Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Marty Gadomskiej-Juskowiak


foto

Czy bardzo się pani bała tych bombardowań? Jak pani to odczuwała?
    
Ten gwizd stukasów był tak przejmujący, że ja go do dzisiaj czuję na plecach. Kiedy skończyło się bombardowanie, Niemcy wpadli na podwórko, z granatami, z wrzaskiem: „Raus! Raus!" i zdaje się, że wszystkich mieszkańców wygonili z tej piwnicy. Prawdopodobnie mieszkańcy domów na Ogrodowej 1, 3 i 4 zostali rozstrzelani w Hali Mirowskiej.
7 i 8 sierpnia były egzekucje na terenie Hal Mirowskich, jak już Niemcy z Woli tutaj dotarli. Tak zresztą jest napisane na tablicy pamiątkowej w tym miejscu. Co z panią i pani rodziną się wtedy stało? Jak pani zapamiętała ten moment wypędzenia z domu?
     
Ludność z piwnic wygarnęli i podpalili wszystkie klatki schodowe. My byliśmy na drugim piętrze. Klatki schodowe były drewniane. Trzeba było uciekać. Babcia, ciocia, mama poopatulały nas jakimiś kocami, kołdrami i wtedy zeszliśmy do piwnicy.
Przechodzili państwo przez tą palącą się klatkę schodową?
    
Tak, przez tą płonącą klatkę schodową. Przycupnęliśmy tam i czekaliśmy, co dalej przyniesie los. Okazało się, że nie byliśmy sami w tej piwnicy. Zostali tam ludzie, którzy po prostu szabrowali opuszczone mieszkania, pełne walizy znosili do piwnicy. Widocznie bardzo im przeszkadzaliśmy. Powiedzieli, że nas przeprowadzą do innej piwnicy. Przeprowadzili nas przez posesję numer 6 na posesję numer 8 - do piwnicy, która się znajdowała między drugim a trzecim podwórkiem, była bardzo głęboka. Głód, ciemno, czas nie wiadomo jak płynął.
Czy mama z babcią zdążyły zabrać coś do jedzenia?
    
Nie pamiętam, ale chyba ci szabrownicy nam coś podrzucili. Zdaje się, że było trudno z wodą. Mama i ciocia może chodziły po tych mieszkaniach, ale nie wiem. W każdym razie taki ruch w piwnicach sprowadził Niemców. To znaczy, ci szabrownicy, w pewnym momencie, przybiegli i powiedzieli, żebyśmy uciekali. Sami uciekli. Przebiegając przez trzecie podwórko posesji nr 8 wpadli w klatkę schodową, która była na wprost tego ciągu bram. Za nimi biegł Michał, potem ja, babcia. Poziomy tych piwnic były różne, zwłaszcza, że jak myśmy wpadli na tę klatkę schodową w tym trzecim podwórku na wprost - to tam był otwór do jakiejś piwnicy, chyba Leszno 45. Poziom tej piwnicy był dużo niżej.
    Górą, pod stropem korytarza piwnicy, ciągnęły się rurki gazowe, kable. Tamci wiedzieli, że jest przeszkoda i to sprawnie przeskoczyli, mój brat to widział, więc też jakoś przeskoczył. Ja na tym zawisłam i spadłam na dół, na te wyłupane cegły, a na mnie spadła babcia, bo też się przeturlała przez te kable. No i w tym momencie Niemiec puścił serię w ten otwór, ale myśmy leżały na dole, więc ocalałyśmy. Nic się nam nie stało na szczęście. Ciocia nie zdążyła wpaść w ten otwór i stanęła za drzwiami prowadzącymi z podwórka na tę klatkę schodową, ale Niemiec jej nie zauważył, chociaż była o metr od niego. Mama już nie zdążyła wybiec na to podwórko i została w tamtej klatce schodowej. Później, jak Niemcy się wycofali, to jakoś się znaleźliśmy. Był kłopot jak znaleźć Michała, który nie wiadomo gdzie pobiegł za nimi, ale jakoś się znalazł.
Czyli rodzina znów była razem, tylko nie wiadomo było, co dalej robić?
    
Piwnica na Lesznie 45 była pusta, tam widać było, że nie wiem - ktoś przechowywał Żydów, bo była taka lepiej zagospodarowana, pierzyny, nie pierzyny, roje pcheł. Hodowali tam świnie, byliśmy już strasznie głodni. Ta piwnica ze świniami była zamknięta na jakieś ciężkie skoble. Trudno się było włamywać, bo byłby hałas. Za każdym razem, kiedy ruszyliśmy drzwi, to te świnie kwiczały i to sprowadziło Niemców. I znowu wrzask: „Raus! Raus!" Wyszliśmy. To był traf, że ta klatka schodowa, z której wychodziliśmy, ocalała. To jest taki skrawek ruiny przylegający do gmachu Sądu, z tym sklepem zoologicznym, między pocztą, księgarnią...
     Ja zobaczyłam to będąc kiedyś w Sądach, spojrzałam w dół i to był ten skraweczek tego podwórka. Gnali nas Lesznem, Wolską.
Czyli Niemcy już was w tym miejscu wyprowadzili i poprowadzili do jakiejś większej grupy ludzi?
    
Tak. Tak jakoś przyrastało do tej grupy ludzi coraz więcej osób. Koło szpitala Karola i Marii przechodziliśmy, to było już po pacyfikacji. Babcia podniosła tylko jakiś jasiek, czerwony, nieduży, z nadrukiem szpitala Karola i Marii. Ten jasiek długie lata egzystował jako pamiątka, nie wiem, co się z nim teraz stało.
     Wyszliśmy na ul. Działdowską, może Młynarską, w każdym razie przechodziliśmy Wolską koło szpitala dziecięcego na Działdowskiej. Tam widziałam, że leżeli nieżywi ludzie w tej niszy bramy, która jest od strony Wolskiej, ona jest nieużywana, bo wejście do szpitala jest od Działdowskiej. W ten sposób dotarliśmy do kościoła św. Stanisława.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten