Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Krystyny Krasuskiej (Góreckiej)


     Szybko zaczęło się ściemniać, a nas prowadzono, wybierając chyba celowo miejsca jak najmniej zamieszkałe. Po przejściu paru kilometrów, nie był to już transport, który szedł w jakimś uporządkowanym szeregu. Była to nieskładna kolumna ludzi wlokących się, popędzanych przez esesmanów i psy, którzy w jakiś cudowny sposób przeżyli Oświęcim. Wlekli się ci, którym starczyło sił, lecz pozostawali ci bez sił po obu stronach drogi, dobijani strzałami esesmanów.
     Idąc, w pewnym momencie nie zorientowałam się, że mój transport mnie minął, a ja pozostałam wśród starszych kobiet. Upływ sił spowodował, że pozostawałam stale, coraz to dalej i dalej, aż znalazłam się na samym końcu kolumny. Przez myśl przeszło mi, a może by tak skręcić w las, który był po obu stronach drogi, przecież mogliby mnie tylko zastrzelić. Czy ryzykowałam? - chyba nie - nie miałam nic do stracenia. W chwilę później esesman idący na końcu kolumny z prawej strony podszedł do swojego poprzednika, mówiąc coś do niego, skręciłam w mijany las, idąc noga za nogą, tak jakbym w dalszym ciągu szła razem z innymi w kolumnie. Nagle zdałam sobie sprawę, że coś było nie tak, jak być powinno, nie słychać krzyku esesmanów, a nawet Niemiec nie próbował mnie gonić. Wówczas zaczęłam biec w głąb lasu. Nie pamiętam jak długo biegłam, wiem, że zatrzymałam się przed szkieletem jakiegoś domu. Mogła to być niedokończona budowa leśniczówki lub spalony jakiś domek, gdyż były to tylko mury bez stropów i dachu.
     Obchodząc dom dookoła, natrafiłam po omacku na schodki prowadzące w dół, prawdopodobnie do piwnicy. Tymi schodkami zeszłam do samego końca, natrafiłam na szczelinę między ścianą a tymi schodkami i w tej szczelinie ułożyłam się i usnęłam, otulając się kocem, który zabrałam z obozu. Jak długo spałam, nie wiem.
     Obudził mnie jakiś brzęk, dźwięk metaliczny, struchlałam, wstrzymałam oddech, pomyślałam, że Niemcy z psami tropią zbiegów, wywęszą mnie psy, czy nie, pewnie doliczyli się, że im uciekłam. Leżąc tak nasłuchiwałam, co też za moment nastąpi. Nie wytrzymałam długo tego napięcia, szczególnie, że ów dźwięk ni to się oddalał ni zbliżał. Wolniutko, po cichutku podniosłam głowę i dostrzegłam na górnym stopniu schodków siedzącego mężczyznę (więźnia z Oświęcimia), wyjadającego coś z menażki. „Pan z Oświęcimia, z transportu" - powiedziałam tylko po to, ażeby coś powiedzieć. Drgnął, a taki był przy tym zaskoczony, że przez dłuższą chwilę nie mógł do mnie wypowiedzieć ani słowa. Dowiedziałam się od niego, że transporty mężczyzn były wyprowadzane nieco później niż kobiece. Po krótkiej rozmowie z nim, otuliłam się szczelnie kocem, odeszłam, byłam bardzo głodna. Szłam lasem, lecz chyba nie błądziłam wiele, gdyż w niedługim czasie, wychwyciłam odgłosy przejeżdżających pojazdów i w tę stronę się kierowałam. Doszłam już na sam skraj lasu, a tu nagle z zakrętu wyskoczyły sanie i jednocześnie rozległ się krzyk, kilku naraz głosu: „halt! halt! hände hoch!". Stanęły sanie, ja również stanęłam, lecz rąk do góry podnieść nie mogłam, bo przytrzymywałam koc. Niemcy jeden przez drugiego krzyczeli na mnie, o coś pytali, w rezultacie kazali mi siadać z tyłu na sanie. Usiadłam ze spuszczonymi nogami na zewnątrz, w skutek, czego zgubiłam jeden ze swoich drewniaków. Pamiętam, że Niemcy zatrzymali sanie przed jakimiś koszarami lub więzieniem, gdyż było tam bardzo duże podwórze, otoczone murem oraz zabudowaniami. Wprowadzono mnie przez korytarz do dużej sali, w której przebywało bardzo dużo Niemców, palili papierosy, jedli, siedzieli na czymkolwiek się dało. Po zamianie paru słów z tymi, którzy mnie przywieźli i odpowiedniej porcji obelg i wyzwisk, wyprowadzono mnie przeciwnymi drzwiami korytarza, od tych, którymi weszłam na podwórze. Było ono zapełnione więźniarkami z Oświęcimia, tu dowiedziałam się, że był kilkugodzinny postój.
     Co robić? Straszliwy głód dokuczał mi coraz bardziej, a żadnej możliwości na zdobycie chociażby kawałka chleba. Tak jak poprzednio ponownie znalazłam się przed drzwiami, którymi mnie wprowadzono. Nacisnęłam klamkę, przeszłam przez pusty korytarz i przeciwnymi drzwiami, wyszłam na ulicę.
     Stałam, nie wiem, gdzie się znalazłam, w Polsce, czy w Niemczech, przechodniów na ulicy mało, ale zobaczyłam, że ktoś szedł. „Jakie to miasto?", zapytałam, „Nicht verstehen", padła odpowiedź. Powtarzało się to trzy razy, a może cztery razy, lecz następnymi przechodniami była para staruszków. Od nich dowiedziałam się, że jestem w Pszczynie. Powiedziałam im w kilku słowach, że byłam z Oświęcimia, do którego zostałam przywieziona z Powstania Warszawskiego i że jestem strasznie głodna. Staruszkowie dali mi wówczas 2 lub 5 marek i powiedzieli, żebym poszła w lewo, a następnie skręciła w pierwszą ulicę na prawo, tam z brzegu znajdowała się piekarnia.
     Wchodząc do piekarni, dzwonek umieszczony nad drzwiami, wywołał sklepikarkę z zaplecza, powiedziałam: „bitte Brot", kładąc na ladzie sklepowej darowane marki. Sklepikarka patrzyła na mnie jak na zjawę mówiąc coś jednocześnie, z czego wywnioskowałam, że chleba nie dostanę, więc zabrałam swoje marki i wyszłam za drzwi. Stojąc przed piekarnią, zastanawiałam się, co dalej, lecz po krótkiej chwili drzwi piekarni otworzyły się, a ja dostałam pół bochenka pachnącego, gorącego chleba. Sklepikarka pieniędzy jednak nie przyjęła. Schowałam swój chleb za pazuchę, kierując się w ulicę, z której przyszłam. W jednym ze stojących domów weszłam do sieni, nie zamykając drzwi wejściowych, ażeby mnie zasłoniły. Tam przykucnąwszy za nimi zaczęłam jeść chleb, nie wyciągając go jednak zza pazuchy, ażeby nie ostygł. Raptem drzwi się odchyliły, a na mnie spadł grom przekleństw i wyzwisk. Wypędzono mnie i pognano środkiem ulicy. Szłam w jednym moim ocalałym drewniaku, popędzona przez dwóch esesmanów z karabinami gotowymi do strzału.
     Ponownie wprowadzono mnie tym samym korytarzem, do tej samej sali pełnej Niemców. I znów mi urągano i lżono mnie. Znajdując się na podwórzu, dokończyłam jeść swój chleb.
     W godzinach popołudniowych uformowano transport i wyprowadzono w dalszą drogę. Było ciemno, gdy zatrzymali nas w miejscowości, o ile dobrze pamiętam Poręba i rozlokowali prawdopodobnie w folwarku na nocleg.
     Następnego dnia wyprowadzono nas. Po przejściu paru kilometrów, mijając niedużą wioskę, zatrzymano nas na postój, trwający nie więcej jak godzinę. W czasie tego postoju, spoglądając w bok, spostrzegłam drogę polną, odchodzącą od tej drogi, którą nas prowadzono, a w odległości kilkudziesięciu metrów ustęp. Myślę, kto mi zabroni iść do ubikacji, nie spiesząc się, doszłam spokojnie do ustępu, zamknęłam za sobą drzwi na haczyk i poprzez szczeliny między deskami, obserwowałam, co się działo dookoła. Czy mnie ktoś obserwował? Czy ktoś mnie zauważył? Chyba nie, bo nie dostrzegłam nic podejrzanego. Upewniwszy się, że moje odejście nikogo nie zainteresowało, pomaleńku zaczęłam się przekradać do stojącej w pobliżu stodoły. Po wejściu tylnymi drzwiami, wdrapałam się prawie pod sam dach na słomę, a następnie przyczołgałam się do ściany szczytowej. Mając pewność, że nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo, obserwowałam transport dopóty, dopóki nie odszedł. Zagrzebałam się w słomę i usnęłam.
     Było ciemno, gdy się obudziłam. Znowu poczułam ten chyba wieczny, nieznośnie dokuczający głód i pragnienie. Wygramoliłam się ze słomy, zeszłam na dół. Parając się z otwarciem drzwi, obudziłam czujność psów, które przeraźliwym hałasem wywabiły gospodarzy z domu. Zbyteczne były pytania - kto ja i jak się tu znalazłam. Mój wygląd mówił im wszystko. Wpuszczono mnie do domu, w którym było ciepło, przyjemnie i widać było dostatek. Nakarmiono.
     Siedząc w kuchni najedzona, rozmawiałam z gospodarzami. Po upływie może około dwóch godzin, weszła kobieta, którą dotychczas przelotnie gdzieś zauważyłam i rzekła: „żandarmi przyszli". Gwałtownym odruchem nacisnęłam klamkę drzwi znajdujących się w pobliżu. Znalazłam się w jakimś pomieszczeniu gospodarczym. Stał tam parnik, były jakieś małe chlewiki. W panicznym lęku wskoczyłam do jednego z chlewików. Przykucnąwszy w kącie szukałam schronienia. Wówczas weszła ta sama kobieta i powiedziała: „chodź, on przyszedł po ciebie, sołtys zadzwonił na żandarmerię, dając znać, że tu jesteś". Dowiedziałam się później, że dom, w którym byłam, należał do sołtysa.
     Opuszczając próg tego domu usłyszałam za swoimi plecami, jak żandarm, który mnie wyprowadzał, repetował rewolwer. Pomyślałam, że chyba w obawie, że mu ucieknę. Doprowadził mnie do posterunku. W pokoju, do którego zostałam wprowadzona, zobaczyłam siedzące na ławce pod ścianą jeszcze dwie kobiety, więźniarki z Oświęcimia. Jedna z nich była Rosjanką, miała na imię Sonia, druga starsza kobieta pochodziła z okolic Poznania. Żandarmi długo nie byli zdecydowani, co z nami zrobić, wreszcie postanowili dołączyć nas do najbliższego transportu, o ile taki będzie szedł. Na nocleg zaprowadzono nas do komórki znajdującej się w pobliżu posterunku, rzucono wiązkę słomy i zamknięto. Gdy ułożyłyśmy się do snu, drzwi ponownie otworzył jeden z żandarmów, oświetlił nas latarką, a mnie kazał położyć się w środku między tamtymi kobietami. Następnego dnia drzwi nam otworzyła jakaś kobieta, za którą stał sołtys. Od niego dowiedziałyśmy się, że przyszedł rozkaz likwidacji posterunku, w skutek czego on będzie sprawował nad nami nadzór.
     Każdą z nas wzięli do siebie miejscowi gospodarze. Zabrała mnie do siebie była nauczycielka. Od niej dowiedziałam się, że miejscowość, w której przebywałam nazywa się Brzeszcze.
     Mało wychodziłam poza obręb domu. Bałam się Niemców, chociaż praktycznie ich nie było. Nie chciałam spotkać sołtysa, który tak bardzo zawiódł moją ufność. Pewnego dnia po powrocie od sąsiadki, z którą spędzałam sporo czasu, gawędząc z nią, zobaczyłam w pokoju u mojej opiekunki, oficera niemieckiego. Zauważyłam jego badawcze, lustrujące mnie spojrzenie, a następnie usłyszałam jakieś pytania w języku niemieckim, skierowane do mojej opiekunki. Wyczuwając, że chodzi o mnie odezwałam się: „Ja bardzo panią proszę, pani nie mówi temu panu, że ja byłam w Oświęcimiu; pani nie mówi, że jestem z Warszawy, z Powstania, bo ten pan mnie zabije", zdecydowanie przerwała mi, uśmiechając się przy tym bojaźliwie: „ten pan rozumie po polsku".
     Wszyscy troje zamilkliśmy. Tej nocy spałam u sąsiadki. Następnego dnia odjechał. Jak długo przebywałam w tej wiosce, nie pamiętam.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten