Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Krasuskiej (Góreckiej)


     Dnia 10 lub 11 sierpnia załadowano nas jak towar do wagonów towarowych. Kiedy zamykano wagony, ktoś zapytał, dokąd jedziemy? „Auschwitz" - padła odpowiedź, po minucie trwożnej ciszy, ktoś to zdementował, twierdząc, że to niemożliwe. W czasie tej drogi, lecz, gdzie to było nie pamiętam, zatrzymano pociąg. Nie wiem również, kto otworzył drzwi naszego wagonu, lecz zapamiętałam jak ludność tamtejszej okolicy podawała żywność, pamiętam kilkadziesiąt wyciągniętych rąk po pieczywo, słoninę lub inny prowiant. W czasie powtórnego otwarcia drzwi, okazało się, że wszystko jest możliwe. Pierwszą rzeczą, która nam się ukazała, były informatory - Auschwitz - Birkenau - był dzień 12 sierpnia 1944 roku.
     Po wyjściu z wagonów oddzielono kobiety wraz z dziećmi do lat trzech od mężczyzn i zmagazynowano nas w jakimś baraku, gdzie spędziłyśmy noc, siadając pokotem na ziemi. Pamiętam, że tej nocy jedna z kobiet rzuciła się na druty, a jedna dostała obłędu. Następnego dnia, oddzielono dzieci do lat 14-tu od dorosłych. Miałam wówczas ukończone 14 lat, więc przeszłam na stronę dorosłych, lecz któraś z kobiet ciągnąc mnie za rękę, powiedziała: „a ty co tu robisz, dzieci tam się ustawiają", wskazując już sporą grupkę dzieci. Na moją odpowiedź, że ukończyłam już 14 lat, powiedziała: „głupia jesteś, podaj, że urodziłaś się w 1931 roku" i w taki sposób stałam się 13-letnią dziewczynką.
     Po zaprowadzeniu nas do łaźni, wszystkich ogolono, ubrano w obozową odzież oraz nadano numery obozowe na czerwonych winklach. Zostałam oznaczona numerem 84 358 (nie tatuowano nas). Ulokowano nas w lagrze B II B. Było nas około 600 dzieci warszawskich. Po jakimś czasie przeniesiono nas na lager FKL. Ponieważ zaliczałam się do grupy dziewcząt najstarszych, pomagałyśmy młodszym dzieciom, nosiłyśmy posiłki, sprzątałyśmy, wynosiłyśmy śmiecie itp.
     Pewnego razu, gdy wynosiłyśmy śmiecie, do śmietników znajdujących się na samym końcu lagru, przechodząc koło rewiru, zajrzałyśmy przez małe okienko do baraku. Pamiętam, w jakim popłochu i z jakim przerażeniem uciekałyśmy, gdyż ujrzałyśmy stos rozrzuconych nagich ciał ze zmartwiałymi pootwieranymi oczami.
    Z pobytu w tym obozie najbardziej zapamiętałam te męczące nieprzespane noce powodowane niesamowitą ilością pluskiew, które nocami żerowały.
     Blokową naszą była pani Roma, sztubową natomiast znacznie młodsza pani Helena. Obie były Polkami. Urazę, jaką do nich odczuwałam, nie umiem sobie wytłumaczyć do dziś. Denerwowały mnie ich nienagannie wypucowane oficerki, pejcze, z którymi się rzadko rozstawały oraz ton ich głosu, lecz krzywdy nam nie wyrządziły.
    Nas - blok dziecięcy nie obowiązywały apele poranne, a apele wieczorne, jeżeli były duże mrozy, odbierane były również wewnątrz bloku. Siadałyśmy po 5 na koi, tak jak spałyśmy, ze spuszczonymi nogami i w ten sposób liczono nas. Były i takie dni, kiedy ten przywilej nas omijał. Działo się to wówczas, gdy w Oświęcimiu odbywały się lustracje poszczególnych obozów przez jakąś ważną figurę oraz kiedy były ucieczki więźniów - szczególnie te zorganizowane.
     Podczas dnia nasz obóz pustoszał, pozostawały tylko matki z dziećmi do lat trzech (przebywały w sąsiednim bloku), my, czyli blok dziecinny i chore więźniarki. Wszystkie inne kobiety wychodziły do pracy. Starsze dziewczęta wymykały się do bloku, w którym przebywały matki z dziećmi (pewna ilość tych maleństw została przywieziona tym samym transportem, co i my), albo chodziły po innych blokach.
     Któregoś dnia na jednym z bloków zobaczyłyśmy naszą nauczycielkę, która uczyła nas języka polskiego (w Oświęcimiu przebywały ze mną dwie koleżanki, z którymi chodziłam do szkoły Danusia i Krysia Wojciechowskie). Nasza nauczycielka nie poszła tego dnia wraz ze swym komandem do pracy, leżała chora. Jej drobna postać jeszcze bardziej zmalała. W Oświęcimiu była już długo, pamiętam dokładnie ten dzień, któregoś ranka przyszłyśmy jak zwykle do szkoły, lecz lekcje nie odbyły się, bo zabrakło kilku nauczycieli. Wiedziałyśmy tylko tyle, że minionej nocy gestapo wszystkich powyciągało z łóżek.
     Pani Irena (nauczycielka) zobaczywszy nas z przerażeniem powiedziała: „i wy tutaj - za co?". Pamiętam jak rozmawiając z nami, w pewnej chwili wyciągnęła spod siennika barchanowe majtki i dała mi je, mówiąc: „załóż, bo jeszcze bardziej się zaziębisz". Byłam wówczas chyba bardzo zaziębiona, gdyż nie mogłam mówić, nawet szept sprawiał mi wiele wysiłku.
     Przez następne parę dni, co dzień biegałyśmy do naszej nauczycielki, siadałyśmy na przeciwnej pryczy i rozmawiałyśmy, lecz któregoś dnia została zabrana na rewir - tam nie chodziłyśmy.
     W jednym z baraków w naszym obozie był magazyn z pościelą, odkryłyśmy to przez przypadek, poprzez otwarte tylne drzwi. Weszłyśmy, nie było nikogo, pospiesznie zaczęłyśmy rozwiązywać koce, które były pozwijane w rulony po 10 sztuk. Wybrałyśmy najlepsze i przeniosłyśmy szybko do siebie. Następna wyprawa po koce nie udała się, zauważono nas i spuszczono psy, udało nam się uciec.
     Wieczorami obóz ożywiał się. Komanda wracała z pracy i było jakoś raźniej. Gdy się zaciemniło poprzez druty rozmawiali ze sobą, bliscy sobie, więźniowie z więźniarkami (nasz obóz sąsiadował z obozem męskim), mężczyźni przerzucali chleb lub inny prowiant oraz grypsy. Pamiętam jak podczas jednego z takich wieczorów, postrzelono z wieży strażniczej dziewczynkę z naszego bloku, dlatego, że rozmawiała przez druty ze swym bratem.
     Dotychczas nie wspomniałam nic o naszym wyżywieniu, mogę określić paroma słowami. Poprzez cały czas pobytu w Oświęcimiu jadłyśmy: ciemny chleb o gorzkawym smaku, czasami marmoladę, margarynę, od czasu do czasu przydział mikroskopijnej porcji masła (1 lub 2 dkg - nie pamiętam); obiad - stale ten sam, jedno danie - zupa, w której najwięcej było brukwi, liście kapusty i inne jeszcze liście oraz mało ziemniaków. Nie stanowiło to dla nas istotnego znaczenia, nie marzyły się nam świeże bułeczki, czy dobry obiad, marzeniem naszym było, abyśmy nie były głodne. 
     Wigilię 1944 roku spędziłam w Oświęcimiu. Kto i w jaki sposób zorganizował dla nas choinkę, nie wiem, ale miałyśmy choinkę. Stała skromnie przystrojona na środku naszego baraku. Ktoś zorganizował dla nas coś w rodzaju jasełek. Pamiętam, był anioł, śmierć, recytowano wiersze. Poniżej maleńki fragment jednego wiersza, który był recytowany podczas tej wigilii:

„Bliski nam jest ten dzień, a może godziny
Że powrócą ojcom dzieci i do matek syny
Powróci ukochany do swojej dziewczyny..."

     Pamiętam jeszcze jeden wiersz, lecz nie mam pewności, czy go słyszałam podczas obozowej wigilii, czy w innych okolicznościach:

„W niskiej chałupce do wieczerzy siedli
Przy stole nakrytym ubogo
Nad białym obrusem pochylili głowy
Czekają, czekają na kogoś.
Zamiast kolędy rzewnej, wesołej
Matce łzy z oczu płyną
Nie ma przy stole najmłodszego syna
Zginął pod Monte Cassino.
W powrotnej drodze do Wolnej Polski
Zwaliła go z nóg kula
Przy stole czeka dziś puste miejsce
Lulaj Jezuniu lulaj.
Wicher grudniowy szumi na dworze
I mąci rodzinną ciszę
Nie płacz mateńko. Wolna Polska.
I Chrystus na świat przyszedł".

     W drugiej połowie stycznia 1945 roku nastąpiła ewakuacja Oświęcimia. Daty dokładnej nie pamiętam. Dzieci do lat 7-miu oraz chore dzieci powyżej 7-miu lat pozostały w obozie. W godzinach popołudniowych zaczęto formować transporty, po 5 osób w każdym rzędzie. Między godziną 15-tą a 17-tą, nastąpił wymarsz naszego transportu - strzeżony co 5-ta piątką po obu stronach przez esesmana z psem. Transporty wyprowadzano w różnych kierunkach i różnymi drogami. Dużo upłynęło czasu, zanim ostatnie naelektryzowane druty Oświęcimia, pozostały poza nami. Wówczas po raz pierwszy uprzytomniłam sobie, jak bardzo duży jest Oświęcim.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten