Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Krasuskiej (Góreckiej)


  Relacja Krystyny Krasuskiej (Góreckiej)

MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 35

Krystyna Krasuska z d. Górecka

Lat 14, w okresie okupacji mieszkała przy ul. Powązkowskiej, w Powstaniu Warszawskim znajdowała się w budynku przy ul. Żytniej róg Żelaznej.

     Szłam od Placu Napoleona, ulicą Świętokrzyską, kierując się w stronę domu. Mieszkałam na ul. Powązkowskiej. Miałam 14 lat i były wakacje.
     Idąc ulicą Żelazną, której środkiem jezdni biegł mur oddzielający getto, spojrzałam ciekawie w ulicę Leszno, tu znajdowała się brama prowadząca do dzielnicy żydowskiej. Dochodząc do Żytniej, nagle rozległ się ryk syren fabrycznych, to one dały sygnał rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Wraz z innymi przechodniami schroniłam się w klasztorze przy zbiegu ulic Żytniej z Żelazną. Z dnia na dzień ludzi w piwnicach zaczęło przybywać, gdyż w skutek bombardowania oraz pożogi pochłaniającej dom za domem ludzie nie mieli się gdzie podziać. Jednej nocy ksiądz udzielił wszystkim ogólną absolucję.
     Dnia 8 sierpnia 1944 roku Niemcy rozwalając bramę pociskiem z czołgu, wypędzili wszystkich na dziedziniec, a następnie wśród płonących domów i zwęglonych ludzkich ciał, pognali wszystkich do kościoła św. Wojciecha. Następnego dnia zostaliśmy odtransportowani do Pruszkowa.
     Dnia 10 lub 11 sierpnia załadowano nas jak towar do wagonów towarowych. Kiedy zamykano wagony, ktoś zapytał, dokąd jedziemy? „Auschwitz" - padła odpowiedź, po minucie trwożnej ciszy, ktoś to zdementował, twierdząc, że to niemożliwe. W czasie tej drogi, lecz, gdzie to było nie pamiętam, zatrzymano pociąg. Nie wiem również, kto otworzył drzwi naszego wagonu, lecz zapamiętałam jak ludność tamtejszej okolicy podawała żywność, pamiętam kilkadziesiąt wyciągniętych rąk po pieczywo, słoninę lub inny prowiant. W czasie powtórnego otwarcia drzwi, okazało się, że wszystko jest możliwe. Pierwszą rzeczą, która nam się ukazała, były informatory - Auschwitz - Birkenau - był dzień 12 sierpnia 1944 roku.
     Po wyjściu z wagonów oddzielono kobiety wraz z dziećmi do lat trzech od mężczyzn i zmagazynowano nas w jakimś baraku, gdzie spędziłyśmy noc, siadając pokotem na ziemi. Pamiętam, że tej nocy jedna z kobiet rzuciła się na druty, a jedna dostała obłędu. Następnego dnia, oddzielono dzieci do lat 14-tu od dorosłych. Miałam wówczas ukończone 14 lat, więc przeszłam na stronę dorosłych, lecz któraś z kobiet ciągnąc mnie za rękę, powiedziała: „a ty co tu robisz, dzieci tam się ustawiają", wskazując już sporą grupkę dzieci. Na moją odpowiedź, że ukończyłam już 14 lat, powiedziała: „głupia jesteś, podaj, że urodziłaś się w 1931 roku" i w taki sposób stałam się 13-letnią dziewczynką.
     Po zaprowadzeniu nas do łaźni, wszystkich ogolono, ubrano w obozową odzież oraz nadano numery obozowe na czerwonych winklach. Zostałam oznaczona numerem 84 358 (nie tatuowano nas). Ulokowano nas w lagrze B II B. Było nas około 600 dzieci warszawskich. Po jakimś czasie przeniesiono nas na lager FKL. Ponieważ zaliczałam się do grupy dziewcząt najstarszych, pomagałyśmy młodszym dzieciom, nosiłyśmy posiłki, sprzątałyśmy, wynosiłyśmy śmiecie itp.
     Pewnego razu, gdy wynosiłyśmy śmiecie, do śmietników znajdujących się na samym końcu lagru, przechodząc koło rewiru, zajrzałyśmy przez małe okienko do baraku. Pamiętam, w jakim popłochu i z jakim przerażeniem uciekałyśmy, gdyż ujrzałyśmy stos rozrzuconych nagich ciał ze zmartwiałymi pootwieranymi oczami.
     Z pobytu w tym obozie najbardziej zapamiętałam te męczące nieprzespane noce powodowane niesamowitą ilością pluskiew, które nocami żerowały.
     Blokową naszą była pani Roma, sztubową natomiast znacznie młodsza pani Helena. Obie były Polkami. Urazę, jaką do nich odczuwałam, nie umiem sobie wytłumaczyć do dziś. Denerwowały mnie ich nienagannie wypucowane oficerki, pejcze, z którymi się rzadko rozstawały oraz ton ich głosu, lecz krzywdy nam nie wyrządziły.
     Nas - blok dziecięcy nie obowiązywały apele poranne, a apele wieczorne, jeżeli były duże mrozy, odbierane były również wewnątrz bloku. Siadałyśmy po 5 na koi, tak jak spałyśmy, ze spuszczonymi nogami i w ten sposób liczono nas. Były i takie dni, kiedy ten przywilej nas omijał. Działo się to wówczas, gdy w Oświęcimiu odbywały się lustracje poszczególnych obozów przez jakąś ważną figurę oraz kiedy były ucieczki więźniów - szczególnie te zorganizowane.
     Podczas dnia nasz obóz pustoszał, pozostawały tylko matki z dziećmi do lat trzech (przebywały w sąsiednim bloku), my, czyli blok dziecinny i chore więźniarki. Wszystkie inne kobiety wychodziły do pracy. Starsze dziewczęta wymykały się do bloku, w którym przebywały matki z dziećmi (pewna ilość tych maleństw została przywieziona tym samym transportem, co i my), albo chodziły po innych blokach.
     Któregoś dnia na jednym z bloków zobaczyłyśmy naszą nauczycielkę, która uczyła nas języka polskiego (w Oświęcimiu przebywały ze mną dwie koleżanki, z którymi chodziłam do szkoły Danusia i Krysia Wojciechowskie). Nasza nauczycielka nie poszła tego dnia wraz ze swym komandem do pracy, leżała chora. Jej drobna postać jeszcze bardziej zmalała. W Oświęcimiu była już długo, pamiętam dokładnie ten dzień, któregoś ranka przyszłyśmy jak zwykle do szkoły, lecz lekcje nie odbyły się, bo zabrakło kilku nauczycieli. Wiedziałyśmy tylko tyle, że minionej nocy gestapo wszystkich powyciągało z łóżek.
     Pani Irena (nauczycielka) zobaczywszy nas z przerażeniem powiedziała: „i wy tutaj - za co?". Pamiętam jak rozmawiając z nami, w pewnej chwili wyciągnęła spod siennika barchanowe majtki i dała mi je, mówiąc: „załóż, bo jeszcze bardziej się zaziębisz". Byłam wówczas chyba bardzo zaziębiona, gdyż nie mogłam mówić, nawet szept sprawiał mi wiele wysiłku.
     Przez następne parę dni, co dzień biegałyśmy do naszej nauczycielki, siadałyśmy na przeciwnej pryczy i rozmawiałyśmy, lecz któregoś dnia została zabrana na rewir - tam nie chodziłyśmy.
     W jednym z baraków w naszym obozie był magazyn z pościelą, odkryłyśmy to przez przypadek, poprzez otwarte tylne drzwi. Weszłyśmy, nie było nikogo, pospiesznie zaczęłyśmy rozwiązywać koce, które były pozwijane w rulony po 10 sztuk. Wybrałyśmy najlepsze i przeniosłyśmy szybko do siebie. Następna wyprawa po koce nie udała się, zauważono nas i spuszczono psy, udało nam się uciec.
     Wieczorami obóz ożywiał się. Komanda wracała z pracy i było jakoś raźniej. Gdy się zaciemniło poprzez druty rozmawiali ze sobą, bliscy sobie, więźniowie z więźniarkami (nasz obóz sąsiadował z obozem męskim), mężczyźni przerzucali chleb lub inny prowiant oraz grypsy. Pamiętam jak podczas jednego z takich wieczorów, postrzelono z wieży strażniczej dziewczynkę z naszego bloku, dlatego, że rozmawiała przez druty ze swym bratem.
     Dotychczas nie wspomniałam nic o naszym wyżywieniu, mogę określić paroma słowami. Poprzez cały czas pobytu w Oświęcimiu jadłyśmy: ciemny chleb o gorzkawym smaku, czasami marmoladę, margarynę, od czasu do czasu przydział mikroskopijnej porcji masła (1 lub 2 dkg - nie pamiętam); obiad - stale ten sam, jedno danie - zupa, w której najwięcej było brukwi, liście kapusty i inne jeszcze liście oraz mało ziemniaków. Nie stanowiło to dla nas istotnego znaczenia, nie marzyły się nam świeże bułeczki, czy dobry obiad, marzeniem naszym było, abyśmy nie były głodne. 
     Wigilię 1944 roku spędziłam w Oświęcimiu. Kto i w jaki sposób zorganizował dla nas choinkę, nie wiem, ale miałyśmy choinkę. Stała skromnie przystrojona na środku naszego baraku. Ktoś zorganizował dla nas coś w rodzaju jasełek. Pamiętam, był anioł, śmierć, recytowano wiersze. Poniżej maleńki fragment jednego wiersza, który był recytowany podczas tej wigilii:

„Bliski nam jest ten dzień, a może godziny
Że powrócą ojcom dzieci i do matek syny
Powróci ukochany do swojej dziewczyny..."

     Pamiętam jeszcze jeden wiersz, lecz nie mam pewności, czy go słyszałam podczas obozowej wigilii, czy w innych okolicznościach:

„W niskiej chałupce do wieczerzy siedli
Przy stole nakrytym ubogo
Nad białym obrusem pochylili głowy
Czekają, czekają na kogoś.
Zamiast kolędy rzewnej, wesołej
Matce łzy z oczu płyną
Nie ma przy stole najmłodszego syna
Zginął pod Monte Cassino.
W powrotnej drodze do Wolnej Polski
Zwaliła go z nóg kula
Przy stole czeka dziś puste miejsce
Lulaj Jezuniu lulaj.
Wicher grudniowy szumi na dworze
I mąci rodzinną ciszę
Nie płacz mateńko. Wolna Polska.
I Chrystus na świat przyszedł".

     W drugiej połowie stycznia 1945 roku nastąpiła ewakuacja Oświęcimia. Daty dokładnej nie pamiętam. Dzieci do lat 7-miu oraz chore dzieci powyżej 7-miu lat pozostały w obozie. W godzinach popołudniowych zaczęto formować transporty, po 5 osób w każdym rzędzie. Między godziną 15-tą a 17-tą, nastąpił wymarsz naszego transportu - strzeżony co 5-ta piątką po obu stronach przez esesmana z psem. Transporty wyprowadzano w różnych kierunkach i różnymi drogami. Dużo upłynęło czasu, zanim ostatnie naelektryzowane druty Oświęcimia, pozostały poza nami. Wówczas po raz pierwszy uprzytomniłam sobie, jak bardzo duży jest Oświęcim.
     Szybko zaczęło się ściemniać, a nas prowadzono, wybierając chyba celowo miejsca jak najmniej zamieszkałe. Po przejściu paru kilometrów, nie był to już transport, który szedł w jakimś uporządkowanym szeregu. Była to nieskładna kolumna ludzi wlokących się, popędzanych przez esesmanów i psy, którzy w jakiś cudowny sposób przeżyli Oświęcim. Wlekli się ci, którym starczyło sił, lecz pozostawali ci bez sił po obu stronach drogi, dobijani strzałami esesmanów.
     Idąc, w pewnym momencie nie zorientowałam się, że mój transport mnie minął, a ja pozostałam wśród starszych kobiet. Upływ sił spowodował, że pozostawałam stale, coraz to dalej i dalej, aż znalazłam się na samym końcu kolumny. Przez myśl przeszło mi, a może by tak skręcić w las, który był po obu stronach drogi, przecież mogliby mnie tylko zastrzelić. Czy ryzykowałam? - chyba nie - nie miałam nic do stracenia. W chwilę później esesman idący na końcu kolumny z prawej strony podszedł do swojego poprzednika, mówiąc coś do niego, skręciłam w mijany las, idąc noga za nogą, tak jakbym w dalszym ciągu szła razem z innymi w kolumnie. Nagle zdałam sobie sprawę, że coś było nie tak, jak być powinno, nie słychać krzyku esesmanów, a nawet Niemiec nie próbował mnie gonić. Wówczas zaczęłam biec w głąb lasu. Nie pamiętam jak długo biegłam, wiem, że zatrzymałam się przed szkieletem jakiegoś domu. Mogła to być niedokończona budowa leśniczówki lub spalony jakiś domek, gdyż były to tylko mury bez stropów i dachu.
     Obchodząc dom dookoła, natrafiłam po omacku na schodki prowadzące w dół, prawdopodobnie do piwnicy. Tymi schodkami zeszłam do samego końca, natrafiłam na szczelinę między ścianą a tymi schodkami i w tej szczelinie ułożyłam się i usnęłam, otulając się kocem, który zabrałam z obozu. Jak długo spałam, nie wiem.
     Obudził mnie jakiś brzęk, dźwięk metaliczny, struchlałam, wstrzymałam oddech, pomyślałam, że Niemcy z psami tropią zbiegów, wywęszą mnie psy, czy nie, pewnie doliczyli się, że im uciekłam. Leżąc tak nasłuchiwałam, co też za moment nastąpi. Nie wytrzymałam długo tego napięcia, szczególnie, że ów dźwięk ni to się oddalał ni zbliżał. Wolniutko, po cichutku podniosłam głowę i dostrzegłam na górnym stopniu schodków siedzącego mężczyznę (więźnia z Oświęcimia), wyjadającego coś z menażki. „Pan z Oświęcimia, z transportu" - powiedziałam tylko po to, ażeby coś powiedzieć. Drgnął, a taki był przy tym zaskoczony, że przez dłuższą chwilę nie mógł do mnie wypowiedzieć ani słowa. Dowiedziałam się od niego, że transporty mężczyzn były wyprowadzane nieco później niż kobiece. Po krótkiej rozmowie z nim, otuliłam się szczelnie kocem, odeszłam, byłam bardzo głodna. Szłam lasem, lecz chyba nie błądziłam wiele, gdyż w niedługim czasie, wychwyciłam odgłosy przejeżdżających pojazdów i w tę stronę się kierowałam. Doszłam już na sam skraj lasu, a tu nagle z zakrętu wyskoczyły sanie i jednocześnie rozległ się krzyk, kilku naraz głosu: „halt! halt! hände hoch!". Stanęły sanie, ja również stanęłam, lecz rąk do góry podnieść nie mogłam, bo przytrzymywałam koc. Niemcy jeden przez drugiego krzyczeli na mnie, o coś pytali, w rezultacie kazali mi siadać z tyłu na sanie. Usiadłam ze spuszczonymi nogami na zewnątrz, w skutek, czego zgubiłam jeden ze swoich drewniaków. Pamiętam, że Niemcy zatrzymali sanie przed jakimiś koszarami lub więzieniem, gdyż było tam bardzo duże podwórze, otoczone murem oraz zabudowaniami. Wprowadzono mnie przez korytarz do dużej sali, w której przebywało bardzo dużo Niemców, palili papierosy, jedli, siedzieli na czymkolwiek się dało. Po zamianie paru słów z tymi, którzy mnie przywieźli i odpowiedniej porcji obelg i wyzwisk, wyprowadzono mnie przeciwnymi drzwiami korytarza, od tych, którymi weszłam na podwórze. Było ono zapełnione więźniarkami z Oświęcimia, tu dowiedziałam się, że był kilkugodzinny postój.
     Co robić? Straszliwy głód dokuczał mi coraz bardziej, a żadnej możliwości na zdobycie chociażby kawałka chleba. Tak jak poprzednio ponownie znalazłam się przed drzwiami, którymi mnie wprowadzono. Nacisnęłam klamkę, przeszłam przez pusty korytarz i przeciwnymi drzwiami, wyszłam na ulicę.
     Stałam, nie wiem, gdzie się znalazłam, w Polsce, czy w Niemczech, przechodniów na ulicy mało, ale zobaczyłam, że ktoś szedł. „Jakie to miasto?", zapytałam, „Nicht verstehen", padła odpowiedź. Powtarzało się to trzy razy, a może cztery razy, lecz następnymi przechodniami była para staruszków. Od nich dowiedziałam się, że jestem w Pszczynie. Powiedziałam im w kilku słowach, że byłam z Oświęcimia, do którego zostałam przywieziona z Powstania Warszawskiego i że jestem strasznie głodna. Staruszkowie dali mi wówczas 2 lub 5 marek i powiedzieli, żebym poszła w lewo, a następnie skręciła w pierwszą ulicę na prawo, tam z brzegu znajdowała się piekarnia.
     Wchodząc do piekarni, dzwonek umieszczony nad drzwiami, wywołał sklepikarkę z zaplecza, powiedziałam: „bitte Brot", kładąc na ladzie sklepowej darowane marki. Sklepikarka patrzyła na mnie jak na zjawę mówiąc coś jednocześnie, z czego wywnioskowałam, że chleba nie dostanę, więc zabrałam swoje marki i wyszłam za drzwi. Stojąc przed piekarnią, zastanawiałam się, co dalej, lecz po krótkiej chwili drzwi piekarni otworzyły się, a ja dostałam pół bochenka pachnącego, gorącego chleba. Sklepikarka pieniędzy jednak nie przyjęła. Schowałam swój chleb za pazuchę, kierując się w ulicę, z której przyszłam. W jednym ze stojących domów weszłam do sieni, nie zamykając drzwi wejściowych, ażeby mnie zasłoniły. Tam przykucnąwszy za nimi zaczęłam jeść chleb, nie wyciągając go jednak zza pazuchy, ażeby nie ostygł. Raptem drzwi się odchyliły, a na mnie spadł grom przekleństw i wyzwisk. Wypędzono mnie i pognano środkiem ulicy. Szłam w jednym moim ocalałym drewniaku, popędzona przez dwóch esesmanów z karabinami gotowymi do strzału.
     Ponownie wprowadzono mnie tym samym korytarzem, do tej samej sali pełnej Niemców. I znów mi urągano i lżono mnie. Znajdując się na podwórzu, dokończyłam jeść swój chleb.
     W godzinach popołudniowych uformowano transport i wyprowadzono w dalszą drogę. Było ciemno, gdy zatrzymali nas w miejscowości, o ile dobrze pamiętam Poręba i rozlokowali prawdopodobnie w folwarku na nocleg.
     Następnego dnia wyprowadzono nas. Po przejściu paru kilometrów, mijając niedużą wioskę, zatrzymano nas na postój, trwający nie więcej jak godzinę. W czasie tego postoju, spoglądając w bok, spostrzegłam drogę polną, odchodzącą od tej drogi, którą nas prowadzono, a w odległości kilkudziesięciu metrów ustęp. Myślę, kto mi zabroni iść do ubikacji, nie spiesząc się, doszłam spokojnie do ustępu, zamknęłam za sobą drzwi na haczyk i poprzez szczeliny między deskami, obserwowałam, co się działo dookoła. Czy mnie ktoś obserwował? Czy ktoś mnie zauważył? Chyba nie, bo nie dostrzegłam nic podejrzanego. Upewniwszy się, że moje odejście nikogo nie zainteresowało, pomaleńku zaczęłam się przekradać do stojącej w pobliżu stodoły. Po wejściu tylnymi drzwiami, wdrapałam się prawie pod sam dach na słomę, a następnie przyczołgałam się do ściany szczytowej. Mając pewność, że nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo, obserwowałam transport dopóty, dopóki nie odszedł. Zagrzebałam się w słomę i usnęłam.
     Było ciemno, gdy się obudziłam. Znowu poczułam ten chyba wieczny, nieznośnie dokuczający głód i pragnienie. Wygramoliłam się ze słomy, zeszłam na dół. Parając się z otwarciem drzwi, obudziłam czujność psów, które przeraźliwym hałasem wywabiły gospodarzy z domu. Zbyteczne były pytania - kto ja i jak się tu znalazłam. Mój wygląd mówił im wszystko. Wpuszczono mnie do domu, w którym było ciepło, przyjemnie i widać było dostatek. Nakarmiono.
     Siedząc w kuchni najedzona, rozmawiałam z gospodarzami. Po upływie może około dwóch godzin, weszła kobieta, którą dotychczas przelotnie gdzieś zauważyłam i rzekła: „żandarmi przyszli". Gwałtownym odruchem nacisnęłam klamkę drzwi znajdujących się w pobliżu. Znalazłam się w jakimś pomieszczeniu gospodarczym. Stał tam parnik, były jakieś małe chlewiki. W panicznym lęku wskoczyłam do jednego z chlewików. Przykucnąwszy w kącie szukałam schronienia. Wówczas weszła ta sama kobieta i powiedziała: „chodź, on przyszedł po ciebie, sołtys zadzwonił na żandarmerię, dając znać, że tu jesteś". Dowiedziałam się później, że dom, w którym byłam, należał do sołtysa.
     Opuszczając próg tego domu usłyszałam za swoimi plecami, jak żandarm, który mnie wyprowadzał, repetował rewolwer. Pomyślałam, że chyba w obawie, że mu ucieknę. Doprowadził mnie do posterunku. W pokoju, do którego zostałam wprowadzona, zobaczyłam siedzące na ławce pod ścianą jeszcze dwie kobiety, więźniarki z Oświęcimia. Jedna z nich była Rosjanką, miała na imię Sonia, druga starsza kobieta pochodziła z okolic Poznania. Żandarmi długo nie byli zdecydowani, co z nami zrobić, wreszcie postanowili dołączyć nas do najbliższego transportu, o ile taki będzie szedł. Na nocleg zaprowadzono nas do komórki znajdującej się w pobliżu posterunku, rzucono wiązkę słomy i zamknięto. Gdy ułożyłyśmy się do snu, drzwi ponownie otworzył jeden z żandarmów, oświetlił nas latarką, a mnie kazał położyć się w środku między tamtymi kobietami. Następnego dnia drzwi nam otworzyła jakaś kobieta, za którą stał sołtys. Od niego dowiedziałyśmy się, że przyszedł rozkaz likwidacji posterunku, w skutek czego on będzie sprawował nad nami nadzór.
     Każdą z nas wzięli do siebie miejscowi gospodarze. Zabrała mnie do siebie była nauczycielka. Od niej dowiedziałam się, że miejscowość, w której przebywałam nazywa się Brzeszcze.
     Mało wychodziłam poza obręb domu. Bałam się Niemców, chociaż praktycznie ich nie było. Nie chciałam spotkać sołtysa, który tak bardzo zawiódł moją ufność. Pewnego dnia po powrocie od sąsiadki, z którą spędzałam sporo czasu, gawędząc z nią, zobaczyłam w pokoju u mojej opiekunki, oficera niemieckiego. Zauważyłam jego badawcze, lustrujące mnie spojrzenie, a następnie usłyszałam jakieś pytania w języku niemieckim, skierowane do mojej opiekunki. Wyczuwając, że chodzi o mnie odezwałam się: „Ja bardzo panią proszę, pani nie mówi temu panu, że ja byłam w Oświęcimiu; pani nie mówi, że jestem z Warszawy, z Powstania, bo ten pan mnie zabije", zdecydowanie przerwała mi, uśmiechając się przy tym bojaźliwie: „ten pan rozumie po polsku".
     Wszyscy troje zamilkliśmy. Tej nocy spałam u sąsiadki. Następnego dnia odjechał. Jak długo przebywałam w tej wiosce, nie pamiętam. Odjechałam zaraz po wyzwoleniu tamtych terenów.
     Ten sam sołtys, który mnie oddał w ręce żandarmów, wystawił mi zaświadczenie stwierdzające, że w czasie ewakuacji więźniów z Oświęcimia, zbiegłam i przebywałam na tamtejszym terenie, a nawet przyniósł dla mnie jakiś prowiant na drogę. Legitymując się tym zaświadczeniem, korzystałam z bezpłatnych przejazdów PKP bądź innych środków lokomocji.
     Wróciłam do Warszawy. W miejscu, gdzie stał nasz dom, zastałam tylko zgliszcza i ruiny i nikogo, kto mógłby mnie przygarnąć. Postanowiłam wrócić do swej opiekunki. W drodze powrotnej, dojeżdżając do Pszczyny, wszedł konduktor sprawdzający bilety, przeczytał wystawione zaświadczenie, o coś zapytał, raczej z ciekawości niż z urzędu i odszedł. Po odejściu konduktora, oficer jadący w tym samym przedziale nawiązał ze mną pogawędkę. Po wysłuchaniu moich losów, powiedział: „Właściwie to ty nie masz, po co tam wracać, ci ludzie są tobie obcy". Zaproponował, ażebym pojechała z nim. Pracował w komendzie powiatowej w Pszczynie.
     Po przybyciu na miejsce, gdzie wszyscy mną się bardzo żywo interesowali, zdecydowano zatrzymać mnie. Dostałam pokoik, prawo korzystania ze stołówki - kasyna, a nawet otrzymywałam pobory. Powiedziano mi również, że z chwilą otwarcia gimnazjum będę się uczyła.
     Po całkowitym zakończeniu wojny wróciłam do Warszawy.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten