Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Marty Gadomskiej-Juskowiak


foto
Wywiad z Martą Gadomską-Juskowiak
ur. 24.07.1931 r.
Warszawa, 26.03.2008 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie była pani trzynastoletnią dziewczynką i mieszkała pani w centrum Warszawy.
    
Tak, przy ul. Ogrodowej numer 4. Dzień ten pamiętam, że był taki trochę mglisty, było ciepło, ale i deszczyk też trochę popadał. Po południu okazało się, że mój brat ma temperaturę, źle się czuł. Mama mnie posłała do apteki po jakieś tam aspiryny, na ulicę Elektoralną. Wtedy już się rozległy te pierwsze strzały. Wszyscy byliśmy już strasznie podnieceni. Siostra mojej matki, czyli Zofia Stefańska, wieloletni kustosz Muzeum Wojska Polskiego poczuła się w obowiązku, żeby iść do miejsca swojej pracy, czyli do Muzeum Wojska Polskiego. Będąc też w konspiracji (o czym się później dowiedziałam), miała tam wyznaczone zadania. Nie doszła. Wieczorem, czy następnego dnia okazało się, że jest ranna. Snajper postrzelił ją na placu Grzybowskim z wieży kościoła. Leżała, to był lekki postrzał, mięśnie tylko trochę przeciął. Jakoś zaczęła funkcjonować.
     W domu, oprócz mamy z dwojgiem dzieci, była babcia - Zofia Stefańska starsza i wspomniana Zofia Stefańska młodsza oraz staruszka - gosposia Józefa Zwierzyńska, czyli same kobiety i dzieci. Podniecenie było ogromne. W nocy zaczęliśmy budować barykadę, która zamykała ulicę Ogrodową od strony Solnej.
Czyli ludność zaczęła spontanicznie budować barykady. Pani pomagała?
    
Oczywiście. Tam się wyłupywało płyty chodnikowe, co popadło. Posesja numer 2, czyli narożna przy Solnej była niezabudowana, były tam jakieś stajnie, jakieś konie. Barykada była oparta o narożnik kamienicy numer 4, w tym narożniku, na drugim piętrze było nasze mieszkanie. Nie pamiętam, który to był dzień Powstania; drugi, trzeci, czwarty? Przyjechał czołg, podniósł lufę i strzelił w tę barykadę. Ja, jako niesforne dziecko, chciałam koniecznie zobaczyć jak to wygląda i położyłam się na podłodze balkonu, z nogami w pokoju. Ta płyta balkonowa była chyba żeliwna, czy metalowa, w każdym razie, trudno było zobaczyć, co się dzieje. Matka za nogi mnie wciągnęła do pokoju. Potem pamiętam, to już chyba był czwarty sierpnia, od strony Woli pojawiła się straszna łuna, dym; ludzie rządkiem przemykali pod ścianami domów przy ulicy Ogrodowej. Uciekali z płonącej Woli i szli na Stare Miasto.
A co pani najbardziej utkwiło w pamięci z tych pierwszych dni?
    
Te dwa, trzy pierwsze dni, takiej euforii, nie bardzo mi się wryły w pamięć. Wiem, że się strasznie cieszyliśmy, flagi były wywieszone, co kto mógł, jakieś poduszki, prześcieradła szły na te flagi; słyszało się śpiewy. Jeszcze nie wspomniałam, że leżąc na tym balkonie widziałam, że ulica Ogrodowa została przemianowana na ulicę generała Kleeberga -  chciałam to zaświadczyć, bo nigdzie nie słyszałam, żeby ktoś o tym wspominał, że tak została zmieniona nazwa już pierwszego dnia Powstania.
     Następny moment, który dobrze pamiętam, to były naloty stukasów, z wyciem, z bombardowaniem, dom się cały trząsł, trwało to ze dwie godziny. Mieszkańcy, na ogół schodzili do piwnicy, ale babcia powiedziała, że nie będziemy schodzić, bała się, że będziemy zasypani, albo od razu wybici z powodu bombardowania; to wszystko jedno. Siedzieliśmy w takim środkowym pokoiku bez okna, skuleni, modląc się i czekając, jaki los nas spotka.
Czy bardzo się pani bała tych bombardowań? Jak pani to odczuwała?
    
Ten gwizd stukasów był tak przejmujący, że ja go do dzisiaj czuję na plecach. Kiedy skończyło się bombardowanie, Niemcy wpadli na podwórko, z granatami, z wrzaskiem: „Raus! Raus!" i zdaje się, że wszystkich mieszkańców wygonili z tej piwnicy. Prawdopodobnie mieszkańcy domów na Ogrodowej 1, 3 i 4 zostali rozstrzelani w Hali Mirowskiej.
7 i 8 sierpnia były egzekucje na terenie Hal Mirowskich, jak już Niemcy z Woli tutaj dotarli. Tak zresztą jest napisane na tablicy pamiątkowej w tym miejscu. Co z panią i pani rodziną się wtedy stało? Jak pani zapamiętała ten moment wypędzenia z domu?
    
Ludność z piwnic wygarnęli i podpalili wszystkie klatki schodowe. My byliśmy na drugim piętrze. Klatki schodowe były drewniane. Trzeba było uciekać. Babcia, ciocia, mama poopatulały nas jakimiś kocami, kołdrami i wtedy zeszliśmy do piwnicy.
Przechodzili państwo przez tą palącą się klatkę schodową?
    
Tak, przez tą płonącą klatkę schodową. Przycupnęliśmy tam i czekaliśmy, co dalej przyniesie los. Okazało się, że nie byliśmy sami w tej piwnicy. Zostali tam ludzie, którzy po prostu szabrowali opuszczone mieszkania, pełne walizy znosili do piwnicy. Widocznie bardzo im przeszkadzaliśmy. Powiedzieli, że nas przeprowadzą do innej piwnicy. Przeprowadzili nas przez posesję numer 6 na posesję numer 8 - do piwnicy, która się znajdowała między drugim a trzecim podwórkiem, była bardzo głęboka. Głód, ciemno, czas nie wiadomo jak płynął.
Czy mama z babcią zdążyły zabrać coś do jedzenia?
    
Nie pamiętam, ale chyba ci szabrownicy nam coś podrzucili. Zdaje się, że było trudno z wodą. Mama i ciocia może chodziły po tych mieszkaniach, ale nie wiem. W każdym razie taki ruch w piwnicach sprowadził Niemców. To znaczy, ci szabrownicy, w pewnym momencie, przybiegli i powiedzieli, żebyśmy uciekali. Sami uciekli. Przebiegając przez trzecie podwórko posesji nr 8 wpadli w klatkę schodową, która była na wprost tego ciągu bram. Za nimi biegł Michał, potem ja, babcia. Poziomy tych piwnic były różne, zwłaszcza, że jak myśmy wpadli na tę klatkę schodową w tym trzecim podwórku na wprost - to tam był otwór do jakiejś piwnicy, chyba Leszno 45. Poziom tej piwnicy był dużo niżej.
     Górą, pod stropem korytarza piwnicy, ciągnęły się rurki gazowe, kable. Tamci wiedzieli, że jest przeszkoda i to sprawnie przeskoczyli, mój brat to widział, więc też jakoś przeskoczył. Ja na tym zawisłam i spadłam na dół, na te wyłupane cegły, a na mnie spadła babcia, bo też się przeturlała przez te kable. No i w tym momencie Niemiec puścił serię w ten otwór, ale myśmy leżały na dole, więc ocalałyśmy. Nic się nam nie stało na szczęście. Ciocia nie zdążyła wpaść w ten otwór i stanęła za drzwiami prowadzącymi z podwórka na tę klatkę schodową, ale Niemiec jej nie zauważył, chociaż była o metr od niego. Mama już nie zdążyła wybiec na to podwórko i została w tamtej klatce schodowej. Później, jak Niemcy się wycofali, to jakoś się znaleźliśmy. Był kłopot jak znaleźć Michała, który nie wiadomo gdzie pobiegł za nimi, ale jakoś się znalazł.
Czyli rodzina znów była razem, tylko nie wiadomo było, co dalej robić?
    
Piwnica na Lesznie 45 była pusta, tam widać było, że nie wiem - ktoś przechowywał Żydów, bo była taka lepiej zagospodarowana, pierzyny, nie pierzyny, roje pcheł. Hodowali tam świnie, byliśmy już strasznie głodni. Ta piwnica ze świniami była zamknięta na jakieś ciężkie skoble. Trudno się było włamywać, bo byłby hałas. Za każdym razem, kiedy ruszyliśmy drzwi, to te świnie kwiczały i to sprowadziło Niemców. I znowu wrzask: „Raus! Raus!" Wyszliśmy. To był traf, że ta klatka schodowa, z której wychodziliśmy, ocalała. To jest taki skrawek ruiny przylegający do gmachu Sądu, z tym sklepem zoologicznym, między pocztą, księgarnią...
    Ja zobaczyłam to będąc kiedyś w Sądach, spojrzałam w dół i to był ten skraweczek tego podwórka. Gnali nas Lesznem, Wolską.
Czyli Niemcy już was w tym miejscu wyprowadzili i poprowadzili do jakiejś większej grupy ludzi?
    
Tak. Tak jakoś przyrastało do tej grupy ludzi coraz więcej osób. Koło szpitala Karola i Marii przechodziliśmy, to było już po pacyfikacji. Babcia podniosła tylko jakiś jasiek, czerwony, nieduży, z nadrukiem szpitala Karola i Marii. Ten jasiek długie lata egzystował jako pamiątka, nie wiem, co się z nim teraz stało.
     Wyszliśmy na ul. Działdowską, może Młynarską, w każdym razie przechodziliśmy Wolską koło szpitala dziecięcego na Działdowskiej. Tam widziałam, że leżeli nieżywi ludzie w tej niszy bramy, która jest od strony Wolskiej, ona jest nieużywana, bo wejście do szpitala jest od Działdowskiej. W ten sposób dotarliśmy do kościoła św. Stanisława. Tam był już tłum ludzi. Segregowano mężczyzn i kobiety, dzieci z matkami, tę naszą gosposię, tak jako rodzinę nas potraktowano. Mężczyzn wysłano do tego dolnego kościoła. W kościele spędziliśmy noc, na kamiennej posadzce. Leżeliśmy tam pokotem. Ci, co wcześniej przyszli to jakieś kawałki desek z ławek mieli.
Czy w tym kościele, jak pani była - to z takim przeświadczeniem, że Niemcy mogą jednak was rozstrzelać? Czy też, że najgorsze już minęło?
    
Nie, nie. To było wiadomo, że Niemcy rozstrzeliwują mężczyzn. Myśmy nie wiedzieli, co się z nami stanie. Pamiętam, że się modliliśmy, śpiewaliśmy. Jeszcze w tym pochodzie przez Leszno i Wolską, śpiewaliśmy. Niemcy nie reagowali. Następnego dnia rano znów była selekcja, ale nas przepuszczono razem. Już nie pamiętam, jaka to była ulica, szliśmy na Dworzec Zachodni do pociągów. To był jakiś taki trakt, droga polna, nie było tam dużych zabudowań. Niemcy ustawili jakiś stragan, mieli pokrojony chleb w koszach, bochenki na ćwiartki, gotowane na twardo jajka. Ustawili kamery i nas filmowali. Każdy brał kawałek chleba, dzieci dostawały po jajku. To pewnie była taka kronika filmowa.
To był film propagandowy.
    
Wsadzili nas w ten pociąg. Nie pamiętam, ale to chyba była kolejka dojazdowa, ta normalna, która funkcjonowała na trasie Dworzec Zachodni - Pruszków; do Pruszkowa, tam pod hale. Pamiętam, że były tam kanały, tam był smród i bród, błoto i ludzkie odchody. Nie pamiętam ile tam byliśmy, dzień, dwa, trzy? To wszystko się zatarło w pamięci.
Czy pamięta pani, co pani jadła w Pruszkowie?
    
Jakąś zupę chyba jedliśmy, z RGO. Z Pruszkowa nas załadowano w bydlęce wagony, z zaschniętą, dobrze, że nie świeżą, mierzwą na podłodze. Tam było tak ciasno, że nie bardzo można było leżeć w nocy. Podróż trwała jakieś kilka dni i nocy. Pamiętam, że 15 sierpnia przekraczaliśmy polsko-niemiecką granicę. Jeszcze wcześniej, kiedy przejeżdżaliśmy przez Grodzisk i Milanówek, to babcia i ciocia zorganizowały jakieś karteczki i kamyki, żeby wyrzucić, z informacją gdzie jesteśmy. To była informacja dla rodziny, bo i w Milanówku mieliśmy rodzinę, i w Grodzisku. Tam mieszkali nasi krewni i szybko się dowiedzieli, co się z nami dzieje. Obie te wiadomości szybko dotarły. Potem był ten dzień 15 sierpnia, w Święto Matki Boskiej przekraczaliśmy granicę. To był taki piękny dzień, słoneczny. Dojechaliśmy do Berlina, a właściwie do Oranienburga.
Podróż trwała długo. Jak załatwiało się potrzeby fizjologiczne?
    
Jeżeli pociąg stanął gdzieś tam w polu, to szybko szliśmy pod wagon, nikt się na nikogo nie oglądał, jak musiał to musiał. W Oranienburgu na rampie, takiej szerokiej, ustawiono takie latryny, skrzynie. Kto chciał to mógł wejść na to i w odległości około 15 metrów skorzystać. W Oranienburgu nastąpiła kolejna selekcja. Już jak spisali, że my jesteśmy dziećmi mamy, to już rodzina osobno, kobiety samotne - czyli obie panie Stefańskie i gosposia trafiły do innego wagonu. Nie pamiętam, czy dali nam tam coś jeść, czy jakiś chleb, czy coś, nie pamiętam tego. Pociąg jakoś długo jeździł w koło Berlina. Pamiętam radość, że Berlin był taki zrąbany, moc gruzów, to podnosiło na duchu. Ten wagon, gdzie były kobiety samotne, odłączono w Ravensbrück i tam się znalazły. My pojechaliśmy dalej. Długo trwała ta podróż do Bergen-Belsen.
Czy pamięta Pani, co się mówiło w czasie tej podróży, dokąd Niemcy was wiozą? Jakie były przypuszczenia?
    
Myślę, że było takie ogólne odrętwienie, że nie wiadomo, co się z nami stanie, gdzie nas wywiozą, nikt nic nie wiedział. W Bergen-Belsen, jak nas wyładowali z tych wagonów, to do samego obozu było chyba z 5 kilometrów. Szło się przez piękny las sosnowy, w upojnym, gorącym słońcu. Pamiętam prześliczne dzwonki, tak się człowiek na mchu położył i te leśne dzwonki oglądał. Trudno było iść. Okropnie byliśmy głodni, wycieńczeni.
     W Bergen-Belsen wprowadzono nas do takiej ogromnej hali, na podłodze były namalowane takie kwartały, trzeba się było tych kwater trzymać. Pamiętam tam jakieś apele, wyciąganie, liczenie, straszne wszy. Nawet brat, który był ostrzyżony „na zapałkę" miał wszy. Chyba jakąś zupę nam dali. Jeżeli się za potrzebą wychodziło, to w odległości 100 metrów od tego hangaru była taka latryna. To była jakaś taka wiata, rów i na tym położone okrągłe belki, tak, że jak ktoś równowagi nie utrzymał, to mógł się przekopyrtnąć. Trzeba było się asekurować, trzymać jeden drugiego czekając na wolniejsze miejsce na tej belce.
Pani tam spała na pryczy czy na podłodze?
    
Nie, nie. Na gołym betonie. Jakąś tam kurteczkę miałam, czy jakiś płaszczyk. Stamtąd nas wsadzili znowu do wagonu.
Jak długo pani była w Bergen-Belsen, jest pani w stanie to określić?
    
Mam wrażenie, że na 22 sierpnia, to chyba z korespondencji matki wynika, dotarliśmy już docelowo do Hannoveru. Pociąg też jakoś kluczył. Stamtąd nas pognano do mykwy. Kazano się wszystkim rozebrać do rosołu i iść do tej mykwy. Wpuszczano nas do takiej hali, gdzie były prysznice. Ludzie wiedzieli już, jak to się odbywało w Oświęcimiu. Wszyscy się już żegnali z życiem. Okazało się, że to rzeczywiście była zimna woda.
Czyli nastąpił moment takiej ulgi, że to woda leci a nie gaz?
    
Później rzeczywiście nam oddano te ubrania, po odwszeniu. Potem, nie pamiętam, w jaki sposób, trafiliśmy do tego miejsca docelowego pobytu w Hanowerze, na Leinau Strasse. To wynika z tej korespondencji mamy.
Czy ktoś wtedy już powiedział, że to koniec podróży?
    
Nie, ale już był angaż do pracy dla nas. Popędzili kobiety i dziewczyny, które skończyły 14 lat, ja nie miałam 14 lat, więc zostałam w obozie - do pracy w kuchni, jako pomoc przy obieraniu ziemniaków.
A mama gdzie pracowała?
    
Mama pracowała w firmie „Tuschke" [nazwisko właściciela], robili tam kapustę kiszoną. 12 godzin dziennie szatkowała ręcznie kapustę, dzień w dzień. Robili też jakieś sosy na potrzeby kuchni wojskowej.
Brat był od pani młodszy, miał 10 lat. Czy też był zaangażowany do jakiejś pracy?
    
Nie, oni się tam bisurmanili i tak dosyć nieciekawe to było towarzystwo. On tam był biedny i bity, przez Polaków, przez rówieśników. Obóz się mieścił w jakichś takich pofabrycznych zabudowaniach, był siatką odgrodzony od ogródków działkowych. Trzeba powiedzieć, że tam ci Niemcy bardzo dobrze się zachowywali, przerzucali nam cebulę przez siatkę. Jeżeli tylko zobaczyli, że my jesteśmy bliżej siatki, to rzucali cebulę.
Czyli znaleźli się też przyzwoici Niemcy, którzy starali się pomóc, widząc ludzkie nieszczęście.
    
Ten obóz nie był tak bardzo zamknięty, bo pamiętam, że jeżeli mieliśmy troszkę pieniędzy (dlatego, że rodzina przysyłała), można było wychodzić na miasto, ale trzeba było skrzętnie chować [naszywkę z literą P]. Pamiętam, że kiedyś nie schowałam...
     Była Niemka, która sprzedawała sałatę z czerwonej kapusty ze ślimakami, winniczkami. Kto lubi ten lubi, ale to było trochę białka i trochę warzyw do tej zupy, którą tam raz dziennie serwowano w stołówce. Rano to była jakaś taka lura, czarna kawa, troszkę chleba, to się deputat odbierało wieczorem. Michał dostawał, co jakiś czas szklankę mleka, ja już nie. Raz na tydzień dostawaliśmy pół kostki masła. Dostawaliśmy też paczki od rodziny.
Czyli rodzina z Grodziska i Milanówka przysyłała jakieś paczki?
    
Nie. Oni dali znać do rodziny, która była w Sosnowcu. Z Milanówka nic nie dostawaliśmy. Nie pamiętam jak to dokładnie było.
W każdym razie jakieś paczki od rodziny przychodziły.
    
Po jakimś czasie zrobiono przemeblowanie w obozach. Przeniesiono nas na obszar Hanomagu, fabryki opon. Tam już były takie typowe baraki betonowe, sztuby były, łóżka piętrowe. Zagęszczenie ludzi było duże, ponieważ w tych betonowych barakach para się skraplała, tyle ludzi oddychało, tworzyły się takie stalaktyty. Wszyscy spali tak zwinięci jak sardynki na tych dolnych kondygnacjach, bo na tych wyższych deszcz padał.
     Nie powiedziałam o tych nalotach alianckich, które każdej nocy były i często dwa, trzy razy dziennie. Co człowiek przysnął, to trzeba było wyłazić z tych baraków i chować się do schronu, do piwnicy sąsiedniego budynku. Bardzo chorowaliśmy, ja miałam jakieś zakażenie gronkowcowe, to wszystko mi ropiało, to był potworny ból, jak się wyczołgiwałam z tego...
Jakaś pomoc medyczna tam była?
    
Nie wiem. Nie pamiętam. Wiem, że mama miała kłopoty z nogami, z krążeniem i chyba dostała zwolnienie na dwa czy trzy dni. Ta rodzina ze Śląska nawiązała kontakt z jakąś znajomą znajomych z  Hannoveru i ona tam do nas od czasu do czasu przychodziła, przynosiła jakieś opatrunki, maści, pumpernikiel, jakieś jajka. Co mogła, to nam podrzucała.
A co się działo z babcią i ciocią?
    
Zostały w Ravensbrück. Babcia zmarła w styczniu 1945 roku. Ciocię wzięli na roboty na wieś, chyba do bauera. Gosposia podobno już stała w kolejce do gazu, kiedy przyjechał hrabia Welnard i zabrał gosposię do Szwecji i tam ja odchuchali, oddmuchali. W 1946 roku wróciła do nas. Ciocia znalazła się w obozie przejściowym w Lubece.
     Tutaj zresztą mam materiały, ale wie pan... Po raz pierwszy mnie to zdopingowało, żeby w te papiery wojenne zajrzeć. Są rzeczy, do których ja nie mogę zajrzeć, na przykład korespondencja mamy i cioci z Ravensbrück. Tam się działy tak straszne rzeczy, że ja, kiedy zaczęłam to czytać, to nie mogłam. Zapakowałam i to gdzieś leży tutaj w paczce i nie wiem, co z tym zrobić. Jedni mówią, żeby spalić i nie zaglądać. Moje serce, związane z przechowywaniem zabytków, to mnie tak boli, a jednak nie chciałabym pozbawiać dzieci możliwości przeczytania tego. Tak trochę liczę na pana, że mi pan z tym pomoże...
Jak długo w obozie pani chorowała?
    
To nie tak, że leżałam obłożnie chora. Dzień się zaczynał od pieczenia cebuli gdzieś na jakiejś cegle. W tym magazynie były jakieś beczki od kapusty, wywalało się te beczki i robiło się ognisko, na którym piekliśmy cebulę. Potem każdy paluszek trzeba było w pieczoną cebulę zawinąć, a paluszków jest dwadzieścia i te czyraki na nogach i na rękach. Chodziłam z tym. Czas pracy, to było 12 godzin, od szóstej do szóstej.
     Potem rodzina ze Śląska spowodowała, że nas wyciągnięto z tego obozu. Jakimiś tam dojściami, ciotka mego ojca spowodowała, że - już nie pamiętam - jak się ten pan z Sosnowca nazywał, zaangażował mamę niby jako wykwalifikowaną tkaczkę. Nie pamiętam, pewnie gdzieś tam w papierach jest. Pamiętam, że 11 grudnia przyjechał po nas, załatwił papiery w obozie, wsadził nas do pociągu. Powiedział, ze jedzie razem z nami, ale my się nie znamy, tak, że mieliśmy nie rozmawiać między sobą. Dwa dni jechaliśmy z Hannoveru do Sosnowca. To był pociąg już normalny, osobowy. Jechaliśmy przez zrąbany i dziurawy zupełnie Wrocław. Nie pamiętam, co tam jedliśmy, pewnie jakieś suchary.
I znalazła się pani w Sosnowcu u rodziny. To była rodzina ze strony ojca?
    
Tak, ze strony ojca. Mój ojciec był porucznikiem w 29. Pułku Piechoty Kaliskiej i z Armią Poznań cofał się do Warszawy. Został ranny dopiero pod Łomiankami i znalazł się w Szpitalu Ujazdowskim. Później uciekł, żeby nie iść do oflagu. Dzieciom się nie mówiło, gdzie ucieka i gdzie się ukrywa. Mieliśmy mówić, że ojciec był na wojnie i zaginął, a my nie wiemy, co się stało. Kiedy pisaliśmy list do taty, że może dojdzie, to się pisało do jakiegoś wujka, stryjka. Ojciec ukrywał się pod Rzeszowem cała wojnę. Potem nas odnalazł dopiero w czerwcu 1945 roku.
Jak się potoczyła dalsza historia pani rodziny? Rozumiem, że przyjechała pani z mamą i bratem do Sosnowca.
    
No, źle się znowu potoczyła, bo ja już skończyłam obowiązek szkolny, wkraczałam w czternasty rok życia. Michał musiał iść do szkoły, miał dziesięć lat, wiec miał iść do czwartej klasy szkoły niemieckiej, nie znając słowa po niemiecku. Drugiego dnia, za to, że nie mówił po niemiecku, tak go skatowali, że rodzina doszła do wniosku, że z tego nic nie będzie, i że muszą nas po prostu zlikwidować z ewidencji.
     Mnie wzięła pod Olkusz jedna ciotka, żeby mnie wykurować. Mamę przygarnął stryjeczny brat mojego ojca, do Kazimierza pod Sosnowcem (teraz to już jest dzielnica Sosnowca). Musieliśmy zrezygnować z kartek, a w Reichu (to przecież był Reich) żyć bez kartek się nie da, bo się nawet sznurówek nie kupi. Rodzina nas dokarmiała na przednówku sucharami, marchwią, obierzynami z ziemniaków.
     W kopalni Kazimierz-Juliusz pracował człowiek, który był na folksliście, czy na reichliście - był człowiekiem NSDAP, ale u niego w domu były komplety dla młodzieży polskiej. On sam miał synów w wieku szkolnym. Tam chodziliśmy do nich na komplety, kontynuowałam szóstą klasę, a Michał czwartą. To było na poziomie tej przedwojennej szkoły, a nie niemieckiej. Ci ludzie stracili dużo. Zdaje się, że jego wykończyli po wojnie, ci jego dwaj synowie też chyba źle skończyli. Jeden się rozpił, drugi jest poetą, zdaje się, że psychicznie chorym, jest schizofrenikiem. Nie wiem, czy jeden czy obaj prosperują w Krakowie, Kijanka się nazywają. Potem się okazało, że on był też członkiem Armii Krajowej, ale w tym mundurze [niemieckim] chodził i za to płacił, i on, i jego rodzina po wojnie.
Jak długo pani była w Sosnowcu i w tej okolicy? W pewnym momencie przeszedł front. Pani tam jeszcze została?
    
Wtedy z powrotem zamieszkaliśmy u innej ciotki w Sosnowcu. Ja poszłam do gimnazjum im. Emilii Plater. Michał chodził do szkoły podstawowej, od razu przeskoczył z czwartej do szóstej klasy. W porównaniu do tych dzieci, które miały tę niemiecką szkołę, był geniuszem. Tym sposobem, nie mając lat szesnastu zdał maturę.
    Wracając do tej Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie", strasznie trudno było z tym przyznaniem odszkodowania.
Udało się to załatwić czy nie?
   
Udało się załatwić, po długich, długich mękach. Przyczepili się do tego, że nie miałam papierów repatriacyjnych. A jak nas ten pan wycofał z Hannoveru do Sosnowca, a potem przeszedł front i Sosnowiec już był polskim miastem, więc nie miałam się skąd repatriować. Dlatego były dosyć duże komplikacje, żeby to ludziom wytłumaczyć. W końcu uznali to.
Jak się potoczyły dalsze losy? Kiedy pani wróciła do Warszawy? Czy to było zaraz po wojnie?
    
Po wojnie okazało się, że ojciec miał wilczy bilet i nie mógł wrócić do Kalisza, jakoś się miejscowym nie podobało. Pojechał na ziemie odzyskane. Najpierw był w Kłodzku, potem w Wałbrzychu. Ojciec z wykształcenia był inżynierem budownictwa wodnego. Zatrudnili go w Zjednoczeniu Węglowym w Wałbrzychu. Ja tam zdałam maturę.
     Potem to się właściwie wszystko razem zaczęło sypać. Ja poszłam na studia do Poznania, a po drugim roku sprowadzono nas do Warszawy.
Czyli do Warszawy pani wróciła dopiero jako dorosła osoba, jako studentka?
    
Tak, jako studentka. To był 1953 rok, czyli miałam 22 lata. W 1953 mama zmarła. Ojciec też zmarł szybko, dlatego, że te przejścia wojenne, to ukrywanie się...
    Ojciec, w 1939 ranny, chciał przejść przez granicę polsko-rumuńską, to była jedna z ostatnich przepraw przez „zieloną granicę". Niemcy ich rozbili, gdzieś tam w rowie przeleżał. Zanim się doczłapał do swojego brata pod Rzeszowem, miał już zapalenie płuc. Myśleli, że nie przeżyje.
     Po wojnie, ponieważ czuł się osamotniony w tym Wałbrzychu, to się starał o przeniesienie. Przeniósł się do Zabrza, ale tam się okazało, że ma gruźlicę, więc doszedł do wniosku, ze jednak trzeba uciekać ze Śląska. Pojechał do Warszawy, bo my się znaleźliśmy w Warszawie. Nie miał mieszkania, kątem mieszkał. Mama zmarła, ojciec zmarł, zostaliśmy sami.
Czyli pani z bratem została?
    
Z bratem. Brat już nie żyje.
Gdzie pani mieszkała w czasie studiów?
   
W akademiku, a jak skończyliśmy się uczyć, to mieszkaliśmy w Iwicznej, w hotelu robotniczym. Brat mieszkał na Jelonkach, dostał asystenturę i mieszkanie spółdzielcze. Tak to było.
Czyli ciężkie było to życie po wojnie?
    
Ciężkie.

 Wstecz...


Marta i Michal Gadomscy z ojcem na balkonie mieszkania dziadków Stefańskich, Warszawa, 1935
Marta i Michal Gadomscy z ojcem na balkonie mieszkania [...]
Marta i Michaś Gadomscy, Kalisz, 1935
Marta i Michaś Gadomscy, Kalisz, 1935
Marta i Michał Gadomscy w ogródku na ul Śniadeckich, 25 maja 1941 Warszawa
Marta i Michał Gadomscy w ogródku na ul Śniadeckich, [...]
Marta i Michał Gadomscy w ZOO, Warszawa, 1936
Marta i Michał Gadomscy w ZOO, Warszawa, 1936
Marta i Michał Gadomscy z mama, ostatnie wakacje w Łazach, 1939
Marta i Michał Gadomscy z mama, ostatnie wakacje w [...]
Marta i Michał Gadomscy z małą Marysią Wojciechowską, Warszawa, 1944
Marta i Michał Gadomscy z małą Marysią Wojciechowską, [...]
Pierwsza Komunia Św. Michala Gadomskiego (pierwszy od lewej, III rząd), 6 VI 1943, Warszawa
Pierwsza Komunia Św. Michala Gadomskiego (pierwszy [...]
Torebka skórzana 13-letniej Marty Gadomskiej
Torebka skórzana 13-letniej Marty Gadomskiej
Walizka Hanny Gadomskiej, która razem z dziećmi – Martą i Michałem
Walizka Hanny Gadomskiej, która razem z dziećmi – [...]
Worek płócienny z obozu koncentracyjnego Ravensbrück, do którego była wywieziona z powstańczej Warszawy Zofia Bożenna Stefańska – ciotka Michała i Marty.
Worek płócienny z obozu koncentracyjnego Ravensbrück, [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten