Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zygmunta Waltera


foto

Wywiad z Zygmuntem Walterem
ur. 1.06.1930 r.
Warszawa, 12.02.2008 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

Przed wybuchem Powstania Warszawskiego mieszkał Pan z rodziną na Powiślu.
    
Mieszkaliśmy przy ulicy Lipowej 4 vis a vis Elektrowni, i było to mieszkanie, które wuj nasz - Janusz Warnecki (u którego zatrzymaliśmy się po ucieczce ze Lwowa), załatwił matce. Mieszkanie to praktycznie rzecz biorąc było taką ostoją, pierwszą ostoją po ucieczce ze Lwowa. Chodziłem do szkoły na ulicę Drewnianą, gdzie takim pamiętnym dla mnie dyrektorem i wychowawcą był profesor Zwierzak. Byłem zorganizowany w takim kółku ministrantów, które równocześnie zajmowało się działalnością harcerską przy kościele księdza Siemca, na ulicy ks. Siemca u Selezjanów. Obok domu zresztą. I tak na tej Lipowej dotrwaliśmy do Powstania.
Pan miał wtedy 14 lat.
    
14 lat skończyłem 1 czerwca, Powstanie wybuchło 1 sierpnia. Matka moja, która była wcześniej ode mnie poinformowana o wybuchu Powstania, akurat w tym dniu zamknęła mnie w piwnicy, żebym przypadkiem nie wyemigrował bez jej wiedzy gdziekolwiek. A dlaczego w piwnicy? A dlatego, że na podwórku i w piwnicy hodowałem króliki. Zresztą te króliki bardzo się potem przydały na aprowizację Szpitala Czerwonego Krzyża, powstańczego, do którego większość z nich poszła.
     Z tej piwnicy wydostałem się dzięki kolegom, którzy widzieli, że ktoś z piwnicy, odwrotnie jakby logika nakazywała, wyrzuca węgiel na ulicę. No i wyciągnęli mnie, i w tym momencie - jak to się mówi - wyemigrowałem bez wiedzy i matki, i babki z domu, i wylądowałem na ulicy Tamka w klasztorze Sióstr Szarytek. To było zaraz po wybuchu Powstania.
     Tam stwierdziłem, że dla mnie samego i dla całej naszej rodziny pod opieką Sióstr (które zresztą prowadziły piękny ogród, między linią kolei średnicowej, Tamką i dzisiejszą ulicą Kruczkowskiego, i skarpą ulicy Kopernika) będzie najlepiej. Była jeszcze jakaś aprowizacja i namówiłem matkę, żebyśmy się tam wszyscy do Szarytek przenieśli.            
     Utrzymywaliśmy kontakty z tym klasztorem choćby z tego tytułu, że matka mając nas trójkę i nie mając możliwości zapewnienia nam wakacji, mnie osobiście przez dwa czy trzy lata lokowała właśnie w ogrodach Szarytek na Tamce, gdzie pracowałem przy pieleniu, zrywaniu pomidorów i różnych tego typu prostych czynnościach, jako kilkunastoletnie dziecko.
Czyli Siostrom był pan dobrze znany.
    
Siostrom byłem dobrze znany, a szczególnie zaprzyjaźniony ze śp. Siostrą Genowefą, która została przez Niemców z wieżyczki Mostu Poniatowskiego zastrzelona. I to był dla mnie - jak to się mówi - straszny szok, dlatego, że to był tak dobry człowiek, który tyle dobra świadczył wokół siebie, że to była naprawdę niepowetowana strata.
     Jak mogłem, urywałem się tam z tego klasztoru na Tamkę, gdzie prosperowało kilka oddziałów powstańczych. Gdzie mogłem to się udzielałem w sensie fizycznej pomocy, bo nie byłem zorganizowany.
Czy pan się zgłosił jako ochotnik?
    
Zgłosiłem się jako ochotnik z prośbą o to, czy mogą mi dać jakieś zajęcie. No więc, dajmy na to nosiłem spłonki wydobywane spod ziemi dzisiejszego Muzeum Chopina na Tamce. Przenosiliśmy te spłonki do fabryki „Alfa-Laval" na rogu ul. Smulikowskiego i Tamki. To była zresztą przedostatnia barykada od strony Wisły, i tam żeśmy nosili te spłonki. Była tam w czasie Powstania wytwórnia granatów.
     W zasadzie w jakichś zbrojnych akcjach, pomimo, że miałem zdobyczny, że się tak wyrażę pistolet (który udało mi się ściągnąć ze zwłok Niemca, zastrzelonego na skrzyżowaniu Karowej i Dobrej), nie brałem udziału. Użyłem go tylko raz - właśnie wtedy, kiedy została zastrzelona Siostra Genowefa. Przeprowadziłem żołnierzy przez budynek klauzuli (znany był mi ten klasztor) i z dachu skrzydła, w którym była klauzula, próbowaliśmy strzelać na tę wieżyczkę Mostu Poniatowskiego. Nie mówię, że ja trafiłem, ale w każdym razie strzelałem do momentu, w którym zwisnęły ręce tego Niemca i trzymany na nich pistolet maszynowy. To było jedyne użycie mojego pistoletu.
     Babka nasza - Michalina Kozłowska została sama przy ulicy Lipowej 4 dla pilnowania „dobytku" (prawdziwy dobytek straciliśmy we Lwowie). Doszliśmy do wniosku z matką, że trzeba babkę ściągnąć, bo już była wiadomość, że Niemcy od strony Starego Miasta atakują [od 3 września] i idą w kierunku Czerniakowa. A matka razem z siostrą i bratem, i ze mną były u Szarytek.
     Biegłem po babkę, żeby ją z tej Lipowej zabrać. I w tym momencie zostałem postrzelony na rogu ulicy. Przypuszczam, że z ogrodów uniwersyteckich, ponieważ Niemcy na Uniwersytecie trzymali się przez cały czas. Po wybuchu pocisku miałem rozerwany prawy bok odłamkiem i te wszystkie wnętrzności, praktycznie niosąc w koszuli - tak się przeturlałem do pierwszej bramy. W tej chwili to jest już inny numer, bo tam już nowy dom stoi, ale tam był placówka.
Nie stracił pan wtedy przytomności po tak ciężkiej ranie?
    
Nie, przytomność straciłem dopiero jak się dowlokłem do tej bramy, w której była placówka - i jak pamiętam do dziś, mam to w oczach - placówka bojówki PPS-u. No i potem, nie wiem, jakim cudem przejęli mnie żołnierze Armii Krajowej - może z tego tytułu, że tam mnie znało wielu ludzi. Wiedzieli, że w okolicy pęta się taki młody człowiek. I oni mnie zanieśli do szpitala przy ul. Pierackiego, gdzie był szpital powstańczy.
     W tym szpitalu miałem wielkie szczęście, bo trafiłem do rąk śp. doktora Stanisława Królikowskiego, który nota bene był lokatorem tego samego domu Lipowa 4, i mieszkał piętro wyżej nad nami. I on, po usunięciu szczątków prawej nerki, uratował mi życie, bo doprowadził do stanu, w którym mogłem jeszcze wegetować.
A w międzyczasie rodzina pana szukała?
    
Decyzja została podjęta przez matkę natychmiastowo. Bo jak już żołnierze zawiadomili matkę, że zanieśli mnie na Pierackiego, to matka w porozumieniu z babką [sama dotarła z Lipowej na Tamkę] zostawiła i brata [Mariusza], i siostrę [Michalinę] pod jej opieką i pod opieką naszej niani (która od Lwowa towarzyszyła matce) - Józi Rydz -  nazwisko do dziś pamiętam - i poszła za mną. Praktycznie została tam umiejscowiona na etacie salowej i już jako salowa tego szpitala mną się opiekowała.
     Potem zostaliśmy po pożarze budynku wyniesieni na teren ogrodów. Leżeliśmy w ogrodzie zanim nas Niemcy wywieźli na Wolę. Jak dziś pamiętam takie zdarzenie, że po usunięciu nerki nie wolno mi było pić. Mogłem mieć tylko zwilżane usta (nota bene matka zawsze chcąc to robić jak najdelikatniej, waliła mnie łyżeczką owiniętą w watę w zęby, ale to po prostu były nerwy). Leżałem na terenie tego ogrodu (Niemcy zajęli już tę posesję) i nade mną pochylił się - widząc, że mam takie spieczone usta - jakiś Niemiec, który mi przystawił manierkę do ust i tak zwinął sweter, który miałem pod głową i tę manierkę podparł. No, ja go wtedy oplułem... Do dziś pamiętam i nie zapomnę tego do końca życia, że ten człowiek mi powiedział: „Meine kind ich verstehe alles". Widocznie człowiek, który miał dzieci w moim wieku, dał mi do zrozumienia, że nie z nienawiści do narodu polskiego tutaj jest nad moja głową. Oczywiście, mógł mnie zastrzelić bez zastanowienia.
     Potem przewieźli nas na Wolę. Matka próbowała za resztkę jakichś tam uratowanych przez siebie walorów majątkowych wywieźć mnie ze szpitala na Płockiej, do Żyrardowa, do szpitala, w którym ordynatorem był przyjaciel wuja Janusza Warneckiego. Niestety, nie udało się to. Jechaliśmy furmanką żołnierzy Wehrmachtu, którzy dowozili aprowizację do szpitala i na jednym z przejazdów kolejowych zostaliśmy zgarnięci przez gestapo, i wyeksportowani razem z innymi do obozu w Pruszkowie. Tam byliśmy chyba przez tydzień. Wspomnienia straszne, bo ja powinienem mieć opatrunki zmieniane dwa razy na dobę, a miałem zmieniane raz na trzy dni, jak się udało. Za przeproszeniem, wszy po tych ranach łaziły.
     Jakimś cudem matka załatwiła zwolnienie z tego obozu i dotarliśmy do szpitala w Żyrardowie. W szpitalu w Żyrardowie zostaliśmy przyjęci, a żeby nie było za łatwo, to do tego wszystkiego, ja jeszcze dostałem szkarlatyny. W związku z tym nie było innej szansy, tylko musiałem być przeniesiony na oddział zakaźny i trafiłem do doborowego towarzystwa wywiezionych z Warszawy prostytutek, które nie mnie, bo ja tam jęczałem, bo mnie bolało, bo mnie swędziało, ale matce dokuczały tak, że nie wiem, jak ta kobieta to wytrzymywała. Wytrzymywała to dla mnie.
     Po dojściu do sił na tyle, że mogłem się samodzielnie poruszać, ordynator w jakiś sposób załatwił z Niemcami, żeśmy mogli wyjechać. Poprzez Kraków dotarliśmy do punktu zbornego całej rodziny w Kasince Małej, gdzie brat matki - Antoni Kozłowski wynajął pół domu i ściągał tam całą rodzinę.
No właśnie, bo w międzyczasie jak pana babcia i młodsze rodzeństwo opuścili Warszawę, i znaleźli się najpierw w Pruszkowie, a potem w Częstochowie, to oni nie wiedzieli ani co się z panem dzieje, ani co się dzieje z pana mamą. Byli zdaje się przekonani, że obydwoje zginęliście.
    
Że zginęliśmy, tak. Praktycznie rzecz biorąc babka była na tyle energicznym człowiekiem, że nie pozwoliłaby na to, żeby to jakoś się tak tragicznie skończyło, od A do Z. W związku z tym różnymi drogami poszukiwała kontaktu i z Januszem, synem i z Antonim Kozłowskim - lwowskim adwokatem, który, jak mówię, wynajął w tej Kasince Małej pół domu od rodziny państwa Wróblów (od rodziców późniejszego profesora Szkoły Głównej Handlowej w Krakowie). Bardzo życzliwych i uczynnych dla uciekinierów z Warszawy ludzi, i tam żeśmy do wejścia wyzwolicieli, po raz kolejny, doczekali. I w efekcie końcowym wylądowaliśmy w Krakowie, gdzie już spotkaliśmy się wszyscy. Na początku mieszkaliśmy wszyscy u wujka Antoniego, w jego mieszkaniu, a potem jeszcze w tym samym domu na ul. Św. Jana wynajął dla matki dwa pokoje i w takim kołchozie mieszkaniowym mieszkaliśmy parę pięter niżej.
A wróćmy jeszcze na chwilę do Kasinki. Jak pan tam przyjechał z matką, jak pan zapamiętał to spotkanie z rodziną?
    
Ja zapamiętałem z tytułu trzech okoliczności. Pierwsza okoliczność to była ta, że raptem zobaczyłem normalny świat, spokojny, gdzie się krew nie leje. Wujek wtedy był czynnym uczestnikiem akcji prowadzonej przez RGO i między innymi ściągnął takie dwa małe koniki. Nie wiem, czy to były huculskie, czy jakieś tam inne ze Wschodu, w każdym razie te koniki służyły do ściągania zaopatrzenia dla tych wszystkich wysiedleńców z Warszawy, których RGO wspierało i w odzież, i w żywność, i w środki opatrunkowe, itd.            
     Ja w tym czasie dochodziłem do zdrowia, goiły się rany, na szczęście nie było żadnych komplikacji wymagających hospitalizacji wtedy.
Na jakieś opatrunki pan jeździł?
    
Nie, to wszystko mi robiła matka, nauczona w szpitalu i praktycznie wygoiłem się -  jak to się mówi - pod matczyną opieką. Natomiast wujek, ponieważ uważał, że najlepszym lekarzem na stresy psychiczne jest praca, powierzył mi te dwa koniki mojej opiece, w zakresie karmienia, w zakresie powożenia nimi do Mszany Dolnej, do hurtowni, gdzie tam kupował jakąś żywność dla tych wysiedleńców z Warszawy i rozdzielał jako ta Rada Główna Opiekuńcza. I to mi praktycznie zajęło myślenie o wszystkim innym, po prostu było lubianym przeze mnie zajęciem, wiedziałem, że robię coś pożytecznego.
     Mój osobisty stosunek do tego, co przeżyłem ze strony Niemców, nauczył mnie jednego, że póki żyję i póki mogę, to jestem zobowiązany do tego, żeby nie krzewić nienawiści, a krzewić... raczej szukanie porozumienia. Tak się złożyło, że potem pracowałem w spółce, której współwłaścicielem byli Niemcy. Nota bene potem oni mi zafundowali operację wszczepienia protezy tętniaka aorty brzusznej, ciężka operacja, sfinansowali całe to zdarzenie w Duisburgu. I to tak się w stosunku do mnie zachowali, jako pracownika, że i żona, i córka, przez cały czas mojego pobytu tam w klinice, były zakwaterowane w hotelu pielęgniarskim, tak, że z okna do okna żeśmy się widywali. Do dziś utrzymuję z nimi bardzo sympatyczne, serdeczne - jak to się mówi - stosunki. Dowód, ot choćby ostatnie życzenia, które przyszły: „Liebe Herr Walter, zdrowych Świąt Bożego Narodzenia i zdrowego Nowego Roku, serdeczne pozdrowienia, pański Klaus Klester". To jest jego szef z kolei, doktor Elerson, mieszka w Bonn, a ma w Prowansji, we Francji dom... zresztą na tym zdjęciu jest pokazany. Utrzymuję z tymi ludźmi przyjazne stosunki, bowiem wychodzę z założenia, że już dość krwi popłynęło dzięki różnym zapaleńcom po obydwu stronach. I tej krwi szkoda. Tej krwi szkoda, dlatego, że obydwa narody są warte tego, żeby żyć obok siebie i nie robić sobie na złość.
Jesteśmy sąsiadami, więc musimy żyć w zgodzie. A proszę powiedzieć, bo pan wspomniał o Krakowie, po tej Kasince był wyjazd do Krakowa.
    
Tak. Jeszcze w tej Kasince, wujek Janusz Warnecki ściągał cały szereg aktorów z Warszawy, których tam lokował. To wszystko koczowało razem z nami. Taka aktorka Hanka Hanecka tam była. Wuj miał jeszcze zdrowie i siły, żeby w tej Mszanie Dolnej - nie wiem, czy siostra panu mówiła - że zorganizował jasełka, na które zaprosił szefa gestapo z Mszany Dolnej, który się bawił bardzo dobrze, mimo, że podtekstów politycznych było zdrowo, no a górale byli szczęśliwi, że wreszcie jest coś po polsku.
     Praktycznie rzecz biorąc, wuj mój, Janusz Warnecki (też niespokojna dusza) od momentu, jak tylko przyjechał do Kasinki Małej, to już go nosiło. W czasie okupacji teatralnie się nie udzielał, ale w domu, w dużym pokoju we wnęce regału, była normalna scena, była budowa dekoracji, była budowa świateł, były spotkania z kolegami reżyserami, aktorami i myślenie już o tym, co będzie po wojnie.
     W Krakowie - ponieważ kończyłem komplety tutaj w Warszawie, I i II gimnazjalną na tajnych kompletach - to potem już dostałem się do gimnazjum i liceum Nowodworskiego w Krakowie. Zresztą bardzo znanego i szacownego gimnazjum, które ukończyłem. Dostałem się nawet na Uniwersytet, ale dzięki uprzejmości pana premiera Cyrankiewicza, który wydał rozporządzenie, że do trzeciego roku studenci wyższych uczelni nie mają prawa pracować, to z uwagi na sytuację matki musiałem zrezygnować ze studiów i pracowałem, gdzie się dało. Bo w sumie nas było czworo, plus babka.
No dobrze, a jak dalej było z pana zdrowiem?
    
Natychmiast po przyjeździe do Krakowa wylądowałem w szpitalu, na ul. Kopernika. Ponieważ miałem w prawym płucu, które miałem przekłute bagnetem - prawdopodobnie tam się dostały jakieś paprochy - i to się tu na wierzchu zagoiło, a w środku się świniło. I zaczęły się punkcje. Miałem jedenaście punkcji prawego płuca, ściągali mi najpierw ropę, potem wodę, ale w końcu to wszystko wysuszyli. Straciłem jeden rok szkoły, w związku z tym maturę zdawałem z rocznym opóźnieniem.
     W Krakowie tak długo, jak tylko można było to się imałem wszystkich możliwych prac, włącznie z funkcją szatniarza w Stowarzyszeniu Księgowych, włącznie z pomocą matce jako szatniarz w teatrze „Siedem Kotów", a matka bufet tam prowadziła. I tak dalej, i tak dalej. Byle by jakoś na ten chleb zarobić.
A jak się panu ułożyły relacje z rodzeństwem. Bo pan był najstarszy.
    
Proszę pana, mogę powiedzieć tak, ja zawsze uważałem za swój obowiązek, że dokąd muszę i dokąd mogę, to powinienem pracować i pomagać matce w utrzymaniu nas wszystkich. Siostra dostała się na Politechnikę Krakowską i studiowała, z sukcesem zresztą, bo skończyła tę Politechnikę. Brat dostał się na Politechnikę Gliwicką. W końcu ktoś musiał tej matce pomagać. I na końcu, jak już się to wszystko trochę poukładało, jak ja już pracowałem na stanowisku dyrektora i zarabiałem na tyle, że mogłem sobie życie ułożyć i matce jeszcze dalej trochę pomóc, to rozpocząłem zaoczne studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończyłem uzyskując tytuł magistra. Ale to już w wieku wysoce dojrzałym. Ale skończyłem.
A jak długo mieszkał pan w Krakowie?
    
W Krakowie mieszkaliśmy od 1945 roku, ja osobiście do 1949. Bo potem wyemigrowałem do Warszawy na własne śmiecie, pracowałem w Spółdzielczości Pracy, liczyłem na mieszkanie. No, niestety z mieszkaniem nie wyszło, wróciłem do Krakowa. W rezultacie ożeniłem się, ale ciągnęło mnie do tej Warszawy wszystkimi możliwymi sposobami i wynająłem pokój w Legionowie, pracując wtedy w Zakładach Drzewnych w Łomiankach.
     Potem rozpocząłem pracę w Wojewódzkim Zarządzie Handlu, to jest organ Wojewódzkiej Rady Narodowej na ul. Filtrowej, no i tam wreszcie się dochrapałem pierwszego mieszkania w Warszawie po wojnie, przy ulicy Sapieżyńskiej. To był pokój z kuchnią, gdzie się wprowadziłem z żoną i z synem, i gdzie się urodziła nasza córka.
Przywiązanie do Warszawy było aż tak duże, że koniecznie pan chciał w Warszawie żyć.
    
Przywiązanie było i do Warszawy i do Lwowa. Tyle, że do Warszawy było możliwe w realizacji, a do Lwowa... jest, jak jest.
A w Krakowie jakoś się pan nie zadomowił.
    
Ja muszę panu powiedzieć tak. Piękne miasto, piękna historia, ale to nie jest środowisko, w którym ja się mogę dobrze czuć. To są ludzie, którzy przede wszystkim widzą pieniądze, widzą status majątkowy, widzą status środowiskowy, a ten jeden człowiek to jest na końcu. Ja nie mam do nikogo żadnych ans, mam wielu przyjaciół w Krakowie, kolegów, których cenię, szanuję, ale... Tak, jak za granicę wyjeżdżałem, to liczyłem dni, odcinałem centymetry, kiedy wrócę. No, brakuje mi tego powietrza warszawskiego. Niech to będzie chamstwo, niech to będzie cwaniactwo, niech to będzie... ale to jest swoje. Tak to czuję. Nie wiem czy dobrze, ale... chyba nie ja jeden.
     Miałem propozycję wyjazdu do Australii, łącznie ze sfinansowaniem kosztów, nawet powrotu, gdybym się rozmyślił. Ale byłem trzy miesiące w Szwajcarii u chrzestnych rodziców córki. I muszę panu powiedzieć, że naprawdę liczyłem dni, kiedy wrócę. Mimo, że było mi dobrze. Nie miałem żadnych problemów, żadnych kłopotów, to jednak liczyłem dni, kiedy wrócę. To jest tak, jak powiedzmy Lwów. Do Lwowa bardzo długo nie jechałem, nawet wtedy, kiedy już miałem możliwości. Bo się bałem, jak to przyjmę.
Ale w końcu pan pojechał, tak?
    
W końcu pojechałem, to było w 2001 roku i muszę panu powiedzieć, że wróciłem chory, jak zobaczyłem jak wygląda miasto, i w jakim stanie jest nasza dawna kamienica. Ale to nie zmienia postaci rzeczy, że jak mi się nadarzy jeszcze za tego życia okazja, to pojadę tam jeszcze raz. Nawet na czworakach.

 Wstecz...


Zaświadczenie wydane Mariannie Walter w obozie w Pruszkowie, 1944
Zaświadczenie wydane Mariannie Walter w obozie w Pruszkowie, [...]
Zygmunt Walter z siostrą Michaliną
Zygmunt Walter z siostrą Michaliną
Zygmunt Walter z siostrą Michaliną
Zygmunt Walter z siostrą Michaliną
Zygmunt Walter z siostrą Michaliną i nianią Józefą Rydz, Warszawa, 1942
Zygmunt Walter z siostrą Michaliną i nianią Józefą [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten