, nauczysz się furmanić, to i zarobisz na swą rodzinę". Nie miałem okazji podziękować mu jeszcze raz za wspaniały gest warszawiaka dla warszawiaka. Przywiózł mi towary ojczym, a mama wyładowała nam cały wóz słomy. Mogłem sprowadzić pierwsze grupy wychowanków, wśród których znaleźli się nie tylko moi mokotowiacy, ale i dzieci ewakuowane ze Wschodu, cała pięćdziesiątka. Ze wzruszeniem wspominam te czasy i tych ludzi, za ich dobre dla nas serce, dla Warszawy, bo jak zapomnieć panią Halinę Chęcińską, co zawsze umiała nam zachować odrobinę mięsa, tłuszczu, nawet wtedy, gdy nic nie było do sprzedania, albo Bałuków - piekarzy odmawiających przyjęcia pieniędzy za pieczywo. W miejscowym tartaku, prowadzonym przez patriotyczną rodzinę Hołujów zawsze mieliśmy wolny kredyt na drzewo, deski i różne przydatne odpady drewna. Nawet ci, którzy parcelowali pański dwór, przydzielili nam dosyć duży kawał pola nad śluzą prowadzącą do tartaku, a mnie działkę rodzinną na warzywa. Wiele z tych czasów pozostało mi miłych wspomnień, o dobrej pani piekarzowej Sieprawskiej, rodem ze Stróży, ale zamieszkałej w Podgórzu Krakowskim zachowało mi się najmocniej. Dzisiaj ją jeszcze widzę, jak obchodziła furmanki, ścieśnione na placu podgórskim i sprzedawała obwarzanki, z uśmiechem i życzliwością. „To Pani z Warszawy, z tymi dziećmi? Toście przeżyli, wszyscy? Weźcie ode mnie te obwarzanki, weźcie, zróbcie mi tę przyjemność. A może Pani da mi tę lub tamtą dziewczynkę na czas, jaki tylko zechcecie. Przyjeżdżajcie po mąkę, po kaszę, bo mam to zawsze w swym małym sklepiku. A dzieci własnych nie mam". Bywaliśmy często u tej dobrej Pani, nawet wtedy, gdy zlikwidowała sklep, a nam jakakolwiek pomoc nie była potrzebna. Zawsze czuliśmy się, że była kimś bardzo bliskim, do dziś jeszcze widzę ją tak miłą, zawsze uśmiechniętą.
     Na tym Zarabiu przeżyliśmy i najtrudniejsze dni walk frontowych o Myślenice, pełne mocnych przeżyć, niebezpieczeństw. Raz omal nie dostałem się tą drogą do niedalekiego Oświęcimia, czy jeszcze bliżej na stryczek. W czasie, gdy jedne oddziały niemieckie uchodziły, a inne nawet w naszej piwnicy przebierały się w ubrania cywilne, partyzanci pozabierali ułożoną pod ścianami broń. Gdy zobaczyli, że jej nie było hajda poszukiwać warszawiaków, bo ci wydawali się i tu Niemcom najgroźniejsi. Uratowali mnie jedynie moi chłopcy swoją zdecydowaną postawą.
     Pomimo, że zarówno nieliczny personel, jak i wychowankowie, czuliśmy się jak najlepiej na Zarabiu. Stale myśleliśmy o powrocie do „naszej Warszawy", o której dzieci warszawskie i niewarszawskie ciągle śpiewały. Nie dawało to nam spokoju, zwłaszcza po 17 stycznia 1945 roku, kiedy to jeszcze z tajnego radia dowiedzieliśmy się, że Warszawa była już wolna. Wybrałem się, zostawiając zakład pod opieką żony jak to już nie raz bywało.
     Droga była niesamowicie trudna do pokonania. Autem, pociągiem, wozem wojskowym, na piechotę, klucząc po różnych wertepach, stacjach. Był mróz, zimno, a spało się dobrze na twardej posadzce stacji w Szczakowej. Przeszło 3 dni trwała ta podróż z suchym kawałkiem chleba w kieszeni.
     Wreszcie dotarłem do Warszawy na „stare śmieci". Zakład w kompletnej ruinie, wyszabrowany, wykradziono nawet rzeczy dobrze ukryte, w tym i moją walizkę zagrzebaną na terenie ogrodu w ową noc przed kapitulacją. Pozabijałem deskami okna i drzwi, jakie jeszcze się zachowały. Zgłosiłem się do nowo organizowanej szkoły nr 178, do której uczęszczali kiedyś i nasi wychowankowie instytutowi.
     Było nas 12 nauczycieli, a uczniów na razie 6. Była to szkoła bez uczniów i bez okien. Uzgodniłem z kolegami, że „nie muszę tu być" i mogę zająć się dalszymi losami zakładu, w lepszych warunkach się znajdującego. Zgodził się na to i mój warszawski resort - Wydział Opieki Społecznej, zwłaszcza, że zaproponowałem nowy teren na filię mokotowskiego instytutu, tym razem już w samych Katowicach. Odchodziłem z tych ruin, jak człowiek ciężko chory, wyrzucony poza nawias zdrowych i silnych ludzi, którzy jednak tu sobie jako tako radzili, pracując w biurach i szkołach za miskę zupy, czy kupując sobie obiad w tramwaju na ulicy Marszałkowskiej.
     Wróciłem z Warszawy z postanowieniem pójścia za frontem, który przeniósł się daleko poza dawne granice przedwojenne. Boć przecież dobrze znałem te nasze dawne „Kresy Zachodnie", a dziś już tak bliskie, niemal w centrum kraju. Ciągnęli mnie tam przyjaciele, przyciągała i rzeczywistość, zapowiadająca lepszy ład, dostatek, rychlejsze możliwości zorganizowania opieki nad dziećmi Warszawy w lepszych warunkach, bo umożliwiających kształcenie zawodowe starszych chłopców. Zdałem zakład myślenicki p. Masełkowej, delegowanej z krakowskiego RGO i zameldowałem się w dwóch instytucjach: w województwie, w którym funkcję wice wojewody pełnił były powstaniec śląski płk Jerzy Ziętek i w kuratorium, którego pierwszym szefem był mój bliski współpracownik w latach 1931-1935 wśród bezrobotnych - profesor Jan Smoleń. I tu i tu obiecywano mi powierzenie ważniejszej funkcji społecznej, która by mi równocześnie pozwalała prowadzić nową filię zakładu warszawskiego. Wybrałem współpracę z wojewódzkim Wydziałem Opieki Społecznej, także bardzo zaangażowanym w pomoc warszawiakom. Powierzono mi funkcję dyrektora Wojewódzkiego Komitetu Opieki Społecznej dla organizowania różnych form pomocy społecznej na terenie wielkiego województwa śląsko-dąbrowskiego (kuchnie ludowe, pomoc odzieżowa, opieka nad dziećmi i młodzieżą i inne), a jednocześnie i kierownictwo „bursą dla młodzieży warszawskiej". Na ten cel ówczesny wicewojewoda płk Jerzy Ziętek przydzielił najlepszy barak w samym centrum Katowic, przy ul. Powstańców 37. Dawało mi to możliwość pełniejszej opieki dla mojej młodzieży, a także i tym młodym warszawiakom, którzy tu dosyć licznie przyjeżdżali na kolonie letnie. Moi chłopcy dosyć łatwo zżyli się z młodymi ślązakami, poszli do szkół katowickich, a starsi spośród nich do pracy i nauki w tamtejszych zakładach pracy. I z tych czasów pozostało mi wiele cennych wspomnień, zarówno ze spotkań w kuchniach ludowych, w których tak często spotykałem się z warszawiakami, jak i w samej bursie, czy z wyjazdów po koloniach dla dzieci warszawskich. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy w tych czasach, kiedy do Warszawy szły z polskiego Śląska pierwsze wagony węgla, mogłem na Śląsku przyjmować pierwsze grupy kolonijne dzieci warszawskich. Ale i tu, choć wszystko układało się pomyślnie, coraz lepiej, czułem, że to dla naszej młodzieży tylko pewien etap przejściowy. Dawały o tym znać stale śpiewy młodzieży o „tej mojej Warszawie", odwiedziny rodzin, które tam powracały. Do powrotu ponaglał mnie Wydział Opieki Społecznej przystępujący do odbudowy Instytutu Mokotowskiego.
     Pozostawiłem tamtejszemu Komitetowi Społecznemu i mojemu następcy mgr Tadeuszowi Siessowi filię katowicką, ale dopiero we wrześniu 1945 roku, czyli o dwa miesiące ponad wyznaczony mi termin. Zrobiłem to, mając na uwadze jedynie dobro młodzieży w obawie o jej losy z końcem roku szkolnego. Zamiast pochwały, spotkały mnie przykrości, przeżycia, o których zapomniałem odchodząc i od warszawskiego remontowanego zakładu.
     Pierwsze powojenne święta młodych warszawiaków w Katowicach były radosne, głośne i jeszcze dosyć skromne. Przy długim stole zebrało się 50 osób, na którym były nie tylko tradycyjne potrawy i „siemieniotka" śląska, ale i ryba w postaci śledzia. W rogu korytarza barakowego stała ogromna choinka, pod którą czekały prezenty - zabawki wykonane dla naszych chłopców w katowickiej spółdzielni „W imię człowieczeństwa" powstałej kiedyś w roku 1935 przy moim udziale. Czuwał przy choince pracownik tej spółdzielni Maciej Tarasiewicz. Rolę gospodyń przy stole pełniły - zastępująca mnie we wszystkim Janina Sala oraz nasza dawna warszawska kucharka Maria Górecka. Byli goście z magistratu katowickiego Elżbieta Stellerowa, żona wybitnego artysty malarza śląskiego, wówczas współpracująca ze mną w Wojewódzkim Komitecie Opieki Społecznej. Chłopcy mieli wspaniałe apetyty i nader dobry humor, toteż bardzo szybko opustoszały talerze, ścichły zachwyty nad smakołykami, a miejsce ich zajęły pieśni, kolędy, później piosenki o mojej Warszawie, a na końcu i nasza, tu zrodzona pieśń, na melodię jednej z pieśni śląskich:

„W Katowicach, w Instytucie
warszawiakom dobrze jest,
choć w baraku, choć w złym bucie
humor u nas zawsze jest.
W instytucie wiara młoda,
co do życia zawsze rwie,
tu brat bratu rękę poda
nie uczyni nigdy źle"

     Znalazłem się ponownie w szkole nr 178. Jakaż to była ta Warszawa na co dzień? Jak żadne miasto świata, spalona, zburzona i zatłoczona ludźmi, których całym majątkiem były tylko ręce i serce czujące za cały kraj, nakazujące budować wszystko od nowa. Mnie przypadło po raz trzeci budować rodzinne gniazdo od nowa. Niewiele miałem jak gdyby sił do wzmożonego wysiłku. Kiedy raz błąkając się po ruinach piętrowych okolic placu Teatralnego znalazłem wreszcie lekarza, siedzącego przy skromnej lampce naftowej, ten po opukaniu mnie dosyć pobieżnym powiedział mi: „Takim chorym to i ja jestem. Masz pan w tych ruinach zakładowych chociażby, jakie takie piwnice? Jeśli tak, to podajmy sobie ręce, będziemy wspólnie hodowali pieczarki, a to nas przywróci do zdrowia, da sposób do życia". Pieczarek nie hodowałem, za wyjątkiem krótkiego okresu, gdy ponownie w latach 1957-1963 kierowałem moim zakładem na Puławskiej. Ale znalazłem najlepszy sposób do życia - w szkole, gdzie w latach powojennych widoczne były wszelkie skutki minionej wojny. I tej powojennej włóczęgi ludzi po całym świecie. Boć przecież i do dzisiaj wiele rodzin jeszcze się nie zeszło i chyba już nigdy nie zejdzie.
     Nie wszyscy z wychowanków, którzy z nami zostali wysiedleni z Warszawy, wrócili do niej tuż zaraz po wojnie. Jedni rozproszyli się po całym kraju, niektórzy wpadli do niemieckich obozów pracy i wracali z dużym opóźnieniem, a po powrocie nie było dla nich miejsca w nowo odbudowywanym zakładzie. Wreszcie byli i tacy, którzy nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca w tej umiłowanej Warszawie, poszli w Polskę.
     Młodsi znaleźli opiekę w poza warszawskich zakładach wychowawczych, starsi szukali pracy, mieszkania i ożenku. To ich usamodzielnienie się, odbywało się bez mojej większej pomocy, nieraz zbyt samodzielnie. Pomogły im doświadczenia wychowawcze w zakładzie, gdzie nie tylko dbano o ukończenie szkoły, ale i o to wszystko, co było potrzebne, by żyć samodzielnie i godnie. Niemal wszystkie ich własne małżeństwa stały się szczęśliwe. Imponowali swym towarzyszkom życia, że umieli gotować, obszyć się, sprzątać mieszkanie, pracować w ogrodzie, wszystko, co było potrzebne w domu i w rodzinie.
     Na ogół lokowali się, kierując się zmysłem praktycznym. W wielu przypadkach tam, gdzie był kawałek roli, ogrodu, blisko miasta i szybko asymilowali się w swych nowych środowiskach. Nie leniwili się, ale z miejsca podejmowali pracę, nie zawsze zgodnie z przygotowaniem zawodowym ku temu. Nie mogę się powstydzić za ich start w życiu i za sprawowanie w ich zakładach pracy.

 Wstecz...


Sierociniec w Sośninie nad Rabą kierowany przez Władysława Salego, 1945
Sierociniec w Sośninie nad Rabą kierowany przez Władysława [...]
Wychowankowie filii Zakładu Opiekuńczo-Wychowawczego w Katowicach, 1945
Wychowankowie filii Zakładu Opiekuńczo-Wychowawczego [...]
Wydawanie posiłków w kuchni ludowej w Nowej Wsi, 1945
Wydawanie posiłków w kuchni ludowej w Nowej Wsi, [...]
Wydawanie posiłków w kuchni ludowej w Zabrzu, 1945
Wydawanie posiłków w kuchni ludowej w Zabrzu, 19 [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten