Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bolesława Oleksiaka


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 126

Relacja Bolesława Oleksiaka

Bolesław Oleksiak, lat 14. W czasie okupacji i Powstania Warszawskiego mieszkał przy ul. Opoczyńskiej 11.

 

     Urodziłem się w Warszawie. W stolicy mieszkałem prawie do końca sierpnia 1944 roku. W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkałem z rodzicami i siostrą w domu nr 11 przy ul. Opoczyńskiej na Górnym Mokotowie. Większość mieszkańców tej ulicy opuściła swe mieszkania w dniach 6-7 sierpnia 1944 roku. Zmuszeni zostali do tego groźbami Niemców, którzy oświadczyli, że rozstrzelają każdego, kto nie wyjdzie z domu na ulicę i nie uda się pod ich strażą w kierunku koszar SS znajdujących się przy ulicy Rakowieckiej. Wielu mieszkańcom naszej ulicy udało się dotrzeć za ulicę Madalińskiego, na tereny znajdujące się w rękach powstańców. Znaczna liczba osób udała się we wskazanym przez Niemców kierunku.
     Jeszcze w czasie Powstania dowiedziałem się, że niektórzy z tych, którzy poszli pod eskortą Niemców, zaprowadzeni zostali w al. Szucha i tam rozstrzelani. W ten sposób zginęli moi koledzy Ryszard Janota i Ryszard Palacz.
     Do rozkazu opuszczenia domów nie zastosowało się około 50 osób. Z tej liczby w naszym domu pozostało ukrytych w piwnicy około 40 osób.
     Pod koniec pierwszej dekady sierpnia, na ulicę wkroczyły specjalne grupy hitlerowskich żołnierzy, które przystąpiły do podpalenia opuszczonych domów. Przed ich przyjściem do naszego domu, lokatorzy wyrzucali przez okna mieszkań na podwórko fotele i krzesła, licząc na ich odzyskanie po wyzwoleniu Warszawy. Podobnie czynili mieszkańcy innych domów, w wyniku czego na chodnikach i podwórkach znalazło się wiele pięknych mebli. Zostaliśmy wraz z innymi lokatorami, zmuszeni do opuszczenia domu wtedy, kiedy Niemcy podpalili strych i mieszkania na parterze. Po przejściu podpalaczy na teren sąsiednich posesji, usiłowałem wraz z innymi ratować dom przed spaleniem, gasząc piaskiem i wodą palące się mieszkania na parterze. Udało się nam uratować częściowo przed spaleniem kilka mieszkań i pomieszczenia piwniczne. Akcję gaszenia ognia przerwało pojawienie się w pobliżu domu kilku oficerów SS. Ruszyliśmy wówczas podwórkami na teren posesji nr 42 przy ul. Kieleckiej. Jako ostatni opuszczał nasze podwórko mój ojciec. Ubranego w ogrodniczy kombinezon, wzięli esesmani za powstańca. Z pistoletami w rękach zaprowadzili ojca pod ścianę domu. Przed śmiercią z ich rąk ocaliła go interwencja mojej energicznej matki, której udało się jakoś przekonać Niemców, że ojciec powstańcem nie był.
     Kilkunastogodzinne schronienie znaleźliśmy w gościnnym mieszkaniu państwa Manteufflów przy ulicy Kieleckiej. Budynek, do którego udaliśmy się wraz z innymi, był jedynym niepodpalonym dotąd budynkiem na odcinku między ulicą Narbutta a ulicą Rakowiecką. Mówiono, że powodem nie podpalenia go, było zamieszkiwanie w nim znanej hitlerowskim oficerom aktorki Marii Malickiej.
     Następnego dnia Niemcy polecili wszystkim opuścić ten dom i przejść na drugą stronę ulicy, na obszerne podwórko posesji będącej własnością Jana Kiepury. Z podwórka tego po kilku godzinach Niemcy kilkudziesięcioosobową grupę wyprowadzili na Rakowiec. Na terenie osiedla Rakowiec mieszkaliśmy przez kilka dni. Włóczący się po osiedlu pijani „własowcy" coraz częściej nachodzili domy osób, które udzieliły schronienia wypędzonym. Grozili wyrżnięciem warszawiaków. Obawiając się spełnienia tych gróźb, rodzice zadecydowali, że wrócimy na ulicę Opoczyńską, do domu, z którego nas wypędzono, że w jego piwnicy przetrwamy jakoś do wyzwolenia miasta przez Rosjan. Polem Mokotowskim dotarliśmy do zbiegu ul. Rakowieckiej z ul. Andrzeja Boboli, gdzie przed wejściem na jezdnię zatrzymaliśmy się. Nagle podjechał do nas niemiecki wóz pancerny. Wyskoczył z niego oficer SS, który zapytał nas dokąd idziemy. Z tonu, jakim zadał to pytanie, z wykonanego gestu (skierował w nas lufę pistoletu maszynowego), wywnioskowałem, że przed zastrzeleniem ocalić nas może jedynie poinformowanie go, że wychodzimy z Warszawy. Takiej, na szczęście odpowiedzi udzieliła mu pani Loewenstein (była właścicielką apteki u zbiegu ulic Asfaltowej i Rakowieckiej). Po krótkiej chwili namysłu (dla nas ta chwila trwała bardzo długo) oficer wsiadł do pojazdu, który ruszył w kierunku powstańczych pozycji. Poprzez klatki schodowe i podwórka przedostaliśmy się na ulicę Opoczyńską.
     Zamieszkaliśmy w piwnicy, w suterenie dozorcy. Jej wychodzące na podwórko okna zastawialiśmy pojemnikami na śmiecie. Z piwnicy w ogóle nie wychodziliśmy, obawiając się penetrujących wypalone domy niemieckich lotników. Po kilku dniach przypadkowo odkryli oni naszą kryjówkę. Nie zastrzelili nas chyba tylko dlatego, że ucieszyło ich znalezienie w sąsiedniej piwnicy znacznej ilości butelek z wódką. Zmuszeni byliśmy przyglądać się ich libacji, słuchając przy tym chełpienia się zabiciem wielu powstańców na Bielanach.
     Przez kilka dni po ich odejściu żyliśmy w piwnicy przez nikogo nie niepokojeni. Pewnego dnia matka przystąpiła do wypieku chleba. Unoszący się przez nieuszkodzone przewody kominowe dym, zdradził naszą obecność w wypalonym domu esesmanom z gmachu „Stauferkaserne" przy ulicy Rakowieckiej. Gromada ponurych, uzbrojonych po zęby żołdaków wyprowadziła nas na ulicę. Jeden z nich gestem ręki kazał nam ustawić się pod ścianą budynku po przeciwnej stronie ulicy.
     Po kilku minutach uformowali z nas i dołączonych do nas jeszcze kilku, wyprowadzonych z innych domów osób - grupę, którą zaprowadzili pod „Stauferkaserne". W pobliżu tego ogromnego budynku Niemcy zgromadzili 200 - 300 wypędzonych z okolicznych domów osób. Trzymali nas tam przez kilka godzin. Przez ten czas zajmowałem się obserwowaniem wyjeżdżających przez bramę do walki z powstańcami Mokotowa i wracających z akcji czołgów.
     W południe eskortowana przez kilku lotników kolumna wychodźców ruszyła przez Pole Mokotowskie w kierunku Ochoty. W pobliżu ogródków działkowych opadła nas wataha „własowców". Zrywali ludziom z rąk zegarki, pierścionki i obrączki. Lotnicy odpędzili „własowców", po czym kolumna ruszyła Aleją Żwirki i Wigury w kierunku Placu Narutowicza. W pobliżu ulicy Wawelskiej dymiły małe, ceglane krematoria, w których paliły się zwłoki poległych Niemców.
     Plac Narutowicza i ulica Kopińska wyglądały koszmarnie. Płonęły wszystkie okoliczne domy. Na jezdniach paliły się zwłoki ludzkie i końskie. Nad placem i ulicą Grójecką z wyciem silników przelatywały niemieckie samoloty. Wszędzie pełno było ognia, dymu, kurzu i krwi. Gdzieś niedaleko eksplodowały pociski.
     Około godziny 16-ej dotarliśmy do Dworca Zachodniego. Umieszczono nas w jednym z kilkunastu wagonów pociągu, który wkrótce ruszył w kierunku zachodnim. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. O tym, że wieźli nas do obozu przejściowego w Pruszkowie, dowiedzieliśmy się od mieszkańców Ursusa, w którym pociąg miał krótki postój. Wylegli oni tłumnie na peron, podając nam przez okna napoje i jabłka. Radzili, aby uciec z pociągu przed jego dojechaniem do Pruszkowa.
     Kiedy pociąg ruszył, matka zadecydowała, że uciekniemy z niego przy najbliższej okazji. Okazją tą było zatrzymanie się pociągu na stacji w Piastowie. Przez niepilnowane przez konwojenta drzwi wybiegliśmy na pusty peron, chowając się za filarami, podtrzymującymi dach poczekalni. Niemiecki konwojent zauważył naszą ucieczkę. Wyskoczył z wagonu, odbezpieczając broń. Nie zdążył jej jednak użyć, gdyż pociąg ruszył. Niemiec zrezygnował z puszczenia po nas serii z automatu i zdążył wskoczyć do toczącego się powoli pociągu.
     Na peronie znalazł się ktoś, kto zaprowadził naszą pięcioosobową grupę (razem z nami uciekła z pociągu także pani Loewenstein) do pobliskiego domu. Przenocowaliśmy w nim wraz z wieloma innymi uciekinierami z poprzednich transportów.
     Następnego dnia wyruszyliśmy pieszo do Brwinowa. Dotarliśmy do niego po kilku godzinach. Pani Loewenstein zamieszkała w domu swoich znajomych przy ulicy Słonecznej. Nas, znajomi ci zaprowadzili do piętrowego budynku przy ulicy Biskupiej, stanowiącego własność pani Burchacińskiej miejscowej dentystki. W jej domu zamieszkiwaliśmy od początku trzeciej dekady sierpnia 1944 roku do 18 stycznia 1945 roku.
     Oddała nam do dyspozycji obszerną, położoną na piętrze kuchnię. Spaliśmy we czworo, obok siebie, na zbitej pryczy. Do snu przykrywaliśmy się starą odzieżą właścicielki domu.
     Po kilku tygodniach pani Burchacińska przyjęła do tej kuchni na zamieszkanie jeszcze trzy uciekinierki z transportu. Były to dwie starsze, nobliwe panie i ich służąca Rózia.
     Właścicielce domu udało się zameldować nas wszystkich w sposób stwierdzający, jakoby zamieszkaliśmy u niej jeszcze w czerwcu. Te antydatowane zameldowania, uwidocznione w naszych kennkartach pozwoliły nam wyjść cało z ulicznych i domowych łapanek. Żandarmi bowiem, zameldowanych przed 1 sierpnia 1944 roku w Brwinowie warszawiaków, nie zabierali ze sobą i nie wywozili do obozów.
     Z Warszawy wyszliśmy tak, jak staliśmy. Nie mieliśmy ze sobą jakichkolwiek nadających się do spieniężenia rzeczy. Pozbawieni byliśmy bielizny i ciepłej odzieży. Chodziliśmy i spaliśmy w tych samych letnich ubraniach.
     Głód porządnie dawał się nam we znaki. Miejscowa komórka RGO zaopatrywała nas codziennie tylko w cienką zupę i od czasu do czasu w chleb. Istniała wprawdzie możliwość zaopatrywania się w niektóre artykuły spożywcze u miejscowych sklepikarzy i rolników, nie mieliśmy jednak w ogóle pieniędzy.
     Po kilku tygodniach głodowania udało się rodzicom pożyczyć od kogoś trochę gotówki. Za pożyczone pieniądze nabyli w Mszczonowie od rolników sery, jajka i śmietanę i handlowali nimi na brwinowskim targu. Dzięki temu przestaliśmy głodować.
     Październikowe dni były coraz chłodniejsze. Zarobionych na handlu pieniędzy nie starczyło na zakup ciepłej odzieży.
     Któregoś dnia matka wraz z panią Matusiakową (także uciekinierką z transportu) udała się pieszo do zrujnowanej Warszawy, licząc na znalezienie w piwnicy naszego warszawskiego mieszkania ciepłej odzieży. Ta trwająca blisko dwa dni wyprawa (obie niemłode już kobiety przybyły ponad 40 kilometrów po terenie pełnym żołnierzy i żandarmów) zakończyła się powodzeniem. Udało się im ominąć posterunki i dostać do piwnic domu przy ul. Opoczyńskiej. Znalazły w nich sporo różnej ciepłej odzieży, którą w tobołkach przytaszczyły pieszo do Brwinowa. Dzięki ich wyczynom mieliśmy wreszcie w czym przechodzić jesień i zimę.
     Z chwilą nadejścia zimy ciągłe przemieszczanie się wojsk niemieckich i kolaboranckich oddziałów węgierskich i ukraińskich, uniemożliwiało rodzicom zajmowanie się handlem, który był podstawą naszej egzystencji w Brwinowie. Znów zaczęliśmy głodować. Do dnia wkroczenia do miasta wojsk radzieckich i polskich, to jest do 17 stycznia 1945 roku, udało się nam przeżyć głównie dzięki pomocy pani Burchacińskiej, dzielącej się z nami żywnością.
     Znacznie polepszyły naszą sytuację materialną pieniądze uzyskane przeze mnie od kioskarzy, za „zorganizowanie" Niemcom papierosów. Po upadku Powstania, żołnierze niemieccy przywozili z Warszawy do Brwinowa samochodami ciężarowymi ogromne ilości obuwia, odzieży i innych artykułów, sprzedając je miejscowej ludności. Wykorzystałem kiedyś nieuwagę kierowcy samochodu wypełnionego skrzynkami i zabrałem z jednej z nich kilkanaście pudełek polskich przedwojennych papierosów „Mewa".
     Za około 1500 papierosów otrzymałem tyle pieniędzy, że całej naszej rodzinie wystarczyło na chleb, marmoladę, sacharynę aż do dnia wyzwolenia Brwinowa przez wojska radzieckie.
     Wszyscy zdolni do pracy warszawiacy robili, co mogli, aby przetrwać okres okupacji, aby doczekać się zwycięstwa aliantów. Pomoc udzielana przez RGO była znikoma, a więc niewystarczająca. Dlatego też warszawiacy podejmowali się zajęć nigdy przedtem nie wykonywanych. Mój ojciec - były pracownik Biblioteki Narodowej utrzymywał się z drobnego handlu. Handlem wypiekanymi przez siebie ciastkami trudniły się starsze nobliwe panie, zamieszkujące wraz z nami. Pomagała im w tym moja siostra. Ja ze względu na swój wiek (w czerwcu 1944 roku ukończyłem 14 lat) żadnych obowiązków nie miałem. Czas spędzałem na spacerach po mieście, czytaniu gazet i wypożyczanych mi przez panią Burchacińską książek. Syn właścicielki domu - Jerzy Burchaciński utrzymywał się z naprawy sprzętu elektrotechnicznego. W swoim warsztacie naprawiał także oficerom niemieckim radioodbiorniki. Pomagałem mu w naprawach w związku, z czym pozwalał mi słuchać w warsztacie audycji rozgłośni BBC w języku polskim. Słuchaliśmy także audycji radiowych z wyzwolonego Lublina. Dzięki audycjom radiowym orientowałem się nieźle w sytuacji na frontach i byłem przekonany, że oczekiwana wielka ofensywa wojsk radzieckich rozpocznie się wkrótce. Szybką klęskę hitlerowskich Niemiec wyczytać można było nawet z gadzinowego „Nowego Kuriera Warszawskiego". Zamieszczony został w nim przez dowództwo niemieckie apel do Polaków, wzywający do wspólnej zbrojnej walki z Armią Czerwoną. Apel ten oczywiście pozostał bez echa. Dowiedziałem się, że żaden Polak nie zhańbił się zgłoszeniem do punktu werbunkowego. Nikt nie kwapił się także do kopania rowów przeciwczołgowych, do czego wzywały ludność regionu podwarszawskiego, niemieckie odezwy. W końcu Niemcy zmusili burmistrza Brwinowa do wytypowania osób, do wykonania tych prac. Wytypowany został także mój ojciec. Wraz z innymi musiał przez kilka dni kopać rowy gdzieś w okolicach Nowego Dworu. Po powrocie powiedział mi, że był naocznym świadkiem rozstrzelania dwóch jehowitów za odmowę wznoszenia umocnień przeciwczołgowych. Obaj woleli zginąć niż postąpić wbrew przekonaniom.
     W dniu rozpoczęcia się wielkiej styczniowej ofensywy, przebywałem wraz z zaprzyjaźnionym chłopcami na podbrwinowskich łąkach. Po usłyszeniu potężnego, niezapomnianego odgłosu tysięcy dział, każdy z nas zorientował się, że od dawna oczekiwana ofensywa wreszcie rozpoczęła się. Udaliśmy się śpiesznie do miasteczka, w którym wrzało jak w ulu. Wszędzie było pełno uciekającego wojska. Szosą w kierunku Błonia gnały niemieckie samochody i pojazdy pancerne. Za nimi biegały jeszcze w kolumnach marszowych, lecz w popłochu liczne oddziały hitlerowskiej piechoty. Za Niemcami podążała konno i na wozach dywizja węgierska. Jeszcze ostatni Węgrzy nie zdążyli zniknąć nam z oczu, kiedy nadleciała eskadra radzieckich samolotów. Dopadły one uciekających na podmiejskich polach. Wkrótce zasłane zostały one setkami trupów żołnierzy niemieckich i węgierskich, rozbitymi wozami i zniszczonym sprzętem wojennym. Kilka godzin później do miasta wjechały pierwsze radzieckie czołgi. Zatrzymały się na rynku, gdzie otoczone zostały tłumem rozentuzjazmowanych ludzi. Po krótkim postoju, po powitaniu radzieckich żołnierzy przez burmistrza, czołgi ruszyły kontynuować pościg za Niemcami. Wkrótce do Brwinowa wjechały nowe oddziały, a wśród nich polscy artylerzyści. Rosjanie, których skierowano na kwaterę do pani Burchacińskiej, byli dobroduszni i serdeczni.
     Kiedy dowiedzieli się, że wypędzono nas z Warszawy, obdarowali nas puszkami konserw mięsnych.
     Cała nasza rodzina nie wyobrażała sobie życia poza Warszawą. Dlatego też dalsze pozostawanie w Brwinowie nie miało sensu. 18 stycznia 1945 roku wczesnym rankiem wyszliśmy z miasteczka i torami kolejowymi udaliśmy się w kierunku stolicy. Dotarliśmy do niej po kilku godzinach. Początkowo zamieszkiwaliśmy w przystosowanej odpowiednio piwnicy, a później przenieśliśmy się do jednego z mniej zniszczonych mieszkań na parterze.
     Po kilku tygodniach ojciec wznowił pracę w Bibliotece Narodowej, a siostra podjęła pracę w jednej z szybko uruchomionych fabryk. Matka zajęła się prowadzeniem domu. Ja przyjęty zostałem do drugiej klasy Gimnazjum i Liceum im. Hugona Kołłątaja przy ulicy Polnej.
     Rozpoczęło się dla całej naszej rodziny normalne życie w wolnym kraju.            

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten