Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Władysława Sali


foto

     Szliśmy dalej, przysiadając na przydrożnych kamieniach. Doszliśmy do małej stacyjki kolejki dojazdowej z napisem Opacz. Opacz! O patrz! Ale i popatrz, tuż przy torze kolejki stał stragan z pomidorami. Można było je kupić za dawne nasze okupacyjne jeszcze pieniądze, ile się chciało.
     Wsiedliśmy w pierwszy, jaki nadszedł, pociąg do Grodziska. Przecież tam chyba była nasza kucharka, która czując grozę zbliżającego się Powstania, pojechała do swojej rodziny. Dosyć szybko i łatwo trafiliśmy na ulicę Wólczańską. Przyjęto nas bardzo życzliwie, ofiarowując cały pokój do naszej dyspozycji, a, że łóżek dodatkowych nie mieli, zasłano nam słomą całą podłogę. Poczuliśmy się w pokoju jak na letnisku. Ale Warszawy nie udało się nam zapomnieć. Sama tu za nami przyszła. Na falach wiatru niosła ponad nasz dom tysiące spalonych lekkich kart czarnych. Widać stąd było i wysokie słupy dymu i ognia z ulic walczącego jeszcze miasta. Zresztą i tu było pełno warszawiaków, którym udało się ominąć Pruszków. Ludność miejscowa bardzo im życzliwa i pomocna. Były tu czynne organizacje niosące pomoc ludności - placówki RGO i PCK. W jednej z nich zetknęliśmy się z naszym poczciwym, usłużnym lekarzem zakładowym. Zaraz się nami zajął, odstępował nam nawet swoje skromne przydziałowe porcje chleba, zupy. Poradził jak starać się, by pojechać dalej. Pisaliśmy wnioski do władz o zezwolenie na osiedlenie się w krakowskiem.
     Wydano nam takie, ale tylko na żonę, teściową i troje dzieci, beze mnie. Co było robić? Wszyscy radzili, aby uciekać jak najdalej od Warszawy. Pojechali, zatem beze mnie, wprost przez Częstochowę do Krakowa, który formalnie i faktycznie stawał się jeszcze raz stolicą Polski.
     Po odjeździe rodziny, stale wysiadywałem na terenach stacji grodziskiej, by uchodząc uwagi żandarmów wpaść w jakiś pociąg. Ale jakoś się nie udawało, bo każdy nadchodzący pociąg był bardzo obserwowany i nadzorowany przez żandarmów. Zauważyłem pociąg z wojskiem, przed jego lokomotywą znajdowała się platforma z cywilami. Nie namyślając się wiele wyskoczyłem nie bacząc, czy ktoś mnie widzi i wpadłem na tę platformę. Tam byli sami mężczyźni. Wszyscy bardzo podnieceni, ale zdecydowani. To jedyny sposób ujść szwabom. Przejechaliśmy parę stacji, zaczynały się rozległe pola i lasy. Cierpko się robiło chyba nie tylko nam, ale i tym bohaterom wracającym z frontu na jakiś wypoczynek czy leczenie. Niewiele się namyślając, bo wiedzieliśmy, co nas może czekać na tej platformie, zeskoczyliśmy i załadowaliśmy się do najbliższych wagonów. O dziwo, żołnierze przyjęli nas chętnie, a nawet ustępowali miejsca na ławkach, sami kładąc się na podłodze...
     Tak podjechaliśmy pod lasy koło Radomska. Była już noc. Nagle usłyszałem potężną detonację i odczułem ruch wagonu unoszącego się w górę, a przez okna błysk silny ognia. Żołnierze w mig zeskoczyli na tory i porozciągali karabiny maszynowe gotowe do strzału, ale nie strzelali. Za to słychać było strzały z głębi lasu. Widocznie nie dawali o sobie znać, ci, którzy nam zorganizowali taką przygodę. Powoli i to ucichło, ale nie mogliśmy jechać dalej, bo tory zostały zerwane, platforma, lokomotywa i pierwszy wagon zniszczone. Nadjechały jakieś samochody, jakaś lokomotywka z oficerami i zamiast naprzód pojechaliśmy do tyłu o kilka stacji, chyba do Piotrkowa. Dopiero nad ranem, gdy tor był już naprawiony, mogliśmy pojechać dalej, ale już nie na platformie. Sami Niemcy zapraszali nas do wewnątrz.
     Wreszcie wymarzony w snach Kraków, gwarny, podniecony, wszystko mówiło i pytało o Warszawę. Poznałem wielką życzliwość u ludzi. Były organizowane specjalne noclegi i schroniska dla warszawiaków. Miałem tu tylu znajomych i przyjaciół. Wybrałem spośród nich Augusta i Albinę Rzepków, znanych mi dobrze z czasu mojej działalności na Śląsku. Ukrywali się oni w dzielnicy ogrodów i pól koło Płaszowa. On zmienił się do niepoznania, bo należał do tych, na których „nałożono nagrodę" za pojmanie. Nie powinien był obawiać się Niemców, ponieważ jako naczelnik gminy nic złego nie zrobił. Mimo to był powstańcem śląskim, a ci byli rozstrzeliwani i wieszani. Przyjęli mnie życzliwie i gościnnie, że mnie to krępowało, bo w moim plecaku, wbrew mej woli, znalazły się nie tylko para nowego obuwia, ale i brzytwa do ogolenia miesięcznej brody i coś do jedzenia.
     Nie musiałem korzystać z tej pomocy, bo wszystko czekało u mojej mamy, przezacnej i zawsze zwycięskiej Wiktorii, a bracia okazali mi dużo serca. Brat Ludwik sprowadził dla nas tonę węgla. W małym domku pod strzechą było nam ciasno, bo przebywało 19 osób, ale tak przytulnie jak w dobrym sanatorium. Gotowość pomocy deklarowali nam zarówno sąsiedzi, krewni, jak i ludzie dalsi, a zwłaszcza państwo Bazińscy, prowadzący tutejszą szkołę. Odczuliśmy, że tu jakoś nam będzie.
     Ostatnia okupacyjna na wygnaniu wigilia była niepodobna do żadnych dotychczasowych, choć niby wszystko było tu według wiekowej tradycji. Obrazy i kąty matczynej izby udekorowane zostały kłosami żyta. W rogu izdebki stała duża jodłowa choinka błyszcząca kolorowymi ozdobami, a na niej nawet radośniej świecące świeczki i duży długi przez całą izbę stół, zmontowany naprędce przez brata. Na nim znalazły się miski z jadłem wigilijnym - zupa grzybowa, krupy z grochem, świeży pachnący pszenicą chleb, ciasto z makiem, opłatki rozłożone na wiązce siana. Na szafie stał w rogu izby metrowej wielkości święty Mikołaj upieczony dla nas specjalnie przez pana Sieprawskiego. Było nas 22 osoby, w tym nasza warszawska szóstka, rodzina brata Aleksandra, byłego tramwajarza warszawskiego, żona i dwoje dzieci (2 i 3 lata); rodzina brata Franciszka zamęczonego w Oświęcimiu, chyba jedynie za to, że wiózł nam do Warszawy odrobinę żywności; najmłodsi bracia Kazek, Ludwik i Julek. Czuliśmy się w tej wielkiej rodzinnej gromadzie jak rozbitkowie dobijający do bezpiecznego schronienia, zapominając, że tuż obok nas po szosie pędziły jak szalone wozy znaczone swastyką i ludzie noszący na czapkach trupie czaszki. Po złożeniu sobie życzeń „oby już niedługo każdy był u siebie i zdrowo", śpiewaliśmy dużo. Przewodził śpiewom barytonowy, piękny głos wychowanka naszego Zenka Pycia, który po moim odejściu z bursy poszedł do pracy w kopalni, ożenił się ze ślązaczką i pozostał na Śląsku. Śpiewaliśmy konspiracyjne kolędy, do których doszła tutaj powstała piosenka dla uczczenia tego, który nas uratował, naszego powracającego do zdrowia Antosia:

„Antosiu miły, zbieraj swe siły,
Grzbiet swój wyprostuj jak ten kwiat,
Pójdziemy światem, z siostrami, bratem
Budować inny, lepszy świat!..."

     A na drugi dzień, jak co roku odwiedzili nas kolędnicy z szopką i Herodem znaczonym swastyką. Podobnie przeżywali te ostatnie okupacyjne święta i inni mieszkańcy naszej wioski, wśród których byli nie tylko warszawiacy, ale i „rodacy", którzy tu od wielu lat nie zaglądali. Pozostało mi z tego wieczoru jedno niezatarte wspomnienie z widoku łez spływających po policzkach matki, tak czule do nas wówczas spoglądającej i jej pełne troski słowa: „Dzieci moje kochane, jakże się cieszę, że jesteśmy razem, ale jakby tak dłużej było, to jak ja was tu wyżywię?". Starałem się, aby ulżyć jej w tej trosce, bo to przecież byłoby ponad jej siły i możliwości.
    Któregoś dnia wybraliśmy się do Krakowa, bo mówiono nam, że organizowano pomoc warszawiakom. Były tam nie tylko biura, ale i magazyny, do których cisnęły się tysiące ludzi, przeważnie z dziećmi, po środki spożywcze, po odzież, której warszawiacy tak bardzo potrzebowali. Nie obywało się tu bez scysji, bo ludzie grymasili. Podziwiałem spokój obsługi, ich dobrą wolę. Szczególnie mile utrwaliła się w mojej pamięci sylwetka mojego dawnego dyrektora seminarium nauczycielskiego, gospodarującego w RGO przy ulicy Kanonicznej Antoniego Mikalskiego. Ucieszył się ogromnie, że może mi w czymś pomóc, choć nie bardzo miał, czym ubrać moje dzieci. Wszystko okazywało się albo nie do miary albo niepraktyczne, ale sam fakt, że ludzie czuli się tu po warszawsku, dodawał otuchy do życia.
     Zawadziłem także o biura centrali przy ul. Krowoderskiej i tam spotkałem warszawiaków. Byłem również w dziale opieki nad dzieckiem. Mogłem tam zwierzyć się ze swego zamiaru wznowienia zakładu dla moich wychowanków z ulicy Puławskiej.
     Nigdy w życiu nie umiałem być bezczynny. Toteż już po paru dniach pobytu pod strzechą rodzinną w moich Krzyszkowicach z papierkiem RGO upoważniającym mnie do organizowania pierwszej pomocy wysiedlonym warszawiakom, byłem już w terenie. Chodząc od chaty do chaty takich wsi, jak: Jawornik, Rudnik, Sułkowice, Bysina i inne sprawdzałem jak ludność miejscowa zakwaterowała tych bezdomnych. Bywało to różnie. Tu i ówdzie, jak na letnisku, kwatera oddzielna w ładnym pokoju, ale częściej byle gdzie, jak mogli na słomie w kuchni tuż przy wejściu do obory. Moje interwencje pomagały niemal w każdym przypadku, choć nie wszędzie, udawało mi się zmienić legowiska na prawdziwie ludzkie. Ale muszę przyznać, że ci ludzie, co o warszawiakach nie zawsze mieli najlepszą opinię, choćby i za to, że „niepotrzebnie zrobili Powstanie", jednak dzielili się nie tylko kątem we wspólnej izbie, kromką chleba, łyżką strawy, odrobiną mleka dla dzieci. Zasługa to duża tamtejszych wójtów, którzy choć pozornie wiernie służyli okupantowi, ale najczęściej także należeli do organizacji podziemnych.
     Niezbyt korzystne okazały się dla mnie osobiście te wędrówki po mokrych wioskach w nienajlepszym ubraniu, bo bardzo się wówczas przeziębiłem i bardzo odczuwałem bóle w kolanach, że czasem nie mogłem dojść do celu. Otrzymałem na rzecz warszawiaków odrobinę gotówki na wsparcie, na produkty żywnościowe, które rozdzielałem przy współpracy z wójtem gminy myślenickiej J. Durkiem. Przy tej okazji odnowiłem znajomości z myśleniczaninami, znanymi jeszcze z czasów, kiedy uczęszczałem do szkoły ludowej, a później do gimnazjum. Mogłem tu zwierzać się z planami uruchomienia filii mokotowskiego instytutu, na co krakowska RGO udzieliła mi pisemnego upoważnienia do poszukiwania odpowiedniego na ten cel budynku.
     O ten budynek nie było łatwo, bo w czasie wojny każdy wolał siedzieć na prowincji aniżeli w dużym mieście. Szczęście do nas samo przyszło. Przy cichej zgodzie zarządu miasta, w którym już mocno występowały zjawiska towarzyszące odwrotowi armii niemieckiej, wskazano mi dom wolny. Dom nad Rabą, podobny do kurhauzu, zbudowany z czerwonej cegły, położony ładnie w młodej sośninie. W nim znajdowała się duża sala na około 40 do 50 łóżek, oczywiście bardzo ścieśnionych i kilka mniejszych i większych pokoi. Były w nich nawet porzucone bezładnie drewniane prycze. Pojechałem zaraz do Krakowa z gotowym planem organizacyjnym i budżetowym. Otrzymałem obietnice pomocy w żywności i odzieży, a nawet materace papierowe, które znajdowały się czasowo w Harbutowicach. Tę pomoc obiecywano i innym zakładom wysiedlonym z Warszawy. Brakowało mi wtedy dobrego transportu własnego, bo chłopi w taki czas niepewny nie bardzo kwapili się do wyjazdów na zatłoczone szosy. Żałowałem wówczas ogromnie, gdy odmówiłem przyjęcia prezentu od pana A. Maciejewskiego, dobrze mi znanego ze współpracy w okresie warszawskim, który przyjechał do Krakowa parokonnym wozem, a ponieważ był już niepotrzebny, powiedział do mnie: „Bierz pan te ładne konie, nauczysz się furmanić, to i zarobisz na swą rodzinę". Nie miałem okazji podziękować mu jeszcze raz za wspaniały gest warszawiaka dla warszawiaka. Przywiózł mi towary ojczym, a mama wyładowała nam cały wóz słomy. Mogłem sprowadzić pierwsze grupy wychowanków, wśród których znaleźli się nie tylko moi mokotowiacy, ale i dzieci ewakuowane ze Wschodu, cała pięćdziesiątka. Ze wzruszeniem wspominam te czasy i tych ludzi, za ich dobre dla nas serce, dla Warszawy, bo jak zapomnieć panią Halinę Chęcińską, co zawsze umiała nam zachować odrobinę mięsa, tłuszczu, nawet wtedy, gdy nic nie było do sprzedania, albo Bałuków - piekarzy odmawiających przyjęcia pieniędzy za pieczywo. W miejscowym tartaku, prowadzonym przez patriotyczną rodzinę Hołujów zawsze mieliśmy wolny kredyt na drzewo, deski i różne przydatne odpady drewna. Nawet ci, którzy parcelowali pański dwór, przydzielili nam dosyć duży kawał pola nad śluzą prowadzącą do tartaku, a mnie działkę rodzinną na warzywa. Wiele z tych czasów pozostało mi miłych wspomnień, o dobrej pani piekarzowej Sieprawskiej, rodem ze Stróży, ale zamieszkałej w Podgórzu Krakowskim zachowało mi się najmocniej. Dzisiaj ją jeszcze widzę, jak obchodziła furmanki, ścieśnione na placu podgórskim i sprzedawała obwarzanki, z uśmiechem i życzliwością. „To Pani z Warszawy, z tymi dziećmi? Toście przeżyli, wszyscy? Weźcie ode mnie te obwarzanki, weźcie, zróbcie mi tę przyjemność. A może Pani da mi tę lub tamtą dziewczynkę na czas, jaki tylko zechcecie. Przyjeżdżajcie po mąkę, po kaszę, bo mam to zawsze w swym małym sklepiku. A dzieci własnych nie mam". Bywaliśmy często u tej dobrej Pani, nawet wtedy, gdy zlikwidowała sklep, a nam jakakolwiek pomoc nie była potrzebna. Zawsze czuliśmy się, że była kimś bardzo bliskim, do dziś jeszcze widzę ją tak miłą, zawsze uśmiechniętą.
     Na tym Zarabiu przeżyliśmy i najtrudniejsze dni walk frontowych o Myślenice, pełne mocnych przeżyć, niebezpieczeństw. Raz omal nie dostałem się tą drogą do niedalekiego Oświęcimia, czy jeszcze bliżej na stryczek. W czasie, gdy jedne oddziały niemieckie uchodziły, a inne nawet w naszej piwnicy przebierały się w ubrania cywilne, partyzanci pozabierali ułożoną pod ścianami broń. Gdy zobaczyli, że jej nie było hajda poszukiwać warszawiaków, bo ci wydawali się i tu Niemcom najgroźniejsi. Uratowali mnie jedynie moi chłopcy swoją zdecydowaną postawą.
     Pomimo, że zarówno nieliczny personel, jak i wychowankowie, czuliśmy się jak najlepiej na Zarabiu. Stale myśleliśmy o powrocie do „naszej Warszawy", o której dzieci warszawskie i niewarszawskie ciągle śpiewały. Nie dawało to nam spokoju, zwłaszcza po 17 stycznia 1945 roku, kiedy to jeszcze z tajnego radia dowiedzieliśmy się, że Warszawa była już wolna. Wybrałem się, zostawiając zakład pod opieką żony jak to już nie raz bywało.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten