Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Marty Gadomskiej-Juskowiak


foto

Podróż trwała jakieś kilka dni i nocy. Pamiętam, że 15 sierpnia przekraczaliśmy polsko-niemiecką granicę. Jeszcze wcześniej, kiedy przejeżdżaliśmy przez Grodzisk i Milanówek, to babcia i ciocia zorganizowały jakieś karteczki i kamyki, żeby wyrzucić, z informacją gdzie jesteśmy. To była informacja dla rodziny, bo i w Milanówku mieliśmy rodzinę, i w Grodzisku. Tam mieszkali nasi krewni i szybko się dowiedzieli, co się z nami dzieje. Obie te wiadomości szybko dotarły. Potem był ten dzień 15 sierpnia, w Święto Matki Boskiej przekraczaliśmy granicę. To był taki piękny dzień, słoneczny. Dojechaliśmy do Berlina, a właściwie do Oranienburga.
Podróż trwała długo. Jak załatwiało się potrzeby fizjologiczne?
    
Jeżeli pociąg stanął gdzieś tam w polu, to szybko szliśmy pod wagon, nikt się na nikogo nie oglądał, jak musiał to musiał. W Oranienburgu na rampie, takiej szerokiej, ustawiono takie latryny, skrzynie. Kto chciał to mógł wejść na to i w odległości około 15 metrów skorzystać. W Oranienburgu nastąpiła kolejna selekcja. Już jak spisali, że my jesteśmy dziećmi mamy, to już rodzina osobno, kobiety samotne - czyli obie panie Stefańskie i gosposia trafiły do innego wagonu. Nie pamiętam, czy dali nam tam coś jeść, czy jakiś chleb, czy coś, nie pamiętam tego. Pociąg jakoś długo jeździł w koło Berlina. Pamiętam radość, że Berlin był taki zrąbany, moc gruzów, to podnosiło na duchu. Ten wagon, gdzie były kobiety samotne, odłączono w Ravensbrück i tam się znalazły. My pojechaliśmy dalej. Długo trwała ta podróż do Bergen-Belsen.
Czy pamięta Pani, co się mówiło w czasie tej podróży, dokąd Niemcy was wiozą? Jakie były przypuszczenia?
    
Myślę, że było takie ogólne odrętwienie, że nie wiadomo, co się z nami stanie, gdzie nas wywiozą, nikt nic nie wiedział. W Bergen-Belsen, jak nas wyładowali z tych wagonów, to do samego obozu było chyba z 5 kilometrów. Szło się przez piękny las sosnowy, w upojnym, gorącym słońcu. Pamiętam prześliczne dzwonki, tak się człowiek na mchu położył i te leśne dzwonki oglądał. Trudno było iść. Okropnie byliśmy głodni, wycieńczeni.
     W Bergen-Belsen wprowadzono nas do takiej ogromnej hali, na podłodze były namalowane takie kwartały, trzeba się było tych kwater trzymać. Pamiętam tam jakieś apele, wyciąganie, liczenie, straszne wszy. Nawet brat, który był ostrzyżony „na zapałkę" miał wszy. Chyba jakąś zupę nam dali. Jeżeli się za potrzebą wychodziło, to w odległości 100 metrów od tego hangaru była taka latryna. To była jakaś taka wiata, rów i na tym położone okrągłe belki, tak, że jak ktoś równowagi nie utrzymał, to mógł się przekopyrtnąć. Trzeba było się asekurować, trzymać jeden drugiego czekając na wolniejsze miejsce na tej belce.
Pani tam spała na pryczy czy na podłodze?
    
Nie, nie. Na gołym betonie. Jakąś tam kurteczkę miałam, czy jakiś płaszczyk. Stamtąd nas wsadzili znowu do wagonu.
Jak długo pani była w Bergen-Belsen, jest pani w stanie to określić?
    
Mam wrażenie, że na 22 sierpnia, to chyba z korespondencji matki wynika, dotarliśmy już docelowo do Hannoveru. Pociąg też jakoś kluczył. Stamtąd nas pognano do mykwy. Kazano się wszystkim rozebrać do rosołu i iść do tej mykwy. Wpuszczano nas do takiej hali, gdzie były prysznice. Ludzie wiedzieli już, jak to się odbywało w Oświęcimiu. Wszyscy się już żegnali z życiem. Okazało się, że to rzeczywiście była zimna woda.
Czyli nastąpił moment takiej ulgi, że to woda leci a nie gaz?
   
Później rzeczywiście nam oddano te ubrania, po odwszeniu. Potem, nie pamiętam, w jaki sposób, trafiliśmy do tego miejsca docelowego pobytu w Hanowerze, na Leinau Strasse. To wynika z tej korespondencji mamy.
Czy ktoś wtedy już powiedział, że to koniec podróży?
    
Nie, ale już był angaż do pracy dla nas. Popędzili kobiety i dziewczyny, które skończyły 14 lat, ja nie miałam 14 lat, więc zostałam w obozie - do pracy w kuchni, jako pomoc przy obieraniu ziemniaków.
A mama gdzie pracowała?
    
Mama pracowała w firmie „Tuschke" [nazwisko właściciela], robili tam kapustę kiszoną. 12 godzin dziennie szatkowała ręcznie kapustę, dzień w dzień. Robili też jakieś sosy na potrzeby kuchni wojskowej.
Brat był od pani młodszy, miał 10 lat. Czy też był zaangażowany do jakiejś pracy?
    
Nie, oni się tam bisurmanili i tak dosyć nieciekawe to było towarzystwo. On tam był biedny i bity, przez Polaków, przez rówieśników. Obóz się mieścił w jakichś takich pofabrycznych zabudowaniach, był siatką odgrodzony od ogródków działkowych. Trzeba powiedzieć, że tam ci Niemcy bardzo dobrze się zachowywali, przerzucali nam cebulę przez siatkę. Jeżeli tylko zobaczyli, że my jesteśmy bliżej siatki, to rzucali cebulę.
Czyli znaleźli się też przyzwoici Niemcy, którzy starali się pomóc, widząc ludzkie nieszczęście.
    
Ten obóz nie był tak bardzo zamknięty, bo pamiętam, że jeżeli mieliśmy troszkę pieniędzy (dlatego, że rodzina przysyłała), można było wychodzić na miasto, ale trzeba było skrzętnie chować [naszywkę z literą P]. Pamiętam, że kiedyś nie schowałam...
     Była Niemka, która sprzedawała sałatę z czerwonej kapusty ze ślimakami, winniczkami. Kto lubi ten lubi, ale to było trochę białka i trochę warzyw do tej zupy, którą tam raz dziennie serwowano w stołówce. Rano to była jakaś taka lura, czarna kawa, troszkę chleba, to się deputat odbierało wieczorem. Michał dostawał, co jakiś czas szklankę mleka, ja już nie. Raz na tydzień dostawaliśmy pół kostki masła. Dostawaliśmy też paczki od rodziny.
Czyli rodzina z Grodziska i Milanówka przysyłała jakieś paczki?
    
Nie. Oni dali znać do rodziny, która była w Sosnowcu. Z Milanówka nic nie dostawaliśmy. Nie pamiętam jak to dokładnie było.
W każdym razie jakieś paczki od rodziny przychodziły.
    
Po jakimś czasie zrobiono przemeblowanie w obozach. Przeniesiono nas na obszar Hanomagu, fabryki opon. Tam już były takie typowe baraki betonowe, sztuby były, łóżka piętrowe. Zagęszczenie ludzi było duże, ponieważ w tych betonowych barakach para się skraplała, tyle ludzi oddychało, tworzyły się takie stalaktyty. Wszyscy spali tak zwinięci jak sardynki na tych dolnych kondygnacjach, bo na tych wyższych deszcz padał.
     Nie powiedziałam o tych nalotach alianckich, które każdej nocy były i często dwa, trzy razy dziennie. Co człowiek przysnął, to trzeba było wyłazić z tych baraków i chować się do schronu, do piwnicy sąsiedniego budynku. Bardzo chorowaliśmy, ja miałam jakieś zakażenie gronkowcowe, to wszystko mi ropiało, to był potworny ból, jak się wyczołgiwałam z tego...
Jakaś pomoc medyczna tam była?
    
Nie wiem. Nie pamiętam. Wiem, że mama miała kłopoty z nogami, z krążeniem i chyba dostała zwolnienie na dwa czy trzy dni. Ta rodzina ze Śląska nawiązała kontakt z jakąś znajomą znajomych z  Hannoveru i ona tam do nas od czasu do czasu przychodziła, przynosiła jakieś opatrunki, maści, pumpernikiel, jakieś jajka. Co mogła, to nam podrzucała.
A co się działo z babcią i ciocią?
    
Zostały w Ravensbrück. Babcia zmarła w styczniu 1945 roku. Ciocię wzięli na roboty na wieś, chyba do bauera. Gosposia podobno już stała w kolejce do gazu, kiedy przyjechał hrabia Welnard i zabrał gosposię do Szwecji i tam ja odchuchali, oddmuchali. W 1946 roku wróciła do nas. Ciocia znalazła się w obozie przejściowym w Lubece.
     Tutaj zresztą mam materiały, ale wie pan... Po raz pierwszy mnie to zdopingowało, żeby w te papiery wojenne zajrzeć. Są rzeczy, do których ja nie mogę zajrzeć, na przykład korespondencja mamy i cioci z Ravensbrück. Tam się działy tak straszne rzeczy, że ja, kiedy zaczęłam to czytać, to nie mogłam. Zapakowałam i to gdzieś leży tutaj w paczce i nie wiem, co z tym zrobić. Jedni mówią, żeby spalić i nie zaglądać. Moje serce, związane z przechowywaniem zabytków, to mnie tak boli, a jednak nie chciałabym pozbawiać dzieci możliwości przeczytania tego. Tak trochę liczę na pana, że mi pan z tym pomoże...
Jak długo w obozie pani chorowała?
    
To nie tak, że leżałam obłożnie chora. Dzień się zaczynał od pieczenia cebuli gdzieś na jakiejś cegle. W tym magazynie były jakieś beczki od kapusty, wywalało się te beczki i robiło się ognisko, na którym piekliśmy cebulę. Potem każdy paluszek trzeba było w pieczoną cebulę zawinąć, a paluszków jest dwadzieścia i te czyraki na nogach i na rękach. Chodziłam z tym. Czas pracy, to było 12 godzin, od szóstej do szóstej.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten