Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Podruckiej (Pastuszyńskiej-Szpądrowskiej)


          Ja, wtedy 10-letnia i mój najmłodszy 16-letni brat zostaliśmy z rodzicami. Zapakowano nas do wagonów towarowych i długo wieziono. W podróży pociąg często stawał i na bocznych torach nabierano wody. Odważniejszym więźniom udawało się jakimś cudem nabierać tej wody. Piliśmy ją z garnka. Każdy po łyku. Pamiętam, że woda ta była okropna, śmierdząca, z jakąś oliwą, ale gasiła pragnienie. Po wyczerpującej, długiej drodze pociąg nareszcie zatrzymał się i kazano nam wysiąść w środku nocy, na łąkę przy torach. Dostaliśmy tam od kolejarzy wodę i kawę. Stamtąd odkrytymi wagonikami, kolejką wąskotorową przewieziono nas do obozu Stuthoff. Po wejściu na teren obozu zobaczyliśmy stos włosów i sterty okularów. Pamiętam, że mamusia kazała nam się głośno modlić, pomimo szumu i płaczu ludzi wokół nas. Mówiła nam, że tu jest koniec naszego życia.
           Z pierwszej przywiezionej do obozu ciuchci pozostało tylko część osób, reszta została zabrana do niby-łaźni. Była tam gazownia.
           Zostaliśmy wpędzeni do dwóch baraków znajdujących się najbliżej wejścia po prawej stronie. Baraki po lewej stronie były ogrodzone. Tam znajdowali się więźniowie w pasiakach. Po barakach, w których nas trzymano, obecnie pozostały fundamenty.
           W naszych barakach spaliśmy w ubraniach, jeden obok drugiego na trocinach. Na przeciwko wejścia do baraku było kilka zlewów, a po prawej stronie stało długie koryto obite blachą, w którym gotowano nam zupę. W pobliżu koryta stała piramida dość dużych czerwonych misek z dwoma uchami.
           Na drugi dzień na apelu osoba mówiąca po niemiecku wyjaśniła, że jesteśmy rodzinami z dziećmi, a nie politycznymi. Zgodnie z zrzucanymi przez Niemców ulotkami chcemy usunąć się z Warszawy na ziemie zachodnie, żeby tam dostać pracę i dach nad głową.
             Po około miesiącu pobytu w obozie zostaliśmy przewiezieni pod Grudziądz na puste pole. Tam stworzono obóz pracy. Więźniowie zbudowali baraki w kształcie grzybków, okrągłe z dykty. Źródełko obili deskami. żeby łatwiej nabierać wody.
             Spaliśmy w kojcach, w ubraniach, żywcem jadły nas wszy. Rodzice pracowali przy kopaniu okopów, a dzieci chodziły parami do lasu zbierać szyszki Zbieraliśmy je w siatkowe koszyki i nosiliśmy na sterty.
             Po stałych interwencjach Czerwonego Krzyża zbudowano nam łaźnię i izbę chorych, gdzie często przebywałam z powodu gorączki i początków gruźlicy.           
             Więźniowie przez Czerwony Krzyż dostawali czasami listy i małe paczki. My też dostaliśmy kartkę z żartobliwie napisanymi życzeniami na Święta Bożego Narodzenia. Kartka adresowana była na mojego ojca - Bolesława Podruckiego.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten