Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Podruckiej (Pastuszyńskiej-Szpądrowska)


Danuta Pastuszyńska-Szpądrowska z domu Podrucka urodzona 17.04.1934

WSPOMNIENIA Z DZIECIŃSTWA

            Do czasu wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkałam z rodzicami i piątką rodzeństwa na Pradze przy Dworcu Wschodnim, ul. Lubelska 8/10, dom Jasińskiego (spalony) przylegający do ocalonego na rogu Lubelskiej i Grochowskiej, na terenie obecnej piekarni.
            Pierwsze skutki wojny oglądałam z rodzicami przez okno z pierwszego piętra naszego mieszkania. Przywozili i wyprowadzali poranione, pokrwawione konie. Następnie zabijali je, rozbierali mięso i wciągali do wielkiej lodowni znajdującej się po prawej stronie podwórka. Flaki zakopywali na działce Pana Jasińskiego. Działka w kierunku garbarni była udostępniona lokatorom na warzywa, a dzieciom do zabawy pod półkolem bzów.
            W dniu, w którym zobaczyliśmy dym nad Warszawą, z wydostającymi się płomieniami ognia, dowiedzieliśmy się, że w Parku Skaryszewskim spadł samolot. Pomimo obstawy udało nam się dostać w pobliże pogorzeliska, które znajdowało się przy mostku, pomiędzy krzakami. Na połamanych i nadpalonych drzewach wisiały części samolotu. Z jeziorka sterczało koło z częścią samolotu, a w wodzie pływały opaIone korpusy ludzkie, po prostu upieczone. Przy odgłosach strze1aniny od strony Warszawy, wystraszona pobiegłam do domu. W domu był tylko najmłodszy brat Julian, który powiedział mi, że rodzice kopią dół na terenie pralni Gebera. Przestraszyłam się, że kogoś zabili. Brat uspokoił mnie i powiedział, że tatuś z mamusią zakopują kufer z bielizną, obrazy, portret rodziców. Dzięki temu rzeczy te ocalały po wojnie.
            Na drugi dzień o świcie przyjechali Niemcy z karabinami, otoczono dom. Wyprowadzono nas na środek jezdni i popędzono prosto ul Lubelską. Mieliśmy ze sobą tylko małe tobołki Zostaliśmy wpędzeni na wał kolejowy, a następnie do świńskich wagonów towarowych z maleńkimi okienkami. Stojąc w dusznocie, na zwierzęcych odchodach dotarliśmy do Pruszkowa, do jakiejś zajezdni, albo hal remontowych pociągów. W tych olbrzymich halach była masa ludzi, którzy siedzieli albo leżeli na tobołkach rozłożonych na pobrudzonym olejami cemencie.
            Po kilku dniach wypędzili nas krzykiem na plac przed hale. Zaczęli nas sortować na różne grupy do wyjazdu w różnych kierunkach. Mamusia rozwinęła swój tobołek i każdemu dała łyżkę i kubeczek. Podzieliła między nas chleb oraz pomidory z działki Rzeczywiście nas rozdzielili . Dwóch braci pojechało do kamieniołomu, siostra w Sudety do bauera.
            Ja, wtedy 10-letnia i mój najmłodszy 16-letni brat zostaliśmy z rodzicami. Zapakowano nas do wagonów towarowych i długo wieziono. W podróży pociąg często stawał i na bocznych torach nabierano wody. Odważniejszym więźniom udawało się jakimś cudem nabierać tej wody. Piliśmy ją z garnka. Każdy po łyku. Pamiętam, że woda ta była okropna, śmierdząca, z jakąś oliwą, ale gasiła pragnienie. Po wyczerpującej, długiej drodze pociąg nareszcie zatrzymał się i kazano nam wysiąść w środku nocy, na łąkę przy torach. Dostaliśmy tam od kolejarzy wodę i kawę. Stamtąd odkrytymi wagonikami, kolejką wąskotorową przewieziono nas do obozu Stuthoff. Po wejściu na teren obozu zobaczyliśmy stos włosów i sterty okularów. Pamiętam, że mamusia kazała nam się głośno modlić, pomimo szumu i płaczu ludzi wokół nas. Mówiła nam, że tu jest koniec naszego życia. Z pierwszej przywiezionej do obozu ciuchci pozostało tylko część osób, reszta została zabrana do niby-łaźni. Była tam gazownia.
           Zostaliśmy wpędzeni do dwóch baraków znajdujących się najbliżej wejścia po prawej stronie. Baraki po lewej stronie były ogrodzone. Tam znajdowali się więźniowie w pasiakach. Po barakach, w których nas trzymano, obecnie pozostały fundamenty.
           W naszych barakach spaliśmy w ubraniach, jeden obok drugiego na trocinach. Na przeciwko wejścia do baraku było kilka zlewów, a po prawej stronie stało długie koryto obite blachą, w którym gotowano nam zupę. W pobliżu koryta stała piramida dość dużych czerwonych misek z dwoma uchami.
           Na drugi dzień na apelu osoba mówiąca po niemiecku wyjaśniła, że jesteśmy rodzinami z dziećmi, a nie politycznymi. Zgodnie z zrzucanymi przez Niemców ulotkami chcemy usunąć się z Warszawy na ziemie zachodnie, żeby tam dostać pracę i dach nad głową.
           Po około miesiącu pobytu w obozie zostaliśmy przewiezieni pod Grudziądz na puste pole. Tam stworzono obóz pracy. Więźniowie zbudowali baraki w kształcie grzybków, okrągłe z dykty. Źródełko obili deskami. żeby łatwiej nabierać wody. Spaliśmy w kojcach, w ubraniach, żywcem jadły nas wszy. Rodzice pracowali przy kopaniu okopów, a dzieci chodziły parami do lasu zbierać szyszki Zbieraliśmy je w siatkowe koszyki i nosiliśmy na sterty.
          Po stałych interwencjach Czerwonego Krzyża zbudowano nam łaźnię i izbę chorych, gdzie często przebywałam z powodu gorączki i początków gruźlicy.           
          Więźniowie przez Czerwony Krzyż dostawali czasami listy i małe paczki. My też dostaliśmy kartkę z żartobliwie napisanymi życzeniami na Święta Bożego Narodzenia. Kartka adresowana była na mojego ojca - Bolesława Podruckiego.
          Mam nadzieję, że uda mi się spotkać z kimś z kimś z obozu pod Grudziądzem. Często byłam w izbie chorych, może stamtąd pozostały notatki z nazwiskami, adresami uwięzionych dzieci i ich rodziców.
          Kiedy zbliżał się front, słychać było odgłosy armat. Po więźniów zaczęli przyjeżdżać niemieccy gospodarze. Nas i jeszcze drugą rodzinę wywieziono do gospodarstwa oddalonego rzekomo o 500 m od morza. Stamtąd uwolnili nas Rosjanie, od których dostaliśmy niemiecki wóz z koniem. Mój ojciec był taksówkarzem warszawskim i nigdy nie miał do czynienia z końmi Na szczęście ojciec tej drugiej rodziny był piaskarzem i umiał powozić.
            Tak szczęśliwie dojecba1iśmy do Warszawy. Ja dziesięcioletnia Danusia Podrucka, mój szesnastoletni brat Julian Podrucki z rodzicami Walerią i Bolesławem Podruckimi. Zaraz udaliśmy się do domu na ul. Lubelską. Niestety został on doszczętnie spalony. Na jednej ze ścian był ogromny napis: Podruccy u Gebera w pralni Lubelska 15/17.
           
Właściciele pralni pozwolili nam zamieszkać na poddaszu portierni. Pamiętam, że spałam pozwijana, w dziecinnym łóżeczku, z którego wystawały mi nogi na parapet. W dzień moczyłam nogi w obierzynach i zielsku, bo nie chciały mi zejść strupy po odmrożeniach. Karmiono mnie chlebem ze smalcem, jak się później okazało, zrobionym z psa. W tamtych czasach nie było penicyliny.
           Niedługo po powrocie do Warszawy zmarła mamusia na uremię. Była wycieńczona i zaziębiona. Podczas pobytu w obozie w ukryciu przed mężem oddawała nam swoje porcje żywności. Zmarła w l kwietnia 1945 roku w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Ostatnią podróż, u boku trumny ze zwłokami kochanej mamusi przeżyłam tragicznie. Dożywiała nas swoją porcją chleba, dopóki tatuś tego nie zauważył i zaczął pilnować, żeby zjadała całą porcję.
           

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten