Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Władysława Sali


foto

     Wróciłem z Warszawy z postanowieniem pójścia za frontem, który przeniósł się daleko poza dawne granice przedwojenne. Boć przecież dobrze znałem te nasze dawne „Kresy Zachodnie", a dziś już tak bliskie, niemal w centrum kraju. Ciągnęli mnie tam przyjaciele, przyciągała i rzeczywistość, zapowiadająca lepszy ład, dostatek, rychlejsze możliwości zorganizowania opieki nad dziećmi Warszawy w lepszych warunkach, bo umożliwiających kształcenie zawodowe starszych chłopców. Zdałem zakład myślenicki p. Masełkowej, delegowanej z krakowskiego RGO i zameldowałem się w dwóch instytucjach: w województwie, w którym funkcję wice wojewody pełnił były powstaniec śląski płk Jerzy Ziętek i w kuratorium, którego pierwszym szefem był mój bliski współpracownik w latach 1931-1935 wśród bezrobotnych - profesor Jan Smoleń. I tu i tu obiecywano mi powierzenie ważniejszej funkcji społecznej, która by mi równocześnie pozwalała prowadzić nową filię zakładu warszawskiego. Wybrałem współpracę z wojewódzkim Wydziałem Opieki Społecznej, także bardzo zaangażowanym w pomoc warszawiakom. Powierzono mi funkcję dyrektora Wojewódzkiego Komitetu Opieki Społecznej dla organizowania różnych form pomocy społecznej na terenie wielkiego województwa śląsko-dąbrowskiego (kuchnie ludowe, pomoc odzieżowa, opieka nad dziećmi i młodzieżą i inne), a jednocześnie i kierownictwo „bursą dla młodzieży warszawskiej". Na ten cel ówczesny wicewojewoda płk Jerzy Ziętek przydzielił najlepszy barak w samym centrum Katowic, przy ul. Powstańców 37. Dawało mi to możliwość pełniejszej opieki dla mojej młodzieży, a także i tym młodym warszawiakom, którzy tu dosyć licznie przyjeżdżali na kolonie letnie. Moi chłopcy dosyć łatwo zżyli się z młodymi ślązakami, poszli do szkół katowickich, a starsi spośród nich do pracy i nauki w tamtejszych zakładach pracy. I z tych czasów pozostało mi wiele cennych wspomnień, zarówno ze spotkań w kuchniach ludowych, w których tak często spotykałem się z warszawiakami, jak i w samej bursie, czy z wyjazdów po koloniach dla dzieci warszawskich. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy w tych czasach, kiedy do Warszawy szły z polskiego Śląska pierwsze wagony węgla, mogłem na Śląsku przyjmować pierwsze grupy kolonijne dzieci warszawskich. Ale i tu, choć wszystko układało się pomyślnie, coraz lepiej, czułem, że to dla naszej młodzieży tylko pewien etap przejściowy. Dawały o tym znać stale śpiewy młodzieży o „tej mojej Warszawie", odwiedziny rodzin, które tam powracały. Do powrotu ponaglał mnie Wydział Opieki Społecznej przystępujący do odbudowy Instytutu Mokotowskiego.
     Pozostawiłem tamtejszemu Komitetowi Społecznemu i mojemu następcy mgr Tadeuszowi Siessowi filię katowicką, ale dopiero we wrześniu 1945 roku, czyli o dwa miesiące ponad wyznaczony mi termin. Zrobiłem to, mając na uwadze jedynie dobro młodzieży w obawie o jej losy z końcem roku szkolnego. Zamiast pochwały, spotkały mnie przykrości, przeżycia, o których zapomniałem odchodząc i od warszawskiego remontowanego zakładu.
     Pierwsze powojenne święta młodych warszawiaków w Katowicach były radosne, głośne i jeszcze dosyć skromne. Przy długim stole zebrało się 50 osób, na którym były nie tylko tradycyjne potrawy i „siemieniotka" śląska, ale i ryba w postaci śledzia. W rogu korytarza barakowego stała ogromna choinka, pod którą czekały prezenty - zabawki wykonane dla naszych chłopców w katowickiej spółdzielni „W imię człowieczeństwa" powstałej kiedyś w roku 1935 przy moim udziale. Czuwał przy choince pracownik tej spółdzielni Maciej Tarasiewicz. Rolę gospodyń przy stole pełniły - zastępująca mnie we wszystkim Janina Sala oraz nasza dawna warszawska kucharka Maria Górecka. Byli goście z magistratu katowickiego Elżbieta Stellerowa, żona wybitnego artysty malarza śląskiego, wówczas współpracująca ze mną w Wojewódzkim Komitecie Opieki Społecznej. Chłopcy mieli wspaniałe apetyty i nader dobry humor, toteż bardzo szybko opustoszały talerze, ścichły zachwyty nad smakołykami, a miejsce ich zajęły pieśni, kolędy, później piosenki o mojej Warszawie, a na końcu i nasza, tu zrodzona pieśń, na melodię jednej z pieśni śląskich:

„W Katowicach, w Instytucie
warszawiakom dobrze jest,
choć w baraku, choć w złym bucie
humor u nas zawsze jest.
W instytucie wiara młoda,
co do życia zawsze rwie,
tu brat bratu rękę poda
nie uczyni nigdy źle"

     Znalazłem się ponownie w szkole nr 178. Jakaż to była ta Warszawa na co dzień? Jak żadne miasto świata, spalona, zburzona i zatłoczona ludźmi, których całym majątkiem były tylko ręce i serce czujące za cały kraj, nakazujące budować wszystko od nowa. Mnie przypadło po raz trzeci budować rodzinne gniazdo od nowa. Niewiele miałem jak gdyby sił do wzmożonego wysiłku. Kiedy raz błąkając się po ruinach piętrowych okolic placu Teatralnego znalazłem wreszcie lekarza, siedzącego przy skromnej lampce naftowej, ten po opukaniu mnie dosyć pobieżnym powiedział mi: „Takim chorym to i ja jestem. Masz pan w tych ruinach zakładowych chociażby, jakie takie piwnice? Jeśli tak, to podajmy sobie ręce, będziemy wspólnie hodowali pieczarki, a to nas przywróci do zdrowia, da sposób do życia". Pieczarek nie hodowałem, za wyjątkiem krótkiego okresu, gdy ponownie w latach 1957-1963 kierowałem moim zakładem na Puławskiej. Ale znalazłem najlepszy sposób do życia - w szkole, gdzie w latach powojennych widoczne były wszelkie skutki minionej wojny. I tej powojennej włóczęgi ludzi po całym świecie. Boć przecież i do dzisiaj wiele rodzin jeszcze się nie zeszło i chyba już nigdy nie zejdzie.
     Nie wszyscy z wychowanków, którzy z nami zostali wysiedleni z Warszawy, wrócili do niej tuż zaraz po wojnie. Jedni rozproszyli się po całym kraju, niektórzy wpadli do niemieckich obozów pracy i wracali z dużym opóźnieniem, a po powrocie nie było dla nich miejsca w nowo odbudowywanym zakładzie. Wreszcie byli i tacy, którzy nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca w tej umiłowanej Warszawie, poszli w Polskę.
     Młodsi znaleźli opiekę w poza warszawskich zakładach wychowawczych, starsi szukali pracy, mieszkania i ożenku. To ich usamodzielnienie się, odbywało się bez mojej większej pomocy, nieraz zbyt samodzielnie. Pomogły im doświadczenia wychowawcze w zakładzie, gdzie nie tylko dbano o ukończenie szkoły, ale i o to wszystko, co było potrzebne, by żyć samodzielnie i godnie. Niemal wszystkie ich własne małżeństwa stały się szczęśliwe. Imponowali swym towarzyszkom życia, że umieli gotować, obszyć się, sprzątać mieszkanie, pracować w ogrodzie, wszystko, co było potrzebne w domu i w rodzinie.
     Na ogół lokowali się, kierując się zmysłem praktycznym. W wielu przypadkach tam, gdzie był kawałek roli, ogrodu, blisko miasta i szybko asymilowali się w swych nowych środowiskach. Nie leniwili się, ale z miejsca podejmowali pracę, nie zawsze zgodnie z przygotowaniem zawodowym ku temu. Nie mogę się powstydzić za ich start w życiu i za sprawowanie w ich zakładach pracy.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten