Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Leszka Łachety


Po wyzwoleniu, gdzieś na przełomie lutego i marca 1945 roku wróciliśmy do Warszawy odfrontowym pociągiem radzieckim. Szliśmy do Szczęśliwic na przełaj do bloków na Kole. Nocowaliśmy w na wpół spalonym mieszkaniu, w nocy był nalot niemiecki. Rano szliśmy przez Cmentarz Ewangelicki, Żytnią i Kercelak na ul. Kaczą. Stamtąd Wronią do Grzybowskiej. Szukaliśmy śladów obecności naszych bliskich, znaków ich życia i możliwości pozostania w Warszawie. Jak dotąd tylko na Wroniej, gdzie mieszkał kolega, był znak, że ktoś przeżył, że byli na Grzybowskiej 11. Nasz dom, Grzybowska 56, poharatany straszliwie i spalony. W pierwszym podwórzu trup sąsiadki z przeciwka, mimo rozkładu zwłok poznałem siwe włosy i brązowy sweter, przy nodze laska. Nieraz nią nam wygrażała, gdy zbytnio hałasowaliśmy z chłopakami pod jej oknami. Musieli ją zastrzelić Ukraińcy, gdy wpadli tu w sierpniu. W naszym mieszkaniu na parterze gruz sięgał do wysokości pieca, nad nami niebo, po pożarze spadły tu cztery stropy i dach. Na piecu stała prawie cała, tylko bez szkła, metalowa lampa naftowa, która była w użyciu, gdy jeszcze mieszkaliśmy na ul. Balickiej bez elektryczności. W piecu ojciec schował buty, chyba ocalały, ale nie sposób się było do nich dostać. Pisaliśmy kawałkiem cegły na murze, że żyjemy i gdzie nas szukać. Szliśmy po numer 11, coraz większe zniszczenia, przy ul. Ciepłej ani przejść ani ominąć, ślady barykad i morze gruzów, wysoki żelbetowy budynek po prawej, nieparzystej stronie ulicy spłynął stropami przez jezdnię aż na przeciwną stronę. Betonowe płyty utworzyły tarasy, które trudno było sforsować. W gruzach tkwiły wraki niemieckich czołgów i innych pojazdów. To robota naszych z połowy sierpnia, a był w tym udział i moich kolegów - rówieśników. Pod numerem 11 „mieszkał" kolega z matką, ciotką i młodszym rodzeństwem. Mieszkanie było w drugim podwórku na trzecim piętrze, ale klatka schodowa była bez schodów. Długo szukaliśmy wejścia, wreszcie inną klatką i przez wypalone mieszkania trafiliśmy do Bohdana. W nocy musiałem wyjść i z korytarza zamiast w lewo, skręciłem w prawo, nie mogłem namacać klamki, stopą wyczułem próg. Myślałem, że drzwi do łazienki były otwarte i w ostatniej chwili widziałem świecące gwiazdy na niebie. Pode mną trzy piętra, a z oficyny została tylko futryna, czego w dzień nie zauważyłem. Nie znajdując wieści o życiu lub śmierci ojca i brata, zostawiliśmy wiadomość o sobie i wróciliśmy z matką na wieś. Z najbliższej rodziny zginęło lub zaginęło ośmiu mężczyzn, ilu przeżyło i wróciło - przecież wojna jeszcze trwała.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten