Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bolesława Oleksiaka


     Urodziłem się w Warszawie. W stolicy mieszkałem prawie do końca sierpnia 1944 roku. W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkałem z rodzicami i siostrą w domu nr 11 przy ul. Opoczyńskiej na Górnym Mokotowie. Większość mieszkańców tej ulicy opuściła swe mieszkania w dniach 6-7 sierpnia 1944 roku. Zmuszeni zostali do tego groźbami Niemców, którzy oświadczyli, że rozstrzelają każdego, kto nie wyjdzie z domu na ulicę i nie uda się pod ich strażą w kierunku koszar SS znajdujących się przy ulicy Rakowieckiej. Wielu mieszkańcom naszej ulicy udało się dotrzeć za ulicę Madalińskiego, na tereny znajdujące się w rękach powstańców. Znaczna liczba osób udała się we wskazanym przez Niemców kierunku.
     Jeszcze w czasie Powstania dowiedziałem się, że niektórzy z tych, którzy poszli pod eskortą Niemców, zaprowadzeni zostali w al. Szucha i tam rozstrzelani. W ten sposób zginęli moi koledzy Ryszard Janota i Ryszard Palacz.
     Do rozkazu opuszczenia domów nie zastosowało się około 50 osób. Z tej liczby w naszym domu pozostało ukrytych w piwnicy około 40 osób.
     Pod koniec pierwszej dekady sierpnia, na ulicę wkroczyły specjalne grupy hitlerowskich żołnierzy, które przystąpiły do podpalenia opuszczonych domów. Przed ich przyjściem do naszego domu, lokatorzy wyrzucali przez okna mieszkań na podwórko fotele i krzesła, licząc na ich odzyskanie po wyzwoleniu Warszawy. Podobnie czynili mieszkańcy innych domów, w wyniku czego na chodnikach i podwórkach znalazło się wiele pięknych mebli. Zostaliśmy wraz z innymi lokatorami, zmuszeni do opuszczenia domu wtedy, kiedy Niemcy podpalili strych i mieszkania na parterze. Po przejściu podpalaczy na teren sąsiednich posesji, usiłowałem wraz z innymi ratować dom przed spaleniem, gasząc piaskiem i wodą palące się mieszkania na parterze. Udało się nam uratować częściowo przed spaleniem kilka mieszkań i pomieszczenia piwniczne. Akcję gaszenia ognia przerwało pojawienie się w pobliżu domu kilku oficerów SS. Ruszyliśmy wówczas podwórkami na teren posesji nr 42 przy ul. Kieleckiej. Jako ostatni opuszczał nasze podwórko mój ojciec. Ubranego w ogrodniczy kombinezon, wzięli esesmani za powstańca. Z pistoletami w rękach zaprowadzili ojca pod ścianę domu. Przed śmiercią z ich rąk ocaliła go interwencja mojej energicznej matki, której udało się jakoś przekonać Niemców, że ojciec powstańcem nie był.
     Kilkunastogodzinne schronienie znaleźliśmy w gościnnym mieszkaniu państwa Manteufflów przy ulicy Kieleckiej. Budynek, do którego udaliśmy się wraz z innymi, był jedynym niepodpalonym dotąd budynkiem na odcinku między ulicą Narbutta a ulicą Rakowiecką. Mówiono, że powodem nie podpalenia go, było zamieszkiwanie w nim znanej hitlerowskim oficerom aktorki Marii Malickiej.
     Następnego dnia Niemcy polecili wszystkim opuścić ten dom i przejść na drugą stronę ulicy, na obszerne podwórko posesji będącej własnością Jana Kiepury. Z podwórka tego po kilku godzinach Niemcy kilkudziesięcioosobową grupę wyprowadzili na Rakowiec. Na terenie osiedla Rakowiec mieszkaliśmy przez kilka dni. Włóczący się po osiedlu pijani „własowcy" coraz częściej nachodzili domy osób, które udzieliły schronienia wypędzonym. Grozili wyrżnięciem warszawiaków. Obawiając się spełnienia tych gróźb, rodzice zadecydowali, że wrócimy na ulicę Opoczyńską, do domu, z którego nas wypędzono, że w jego piwnicy przetrwamy jakoś do wyzwolenia miasta przez Rosjan. Polem Mokotowskim dotarliśmy do zbiegu ul. Rakowieckiej z ul. Andrzeja Boboli, gdzie przed wejściem na jezdnię zatrzymaliśmy się. Nagle podjechał do nas niemiecki wóz pancerny. Wyskoczył z niego oficer SS, który zapytał nas dokąd idziemy. Z tonu, jakim zadał to pytanie, z wykonanego gestu (skierował w nas lufę pistoletu maszynowego), wywnioskowałem, że przed zastrzeleniem ocalić nas może jedynie poinformowanie go, że wychodzimy z Warszawy. Takiej, na szczęście odpowiedzi udzieliła mu pani Loewenstein (była właścicielką apteki u zbiegu ulic Asfaltowej i Rakowieckiej). Po krótkiej chwili namysłu (dla nas ta chwila trwała bardzo długo) oficer wsiadł do pojazdu, który ruszył w kierunku powstańczych pozycji. Poprzez klatki schodowe i podwórka przedostaliśmy się na ulicę Opoczyńską.
     Zamieszkaliśmy w piwnicy, w suterenie dozorcy. Jej wychodzące na podwórko okna zastawialiśmy pojemnikami na śmiecie. Z piwnicy w ogóle nie wychodziliśmy, obawiając się penetrujących wypalone domy niemieckich lotników. Po kilku dniach przypadkowo odkryli oni naszą kryjówkę. Nie zastrzelili nas chyba tylko dlatego, że ucieszyło ich znalezienie w sąsiedniej piwnicy znacznej ilości butelek z wódką. Zmuszeni byliśmy przyglądać się ich libacji, słuchając przy tym chełpienia się zabiciem wielu powstańców na Bielanach.
     Przez kilka dni po ich odejściu żyliśmy w piwnicy przez nikogo nie niepokojeni. Pewnego dnia matka przystąpiła do wypieku chleba. Unoszący się przez nieuszkodzone przewody kominowe dym, zdradził naszą obecność w wypalonym domu esesmanom z gmachu „Stauferkaserne" przy ulicy Rakowieckiej. Gromada ponurych, uzbrojonych po zęby żołdaków wyprowadziła nas na ulicę. Jeden z nich gestem ręki kazał nam ustawić się pod ścianą budynku po przeciwnej stronie ulicy.
     Po kilku minutach uformowali z nas i dołączonych do nas jeszcze kilku, wyprowadzonych z innych domów osób - grupę, którą zaprowadzili pod „Stauferkaserne". W pobliżu tego ogromnego budynku Niemcy zgromadzili 200 - 300 wypędzonych z okolicznych domów osób. Trzymali nas tam przez kilka godzin. Przez ten czas zajmowałem się obserwowaniem wyjeżdżających przez bramę do walki z powstańcami Mokotowa i wracających z akcji czołgów.
     W południe eskortowana przez kilku lotników kolumna wychodźców ruszyła przez Pole Mokotowskie w kierunku Ochoty. W pobliżu ogródków działkowych opadła nas wataha „własowców". Zrywali ludziom z rąk zegarki, pierścionki i obrączki. Lotnicy odpędzili „własowców", po czym kolumna ruszyła Aleją Żwirki i Wigury w kierunku Placu Narutowicza. W pobliżu ulicy Wawelskiej dymiły małe, ceglane krematoria, w których paliły się zwłoki poległych Niemców.
     Plac Narutowicza i ulica Kopińska wyglądały koszmarnie. Płonęły wszystkie okoliczne domy. Na jezdniach paliły się zwłoki ludzkie i końskie. Nad placem i ulicą Grójecką z wyciem silników przelatywały niemieckie samoloty. Wszędzie pełno było ognia, dymu, kurzu i krwi. Gdzieś niedaleko eksplodowały pociski.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten