Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zygmunta Waltera


foto

Przed wybuchem Powstania Warszawskiego mieszkał Pan z rodziną na Powiślu.
    
Mieszkaliśmy przy ulicy Lipowej 4 vis a vis Elektrowni, i było to mieszkanie, które wuj nasz - Janusz Warnecki (u którego zatrzymaliśmy się po ucieczce ze Lwowa), załatwił matce. Mieszkanie to praktycznie rzecz biorąc było taką ostoją, pierwszą ostoją po ucieczce ze Lwowa. Chodziłem do szkoły na ulicę Drewnianą, gdzie takim pamiętnym dla mnie dyrektorem i wychowawcą był profesor Zwierzak. Byłem zorganizowany w takim kółku ministrantów, które równocześnie zajmowało się działalnością harcerską przy kościele księdza Siemca, na ulicy ks. Siemca u Selezjanów. Obok domu zresztą. I tak na tej Lipowej dotrwaliśmy do Powstania.
Pan miał wtedy 14 lat.
    
14 lat skończyłem 1 czerwca, Powstanie wybuchło 1 sierpnia. Matka moja, która była wcześniej ode mnie poinformowana o wybuchu Powstania, akurat w tym dniu zamknęła mnie w piwnicy, żebym przypadkiem nie wyemigrował bez jej wiedzy gdziekolwiek. A dlaczego w piwnicy? A dlatego, że na podwórku i w piwnicy hodowałem króliki. Zresztą te króliki bardzo się potem przydały na aprowizację Szpitala Czerwonego Krzyża, powstańczego, do którego większość z nich poszła.
     Z tej piwnicy wydostałem się dzięki kolegom, którzy widzieli, że ktoś z piwnicy, odwrotnie jakby logika nakazywała, wyrzuca węgiel na ulicę. No i wyciągnęli mnie, i w tym momencie - jak to się mówi - wyemigrowałem bez wiedzy i matki, i babki z domu, i wylądowałem na ulicy Tamka w klasztorze Sióstr Szarytek. To było zaraz po wybuchu Powstania.
     Tam stwierdziłem, że dla mnie samego i dla całej naszej rodziny pod opieką Sióstr (które zresztą prowadziły piękny ogród, między linią kolei średnicowej, Tamką i dzisiejszą ulicą Kruczkowskiego, i skarpą ulicy Kopernika) będzie najlepiej. Była jeszcze jakaś aprowizacja i namówiłem matkę, żebyśmy się tam wszyscy do Szarytek przenieśli.     
     Utrzymywaliśmy kontakty z tym klasztorem choćby z tego tytułu, że matka mając nas trójkę i nie mając możliwości zapewnienia nam wakacji, mnie osobiście przez dwa czy trzy lata lokowała właśnie w ogrodach Szarytek na Tamce, gdzie pracowałem przy pieleniu, zrywaniu pomidorów i różnych tego typu prostych czynnościach, jako kilkunastoletnie dziecko.
Czyli Siostrom był pan dobrze znany.
    
Siostrom byłem dobrze znany, a szczególnie zaprzyjaźniony ze śp. Siostrą Genowefą, która została przez Niemców z wieżyczki Mostu Poniatowskiego zastrzelona. I to był dla mnie - jak to się mówi - straszny szok, dlatego, że to był tak dobry człowiek, który tyle dobra świadczył wokół siebie, że to była naprawdę niepowetowana strata.
     Jak mogłem, urywałem się tam z tego klasztoru na Tamkę, gdzie prosperowało kilka oddziałów powstańczych. Gdzie mogłem to się udzielałem w sensie fizycznej pomocy, bo nie byłem zorganizowany.
Czy pan się zgłosił jako ochotnik?
    
Zgłosiłem się jako ochotnik z prośbą o to, czy mogą mi dać jakieś zajęcie. No więc, dajmy na to nosiłem spłonki wydobywane spod ziemi dzisiejszego Muzeum Chopina na Tamce. Przenosiliśmy te spłonki do fabryki „Alfa-Laval" na rogu ul. Smulikowskiego i Tamki. To była zresztą przedostatnia barykada od strony Wisły, i tam żeśmy nosili te spłonki. Była tam w czasie Powstania wytwórnia granatów.
     W zasadzie w jakichś zbrojnych akcjach, pomimo, że miałem zdobyczny, że się tak wyrażę pistolet (który udało mi się ściągnąć ze zwłok Niemca, zastrzelonego na skrzyżowaniu Karowej i Dobrej), nie brałem udziału. Użyłem go tylko raz - właśnie wtedy, kiedy została zastrzelona Siostra Genowefa. Przeprowadziłem żołnierzy przez budynek klauzuli (znany był mi ten klasztor) i z dachu skrzydła, w którym była klauzula, próbowaliśmy strzelać na tę wieżyczkę Mostu Poniatowskiego. Nie mówię, że ja trafiłem, ale w każdym razie strzelałem do momentu, w którym zwisnęły ręce tego Niemca i trzymany na nich pistolet maszynowy. To było jedyne użycie mojego pistoletu.
     Babka nasza - Michalina Kozłowska została sama przy ulicy Lipowej 4 dla pilnowania „dobytku" (prawdziwy dobytek straciliśmy we Lwowie). Doszliśmy do wniosku z matką, że trzeba babkę ściągnąć, bo już była wiadomość, że Niemcy od strony Starego Miasta atakują [od 3 września] i idą w kierunku Czerniakowa. A matka razem z siostrą i bratem, i ze mną były u Szarytek.
     Biegłem po babkę, żeby ją z tej Lipowej zabrać. I w tym momencie zostałem postrzelony na rogu ulicy. Przypuszczam, że z ogrodów uniwersyteckich, ponieważ Niemcy na Uniwersytecie trzymali się przez cały czas. Po wybuchu pocisku miałem rozerwany prawy bok odłamkiem i te wszystkie wnętrzności, praktycznie niosąc w koszuli - tak się przeturlałem do pierwszej bramy. W tej chwili to jest już inny numer, bo tam już nowy dom stoi, ale tam był placówka.
Nie stracił pan wtedy przytomności po tak ciężkiej ranie?
    
Nie, przytomność straciłem dopiero jak się dowlokłem do tej bramy, w której była placówka - i jak pamiętam do dziś, mam to w oczach - placówka bojówki PPS-u. No i potem, nie wiem, jakim cudem przejęli mnie żołnierze Armii Krajowej - może z tego tytułu, że tam mnie znało wielu ludzi. Wiedzieli, że w okolicy pęta się taki młody człowiek. I oni mnie zanieśli do szpitala przy ul. Pierackiego, gdzie był szpital powstańczy.
     W tym szpitalu miałem wielkie szczęście, bo trafiłem do rąk śp. doktora Stanisława Królikowskiego, który nota bene był lokatorem tego samego domu Lipowa 4, i mieszkał piętro wyżej nad nami. I on, po usunięciu szczątków prawej nerki, uratował mi życie, bo doprowadził do stanu, w którym mogłem jeszcze wegetować.
A w międzyczasie rodzina pana szukała?
    
Decyzja została podjęta przez matkę natychmiastowo. Bo jak już żołnierze zawiadomili matkę, że zanieśli mnie na Pierackiego, to matka w porozumieniu z babką [sama dotarła z Lipowej na Tamkę] zostawiła i brata [Mariusza], i siostrę [Michalinę] pod jej opieką i pod opieką naszej niani (która od Lwowa towarzyszyła matce) - Józi Rydz -  nazwisko do dziś pamiętam - i poszła za mną. Praktycznie została tam umiejscowiona na etacie salowej i już jako salowa tego szpitala mną się opiekowała.
     Potem zostaliśmy po pożarze budynku wyniesieni na teren ogrodów. Leżeliśmy w ogrodzie zanim nas Niemcy wywieźli na Wolę. Jak dziś pamiętam takie zdarzenie, że po usunięciu nerki nie wolno mi było pić. Mogłem mieć tylko zwilżane usta (nota bene matka zawsze chcąc to robić jak najdelikatniej, waliła mnie łyżeczką owiniętą w watę w zęby, ale to po prostu były nerwy). Leżałem na terenie tego ogrodu (Niemcy zajęli już tę posesję) i nade mną pochylił się - widząc, że mam takie spieczone usta - jakiś Niemiec, który mi przystawił manierkę do ust i tak zwinął sweter, który miałem pod głową i tę manierkę podparł. No, ja go wtedy oplułem... Do dziś pamiętam i nie zapomnę tego do końca życia, że ten człowiek mi powiedział: „Meine kind ich verstehe alles". Widocznie człowiek, który miał dzieci w moim wieku, dał mi do zrozumienia, że nie z nienawiści do narodu polskiego tutaj jest nad moja głową. Oczywiście, mógł mnie zastrzelić bez zastanowienia.
     Potem przewieźli nas na Wolę. Matka próbowała za resztkę jakichś tam uratowanych przez siebie walorów majątkowych wywieźć mnie ze szpitala na Płockiej, do Żyrardowa, do szpitala, w którym ordynatorem był przyjaciel wuja Janusza Warneckiego. Niestety, nie udało się to.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten