Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Władysława Sali


foto

     Przybywszy na teren Wyścigów rozłożyliśmy się na jakichś wielkich łodziach. Chłopcy pytali: „No i co? Przecież nam już zabrali, wydarli jednego z najstarszych". Nie pomogły nasze tłumaczenia. Romek R., chłopiec właściwie debilny, jakby na swe nieszczęście, ubrał się nie wiadomo kiedy w mundur powstańca. I za to odpokutował. Szwaby przyglądali się wnikliwie każdemu z nas. Kiedy na moment odeszli, powiedziałem: „Nie ma innej rady jak tylko ta: Kto ma rozum i nogi silne, ten będzie wiedział, co ma robić w ciągu nocy. Młodsi niechaj trzymają się najstarszych, pojedynczo". Tak zrobił na początek jeden z najmłodszych Janek K., odchodząc z naszym siedemdziesięcioletnim dozorcą Włodzimierzem Żarukiem w ciemną dal, kończącą się później w Wolbromiu.
     Po drodze rozpoczęliśmy pertraktacje z żołnierzem niemieckim. Zrozumiał, że chcemy uciec, a gdy go Danusia poczęstowała ostatnim pudełeczkiem sardynek, szepnął do mnie cicho, po niemiecku: „Uchodzić, gdy ja się odwrócę, ale uważać na esesmana. Tak też zrobiliśmy. Będąc już we Włochach, i to dosyć dużą gromadą, wespół z ogrodnikiem, który choć sam mnie namawiał do ucieczki, był bardzo zmartwiony, jak to zrobić, ponieważ żal mu było porzucić dużego bagażu. Zachował go na własne nieszczęście.
     Po pewnym czasie wyśledzono nas i ponownie zapędzono do transportu. W zamieszaniu żona, poprawiając pieluchy u dziecka, pertraktowała z Niemcem o wolność za cenę złotej obrączki. Zdjęła i wydała mu, ale taki zaraz zrobił się harmider, że zagubiła dosyć dużą torebkę z wartościowymi rzeczami.
     Stanęliśmy na placu zbiórkowym przy stacji, przygnębieni, zrozpaczeni, nie widząc żadnej możliwości ratunku, bo żandarmów i żołnierzy cała masa. Tłum wrzeszczał, ludzie nawoływali się, co chwilę podjeżdżał nowy pociąg. Niemcy wpychali ludzi kolbami i z krzykiem.
     Zmęczeni bardzo przysiedliśmy na bruku przed budynkiem przy stacji, skąd wychodzili żandarmi. Nie na długo, bo oto cała sfora żołnierzy pchała tłum ku torom. Idąc koło tych żandarmskich dźwierzy, niewiele myśląc, rozepchnęliśmy je i całą gromadą wpadliśmy wprost na schody, sami sobie się dziwiąc jak to się stało, że jesteśmy po tej stronie, gdzie nie było groźnego pociągu. Antoś poczuwszy zmianę sytuacji jeszcze bardziej płakał, krzyczał. Ja zdeterminowany na wszystko usiadłem na schodach tak nieruchomo, że nawet nie ruszyłem się na widok skierowanej do nas lufy karabinu. Nie pomogło już ani to „rrraus!", bo już nam było wszystko jedno. Władca karabinu, słysząc rozpaczliwy krzyk dziecka, zawahał się, może i on przypomniał sobie swoje własne małe dzieci. Zaklął, raptownym zwrotem wypadł z bramy i już nie wrócił. Ale sytuacja groźna nie minęła, bo zdradzał nas rozpaczliwy krzyk dziecka. Dosłyszała go jakaś kobieta znajdująca się w tym domu, jak później okazało się, Polka pracująca dla Niemców w tym domu kolejowym. Błagaliśmy ją o ratunek, obiecaliśmy mój pamiątkowy, złoty pierścień. „Nie, nie mogę - powiedziała - tu mieszkają tylko sami Niemcy. Ale spróbujcie zejść do korytarza piwnic. Tylko, żeby ten dzieciak nie płakał". Ale jak to zrobić? Jedynym sposobem okazało się kneblowanie ust chusteczką i to tak, co pół godziny, gdy straże się zmieniały, co można było usłyszeć jako skrzypienie drzwi. Tak oto przemęczyliśmy się całą noc. Nad ranem zeszła do nas owa kobiecina, pani R., która podobno już wielu warszawiaków tędy wyprowadziła. Zaprowadziła nas do swego mieszkania, w którym mogliśmy nie tylko odpocząć, ale i umyć się, napić się czegoś ciepłego. Byliśmy jej niepomiernie wdzięczni i zobowiązani.
     Po południu, gdy nieco wytchnęliśmy, poprowadziła nas na poszukiwanie jakiejś kwatery przez południowe Włochy i Gołąbki. Nigdzie nie można było znaleźć ani jednego wolnego miejsca, a nas łącznie z wychowankiem J.S. było kilkoro. Zajęte były nawet łazienki, toalety, strychy, szopy. Mówiono, że Niemcy już poszukiwali warszawiaków i zapędzali ich ponownie do Włoch, do pociągu do Pruszkowa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten