Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Łachety


     6 września od świtu biły w Tamkę artyleria i moździerze, falami nadlatywały i zrzucały bomby stukasy. Po kolejnym nalocie chwila ciszy i wybuchały w piwnicach granaty. Krzyki rannych i pożar - nad nami Niemcy. Na głos jednego ze starszych mężczyzn, marynarza z żeglugi wiślanej, że w piwnicy były tylko kobiety, dzieci i starzy mężczyźni, Niemcy kazali wychodzić. Przy wyjściu stał ten marynarz z rękami podniesionymi do góry. Szwab wcisnął mu w brzuch lufę rozpylacza, drugi liczył nas lufą parabelki. Ja byłem „achtundzwanzig". Niemcy podpalali granatami parter. W bramie wisiał jeszcze powstańczy plakat: „trupia czaszka w szwabskim hełmie i napis „każdy pocisk, jeden Niemiec". Pędzili nas kawałek w dół ku Wiśle i zaraz w lewo w płonącą po obu stronach ulicę Topiel. Szpalery esesmanów z zawiniętymi rękawami rabowały, biły, strzelały. Nie wiem, gdzie był ojciec, czy jeszcze żył. Matka w szoku, nie wiedziała, co się działo. Trzymałem ją pod prawe ramię i gdy Niemiec zrywał jej z lewej ręki zegarek, ściągnąłem jej z palca obrączkę i schowałem do kieszeni. O sekundę uprzedziłem esesmana. Spędzali nas w kolumnę, szliśmy pod skarpą, po lewej w górę pięły się jakieś ogródki, dużo trupów świeżych i starych, tu musiał być ciągły ostrzał ze skarpy od Uniwersytetu. Naraz przepędzili nas na prawą stronę, krzykiem i biciem ustawiali pod ścianą, za nami karabin maszynowy z obsługą. Ludzie padali, płakali, modlili się, w pobliżu nikogo znajomego. Staliśmy twarzami do ściany, gdy ktoś próbował obejrzeć się lub poruszyć, wrzaski i strzały. Słyszymy nadjeżdżający czołg, który zatrzymał się za nami. Wśród Niemców poruszenie, głośny szwargot robił wrażenie kłótni, nie mogłem zrozumieć nawet pojedynczych słów. Trwało to bardzo długo, aż wreszcie czołg odjechał, a nas pędzili dalej. Byliśmy na Browarnej, jakiś duży plac po prawej stronie ulicy okolony wysokimi drzewami zapełniał się stopniowo takimi, jak my. Było dużo rannych i poparzonych. Na prowizorycznych noszach młoda kobieta cała w bąblach i strupach, włosy, brwi i rzęsy spalone, tylko oczy żyły. W tłumie odnalazłem ojca i zaprowadziłem go do matki. Esesmani kręcili się wśród nas, dalej trwał rabunek i wyłapywanie powstańców, przeważnie rannych i ubranych w szare drelichy z Elektrowni. Po godzinie formowali nas w kolumny i wyprowadzili z placu. Widziałem nienaruszony most Kierbedzia i wpadłem w panikę, że popędzą nas na most, by go razem z nami wysadzić.         
     Ojciec mi tłumaczył, że to niemożliwe i uspokoiłem się, gdy zwrócił mi uwagę, że przejął nas Wehrmacht. Skręciliśmy w ul. Karową, w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Na placyku przy kościele krótki postój i ruszyliśmy dalej koło Hotelu Europejskiego do ul. Wierzbowej. Przeszliśmy koło małego terenowego samochodu, który miał przy burtach umocowane dziwne kratownice. Podobno ten niewinnie wyglądający twór był ruchomą wyrzutnią rakiet - „ryczących krów", które zburzyły nasz dom na ul. Grzybowskiej. Z Wierzbowej, nie dochodząc do placu Teatralnego i Senatorskiej, skręciliśmy gdzieś w lewo i wyszliśmy od strony Żabiej na placu Bankowego. W gruzach na rogu Elektoralnej placówka Ukraińców z „patefonem" (rkm Diegtiariewa) - może to ci sami, co miesiąc temu wrzucali nam granaty z Krochmalnej na Grzybowską. Na wysokości Hal Mirowskich skręciliśmy biegiem w prawo i dalej w lewo w Ogrodową. Ulica zasłana była dobytkiem. Walizki, tobołki, palta i inne części garderoby należały do biegnących tędy przed nami. Niemcy popędzili nas biciem i strzałami. Kto nie tak jak my, wyszedł z własnego domu i doniósł dotąd walizkę lub plecak, tu musiał go porzucić by kontynuować bieg. Potykaliśmy się o leżące bagaże, palta, futra. Nie wiem, co działo się z tymi, którzy przewracali się lub ustali w biegu. Wyszliśmy z powrotem na ulicę Elektoralną i z tyłu za kościołem św. Karola Boromeusza skręciliśmy w ulicę Chłodną. Kościół miał zburzone prezbiterium, na ścianach obelżywe dla wychodzących warszawiaków „powitalne" rysunki i słowa w języku polskim. Na murach kościoła w miejscach po strąconych figurach świętych esesmani z automatami udawali pomniki. Było ich wielu także na chodnikach. Widać, że „powitanie" było zorganizowane, szydzili z nas, rzucali kawałkami gruzu i ogryzkami, doskakiwali bili, strzelali nad głowami. Ten pochód ledwo żyjących cywilów, przeważnie kobiet, dzieci i starców, nazywali defiladą bohaterskiej polskiej armii. Zaskakująco wielu demonstrowało swoją nienawiść i starało się nas upokorzyć, wymyślając nam po polsku. Szliśmy bardzo wolno po niedawnym forsownym biegu, tak, że „witający" nas esesmani mogli się wyżyć. Mijaliśmy po lewej, na rogu Walicowa, ruiny wysadzonej w sierpniu przez niemiecką załogę szkoły i dalej przy ul. Żelaznej narożny budynek żandarmerii ze słynnym bunkrem przy bramie, zdobyty przez naszych w pierwszych dniach Powstania. Zawsze ruchliwa i gwarna nasza dzielnica była całkowicie zniszczona i spalona. Po lewej niskie stłuczone mury „Komety", po prawej pustka Kercelaka - budki spłonęły jeszcze przed Powstaniem w czasie nalotu, okoliczne domy teraz. Dalej „Wenecja", pusty plac po karuzelach, beczkach śmiechu, diabelskich młynach i gabinetach osobliwości. Na rogu ul. Młynarskiej, przed niezniszczonym budynkiem kina z ocalałym napisem (chyba „Roxy"), znów większa grupa Niemców. Ci przyglądali się nam spokojnie, jedni obojętnie, inni z oznakami współczucia. Jakiś oficer wyciągnął do mnie rękę z pomidorem i już miałem go chwycić, gdy ojciec mi na to nie pozwolił. Było mi przykro podwójnie, bo zrozumiałem, że przyjęcie podarunku w naszej sytuacji było czymś, co nosiło znamiona zdrady, ale przecież miałem tylko 12 lat, byłem głodny i spragniony, a jakikolwiek owoc nie tylko jadłem, ale w ogóle widziałem sześć tygodni temu. Niemiec nie reagował, schował rękę z pomidorem za siebie i odwrócił głowę.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten