Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Zygmunta Waltera


foto

     W szpitalu w Żyrardowie zostaliśmy przyjęci, a żeby nie było za łatwo, to do tego wszystkiego, ja jeszcze dostałem szkarlatyny. W związku z tym nie było innej szansy, tylko musiałem być przeniesiony na oddział zakaźny i trafiłem do doborowego towarzystwa wywiezionych z Warszawy prostytutek, które nie mnie, bo ja tam jęczałem, bo mnie bolało, bo mnie swędziało, ale matce dokuczały tak, że nie wiem, jak ta kobieta to wytrzymywała. Wytrzymywała to dla mnie.
     Po dojściu do sił na tyle, że mogłem się samodzielnie poruszać, ordynator w jakiś sposób załatwił z Niemcami, żeśmy mogli wyjechać. Poprzez Kraków dotarliśmy do punktu zbornego całej rodziny w Kasince Małej, gdzie brat matki - Antoni Kozłowski wynajął pół domu i ściągał tam całą rodzinę.
No właśnie, bo w międzyczasie jak pana babcia i młodsze rodzeństwo opuścili Warszawę, i znaleźli się najpierw w Pruszkowie, a potem w Częstochowie, to oni nie wiedzieli ani co się z panem dzieje, ani co się dzieje z pana mamą. Byli zdaje się przekonani, że obydwoje zginęliście.
    
Że zginęliśmy, tak. Praktycznie rzecz biorąc babka była na tyle energicznym człowiekiem, że nie pozwoliłaby na to, żeby to jakoś się tak tragicznie skończyło, od A do Z. W związku z tym różnymi drogami poszukiwała kontaktu i z Januszem, synem i z Antonim Kozłowskim - lwowskim adwokatem, który, jak mówię, wynajął w tej Kasince Małej pół domu od rodziny państwa Wróblów (od rodziców późniejszego profesora Szkoły Głównej Handlowej w Krakowie). Bardzo życzliwych i uczynnych dla uciekinierów z Warszawy ludzi, i tam żeśmy do wejścia wyzwolicieli, po raz kolejny, doczekali. I w efekcie końcowym wylądowaliśmy w Krakowie, gdzie już spotkaliśmy się wszyscy. Na początku mieszkaliśmy wszyscy u wujka Antoniego, w jego mieszkaniu, a potem jeszcze w tym samym domu na ul. Św. Jana wynajął dla matki dwa pokoje i w takim kołchozie mieszkaniowym mieszkaliśmy parę pięter niżej.
A wróćmy jeszcze na chwilę do Kasinki. Jak pan tam przyjechał z matką, jak pan zapamiętał to spotkanie z rodziną?
    
Ja zapamiętałem z tytułu trzech okoliczności. Pierwsza okoliczność to była ta, że raptem zobaczyłem normalny świat, spokojny, gdzie się krew nie leje. Wujek wtedy był czynnym uczestnikiem akcji prowadzonej przez RGO i między innymi ściągnął takie dwa małe koniki. Nie wiem, czy to były huculskie, czy jakieś tam inne ze Wschodu, w każdym razie te koniki służyły do ściągania zaopatrzenia dla tych wszystkich wysiedleńców z Warszawy, których RGO wspierało i w odzież, i w żywność, i w środki opatrunkowe, itd. 
     Ja w tym czasie dochodziłem do zdrowia, goiły się rany, na szczęście nie było żadnych komplikacji wymagających hospitalizacji wtedy.
Na jakieś opatrunki pan jeździł?
    
Nie, to wszystko mi robiła matka, nauczona w szpitalu i praktycznie wygoiłem się -  jak to się mówi - pod matczyną opieką. Natomiast wujek, ponieważ uważał, że najlepszym lekarzem na stresy psychiczne jest praca, powierzył mi te dwa koniki mojej opiece, w zakresie karmienia, w zakresie powożenia nimi do Mszany Dolnej, do hurtowni, gdzie tam kupował jakąś żywność dla tych wysiedleńców z Warszawy i rozdzielał jako ta Rada Główna Opiekuńcza. I to mi praktycznie zajęło myślenie o wszystkim innym, po prostu było lubianym przeze mnie zajęciem, wiedziałem, że robię coś pożytecznego.
     Mój osobisty stosunek do tego, co przeżyłem ze strony Niemców, nauczył mnie jednego, że póki żyję i póki mogę, to jestem zobowiązany do tego, żeby nie krzewić nienawiści, a krzewić... raczej szukanie porozumienia. Tak się złożyło, że potem pracowałem w spółce, której współwłaścicielem byli Niemcy. Nota bene potem oni mi zafundowali operację wszczepienia protezy tętniaka aorty brzusznej, ciężka operacja, sfinansowali całe to zdarzenie w Duisburgu. I to tak się w stosunku do mnie zachowali, jako pracownika, że i żona, i córka, przez cały czas mojego pobytu tam w klinice, były zakwaterowane w hotelu pielęgniarskim, tak, że z okna do okna żeśmy się widywali. Do dziś utrzymuję z nimi bardzo sympatyczne, serdeczne - jak to się mówi - stosunki. Dowód, ot choćby ostatnie życzenia, które przyszły: „Liebe Herr Walter, zdrowych Świąt Bożego Narodzenia i zdrowego Nowego Roku, serdeczne pozdrowienia, pański Klaus Klester". To jest jego szef z kolei, doktor Elerson, mieszka w Bonn, a ma w Prowansji, we Francji dom... zresztą na tym zdjęciu jest pokazany. Utrzymuję z tymi ludźmi przyjazne stosunki, bowiem wychodzę z założenia, że już dość krwi popłynęło dzięki różnym zapaleńcom po obydwu stronach. I tej krwi szkoda. Tej krwi szkoda, dlatego, że obydwa narody są warte tego, żeby żyć obok siebie i nie robić sobie na złość.
Jesteśmy sąsiadami, więc musimy żyć w zgodzie. A proszę powiedzieć, bo pan wspomniał o Krakowie, po tej Kasince był wyjazd do Krakowa.
    
Tak. Jeszcze w tej Kasince, wujek Janusz Warnecki ściągał cały szereg aktorów z Warszawy, których tam lokował. To wszystko koczowało razem z nami. Taka aktorka Hanka Hanecka tam była. Wuj miał jeszcze zdrowie i siły, żeby w tej Mszanie Dolnej - nie wiem, czy siostra panu mówiła - że zorganizował jasełka, na które zaprosił szefa gestapo z Mszany Dolnej, który się bawił bardzo dobrze, mimo, że podtekstów politycznych było zdrowo, no a górale byli szczęśliwi, że wreszcie jest coś po polsku.
     Praktycznie rzecz biorąc, wuj mój, Janusz Warnecki (też niespokojna dusza) od momentu, jak tylko przyjechał do Kasinki Małej, to już go nosiło. W czasie okupacji teatralnie się nie udzielał, ale w domu, w dużym pokoju we wnęce regału, była normalna scena, była budowa dekoracji, była budowa świateł, były spotkania z kolegami reżyserami, aktorami i myślenie już o tym, co będzie po wojnie.
     W Krakowie - ponieważ kończyłem komplety tutaj w Warszawie, I i II gimnazjalną na tajnych kompletach - to potem już dostałem się do gimnazjum i liceum Nowodworskiego w Krakowie. Zresztą bardzo znanego i szacownego gimnazjum, które ukończyłem. Dostałem się nawet na Uniwersytet, ale dzięki uprzejmości pana premiera Cyrankiewicza, który wydał rozporządzenie, że do trzeciego roku studenci wyższych uczelni nie mają prawa pracować, to z uwagi na sytuację matki musiałem zrezygnować ze studiów i pracowałem, gdzie się dało. Bo w sumie nas było czworo, plus babka.
No dobrze, a jak dalej było z pana zdrowiem?
    
Natychmiast po przyjeździe do Krakowa wylądowałem w szpitalu, na ul. Kopernika. Ponieważ miałem w prawym płucu, które miałem przekłute bagnetem - prawdopodobnie tam się dostały jakieś paprochy - i to się tu na wierzchu zagoiło, a w środku się świniło. I zaczęły się punkcje. Miałem jedenaście punkcji prawego płuca, ściągali mi najpierw ropę, potem wodę, ale w końcu to wszystko wysuszyli. Straciłem jeden rok szkoły, w związku z tym maturę zdawałem z rocznym opóźnieniem.
     W Krakowie tak długo, jak tylko można było to się imałem wszystkich możliwych prac, włącznie z funkcją szatniarza w Stowarzyszeniu Księgowych, włącznie z pomocą matce jako szatniarz w teatrze „Siedem Kotów", a matka bufet tam prowadziła. I tak dalej, i tak dalej. Byle by jakoś na ten chleb zarobić.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten