Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Bolesława Oleksiaka


Okazją tą było zatrzymanie się pociągu na stacji w Piastowie. Przez niepilnowane przez konwojenta drzwi wybiegliśmy na pusty peron, chowając się za filarami, podtrzymującymi dach poczekalni. Niemiecki konwojent zauważył naszą ucieczkę. Wyskoczył z wagonu, odbezpieczając broń. Nie zdążył jej jednak użyć, gdyż pociąg ruszył. Niemiec zrezygnował z puszczenia po nas serii z automatu i zdążył wskoczyć do toczącego się powoli pociągu.
     Na peronie znalazł się ktoś, kto zaprowadził naszą pięcioosobową grupę (razem z nami uciekła z pociągu także pani Loewenstein) do pobliskiego domu. Przenocowaliśmy w nim wraz z wieloma innymi uciekinierami z poprzednich transportów.
     Następnego dnia wyruszyliśmy pieszo do Brwinowa. Dotarliśmy do niego po kilku godzinach. Pani Loewenstein zamieszkała w domu swoich znajomych przy ulicy Słonecznej. Nas, znajomi ci zaprowadzili do piętrowego budynku przy ulicy Biskupiej, stanowiącego własność pani Burchacińskiej miejscowej dentystki. W jej domu zamieszkiwaliśmy od początku trzeciej dekady sierpnia 1944 roku do 18 stycznia 1945 roku.
     Oddała nam do dyspozycji obszerną, położoną na piętrze kuchnię. Spaliśmy we czworo, obok siebie, na zbitej pryczy. Do snu przykrywaliśmy się starą odzieżą właścicielki domu.
     Po kilku tygodniach pani Burchacińska przyjęła do tej kuchni na zamieszkanie jeszcze trzy uciekinierki z transportu. Były to dwie starsze, nobliwe panie i ich służąca Rózia.
     Właścicielce domu udało się zameldować nas wszystkich w sposób stwierdzający, jakoby zamieszkaliśmy u niej jeszcze w czerwcu. Te antydatowane zameldowania, uwidocznione w naszych kennkartach pozwoliły nam wyjść cało z ulicznych i domowych łapanek. Żandarmi bowiem, zameldowanych przed 1 sierpnia 1944 roku w Brwinowie warszawiaków, nie zabierali ze sobą i nie wywozili do obozów.
     Z Warszawy wyszliśmy tak, jak staliśmy. Nie mieliśmy ze sobą jakichkolwiek nadających się do spieniężenia rzeczy. Pozbawieni byliśmy bielizny i ciepłej odzieży. Chodziliśmy i spaliśmy w tych samych letnich ubraniach.
     Głód porządnie dawał się nam we znaki. Miejscowa komórka RGO zaopatrywała nas codziennie tylko w cienką zupę i od czasu do czasu w chleb. Istniała wprawdzie możliwość zaopatrywania się w niektóre artykuły spożywcze u miejscowych sklepikarzy i rolników, nie mieliśmy jednak w ogóle pieniędzy.
     Po kilku tygodniach głodowania udało się rodzicom pożyczyć od kogoś trochę gotówki. Za pożyczone pieniądze nabyli w Mszczonowie od rolników sery, jajka i śmietanę i handlowali nimi na brwinowskim targu. Dzięki temu przestaliśmy głodować.
     Październikowe dni były coraz chłodniejsze. Zarobionych na handlu pieniędzy nie starczyło na zakup ciepłej odzieży.
     Któregoś dnia matka wraz z panią Matusiakową (także uciekinierką z transportu) udała się pieszo do zrujnowanej Warszawy, licząc na znalezienie w piwnicy naszego warszawskiego mieszkania ciepłej odzieży. Ta trwająca blisko dwa dni wyprawa (obie niemłode już kobiety przybyły ponad 40 kilometrów po terenie pełnym żołnierzy i żandarmów) zakończyła się powodzeniem. Udało się im ominąć posterunki i dostać do piwnic domu przy ul. Opoczyńskiej. Znalazły w nich sporo różnej ciepłej odzieży, którą w tobołkach przytaszczyły pieszo do Brwinowa. Dzięki ich wyczynom mieliśmy wreszcie w czym przechodzić jesień i zimę.
     Z chwilą nadejścia zimy ciągłe przemieszczanie się wojsk niemieckich i kolaboranckich oddziałów węgierskich i ukraińskich, uniemożliwiało rodzicom zajmowanie się handlem, który był podstawą naszej egzystencji w Brwinowie. Znów zaczęliśmy głodować. Do dnia wkroczenia do miasta wojsk radzieckich i polskich, to jest do 17 stycznia 1945 roku, udało się nam przeżyć głównie dzięki pomocy pani Burchacińskiej, dzielącej się z nami żywnością.
     Znacznie polepszyły naszą sytuację materialną pieniądze uzyskane przeze mnie od kioskarzy, za „zorganizowanie" Niemcom papierosów. Po upadku Powstania, żołnierze niemieccy przywozili z Warszawy do Brwinowa samochodami ciężarowymi ogromne ilości obuwia, odzieży i innych artykułów, sprzedając je miejscowej ludności. Wykorzystałem kiedyś nieuwagę kierowcy samochodu wypełnionego skrzynkami i zabrałem z jednej z nich kilkanaście pudełek polskich przedwojennych papierosów „Mewa".
     Za około 1500 papierosów otrzymałem tyle pieniędzy, że całej naszej rodzinie wystarczyło na chleb, marmoladę, sacharynę aż do dnia wyzwolenia Brwinowa przez wojska radzieckie.
     Wszyscy zdolni do pracy warszawiacy robili, co mogli, aby przetrwać okres okupacji, aby doczekać się zwycięstwa aliantów. Pomoc udzielana przez RGO była znikoma, a więc niewystarczająca. Dlatego też warszawiacy podejmowali się zajęć nigdy przedtem nie wykonywanych. Mój ojciec - były pracownik Biblioteki Narodowej utrzymywał się z drobnego handlu. Handlem wypiekanymi przez siebie ciastkami trudniły się starsze nobliwe panie, zamieszkujące wraz z nami. Pomagała im w tym moja siostra. Ja ze względu na swój wiek (w czerwcu 1944 roku ukończyłem 14 lat) żadnych obowiązków nie miałem. Czas spędzałem na spacerach po mieście, czytaniu gazet i wypożyczanych mi przez panią Burchacińską książek. Syn właścicielki domu - Jerzy Burchaciński utrzymywał się z naprawy sprzętu elektrotechnicznego. W swoim warsztacie naprawiał także oficerom niemieckim radioodbiorniki. Pomagałem mu w naprawach w związku, z czym pozwalał mi słuchać w warsztacie audycji rozgłośni BBC w języku polskim. Słuchaliśmy także audycji radiowych z wyzwolonego Lublina. Dzięki audycjom radiowym orientowałem się nieźle w sytuacji na frontach i byłem przekonany, że oczekiwana wielka ofensywa wojsk radzieckich rozpocznie się wkrótce. Szybką klęskę hitlerowskich Niemiec wyczytać można było nawet z gadzinowego „Nowego Kuriera Warszawskiego". Zamieszczony został w nim przez dowództwo niemieckie apel do Polaków, wzywający do wspólnej zbrojnej walki z Armią Czerwoną. Apel ten oczywiście pozostał bez echa. Dowiedziałem się, że żaden Polak nie zhańbił się zgłoszeniem do punktu werbunkowego. Nikt nie kwapił się także do kopania rowów przeciwczołgowych, do czego wzywały ludność regionu podwarszawskiego, niemieckie odezwy. W końcu Niemcy zmusili burmistrza Brwinowa do wytypowania osób, do wykonania tych prac. Wytypowany został także mój ojciec. Wraz z innymi musiał przez kilka dni kopać rowy gdzieś w okolicach Nowego Dworu. Po powrocie powiedział mi, że był naocznym świadkiem rozstrzelania dwóch jehowitów za odmowę wznoszenia umocnień przeciwczołgowych. Obaj woleli zginąć niż postąpić wbrew przekonaniom.
     W dniu rozpoczęcia się wielkiej styczniowej ofensywy, przebywałem wraz z zaprzyjaźnionym chłopcami na podbrwinowskich łąkach. Po usłyszeniu potężnego, niezapomnianego odgłosu tysięcy dział, każdy z nas zorientował się, że od dawna oczekiwana ofensywa wreszcie rozpoczęła się. Udaliśmy się śpiesznie do miasteczka, w którym wrzało jak w ulu. Wszędzie było pełno uciekającego wojska. Szosą w kierunku Błonia gnały niemieckie samochody i pojazdy pancerne. Za nimi biegały jeszcze w kolumnach marszowych, lecz w popłochu liczne oddziały hitlerowskiej piechoty. Za Niemcami podążała konno i na wozach dywizja węgierska. Jeszcze ostatni Węgrzy nie zdążyli zniknąć nam z oczu, kiedy nadleciała eskadra radzieckich samolotów. Dopadły one uciekających na podmiejskich polach. Wkrótce zasłane zostały one setkami trupów żołnierzy niemieckich i węgierskich, rozbitymi wozami i zniszczonym sprzętem wojennym. Kilka godzin później do miasta wjechały pierwsze radzieckie czołgi. Zatrzymały się na rynku, gdzie otoczone zostały tłumem rozentuzjazmowanych ludzi. Po krótkim postoju, po powitaniu radzieckich żołnierzy przez burmistrza, czołgi ruszyły kontynuować pościg za Niemcami. Wkrótce do Brwinowa wjechały nowe oddziały, a wśród nich polscy artylerzyści. Rosjanie, których skierowano na kwaterę do pani Burchacińskiej, byli dobroduszni i serdeczni.
     Kiedy dowiedzieli się, że wypędzono nas z Warszawy, obdarowali nas puszkami konserw mięsnych.
     Cała nasza rodzina nie wyobrażała sobie życia poza Warszawą. Dlatego też dalsze pozostawanie w Brwinowie nie miało sensu.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten