Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Sawczuk


  MUZEUM HISTORCZYNE M. ST. WARSZAWY

E. 173

Relacja Jadwigi Sawczuk

Jadwiga Sawczuk, nauczycielka, instruktorka z Pogotowia Harcerek w Warszawie, podczas Powstania Warszawskiego zajmowała się dziećmi w Zakładzie Opiekuńczym przy ul. Skorupki 10.

 

     Trzeci dzień Powstania Warszawskiego. Grupa instruktorek harcerskich stanowiąca obsadę szpitalika powstańczego przy ul. 6 Sierpnia, cudem wydostała się z zajmowanego przez Niemców gmachu i udała się do Śródmieścia.
     Tu znalazły chwilowe oparcie w mieszkaniu pani Hanny Łazarskiej przy ul. Skorupki 10. Sytuacja wymagała działania. Młode i zdrowe osoby, nie biorące bezpośredniego udziału w walce, postanowiły zorganizować „punkt zbiorczy" dla dzieci, które Powstanie pozbawiło rodziców. W gronie harcerek było kilka nauczycielek, zatem zorganizowanie prowizorycznego Zakładu Opiekuńczego dla najbardziej dotkniętych skutkami Powstania sierot warszawskich nie przedstawiało problemu.
     Komendant kamienicy, w której zatrzymałyśmy się, na powyższy cel przydzielił olbrzymie sześciopokojowe mieszkanie, stanowiące własność rodziny volksdeutschów, którzy wyjechali na wakacje za Warszawę. Wszystkie meble właścicieli: dywany, obrazy itd., ulokowałyśmy w jednym pokoju, pozostawiając jedynie łóżka, otomany, leżanki i pościel oraz naczynia kuchenne. Brakującą pościel i łóżka chętnie w czasie trwania akcji i w miarę narastania potrzeb, dostarczali nam mieszkańcy kamienicy. Podzieliłyśmy się funkcjami. Kierowniczką placówki została Aniela Libionka. Mnie przypadła rola niezwykle trudna, jak na owe czasy, intendentki. Inne koleżanki objęły funkcję wychowawczyń, kuchnię i dział higieny.
     Na bramach wielu domów Śródmieścia naklejałyśmy ręcznie pisane kartki informujące, że dzieci osierocone, samotne można odprowadzać na ul. Skorupki, gdzie znajdą opiekę. Odpowiednie ogłoszenie ukazało się także w prasie już jawnie wychodzącej w Warszawie. Dzięki pomocy placówki powstańczej, mającej swą kwaterę na tej samej ulicy, prawie na przeciwko, udało nam się dotrzeć do zapasów żywności znajdujących się w magazynie Patronatu nad Więźniami „Pawiaka" - zatem baza żywnościowa była na razie zapewniona.
     Wkrótce po rozklejeniu naszych ogłoszeń, zaczęły napływać dzieci. Często przyprowadzane były przez osoby starsze, przez żołnierzy Powstania, którzy znajdowali je w ruinach domów, czasem przychodziły same. Niemcy bowiem zajmując jakąś kamienicę (tak było w okolicy Placu Zbawiciela), wszystkich mieszkańców wyprowadzali w Aleję Szucha, ale nie sprawdzali piwnic i zakamarków. I tak dzieci uchowały się ... po kilku dniach, głodne, brudne, zawszone, trafiały do naszej placówki. Wiek dzieci był różny: 2-14 lat i więcej. Z najstarszych dziewcząt była pomoc w kuchni, zaś chłopcy starsi to przeważnie moi pomocnicy w zdobywaniu i przenoszeniu żywności. Pamiętam taki fakt: powstańcy dali nam znać, że na ul. Polnej odbili Niemcom mleczarnię, w której znajdowały się skrzynie masła - wprawdzie jak relacjonowano, masło z wierzchu było zielone, ale ze środka po odrzuceniu wierzchniej warstwy - dało się zjeść. Kuchnia nasza cierpiała na brak tłuszczu. Zatem propozycja była ponętna. W towarzystwie dwóch chłopców wyprawiliśmy się na ul. Polną. Na trasie trzeba było przejść, a raczej przeskoczyć przez barykadę z płyt betonowych i worków z piaskiem, gdyż od gmachu poczty na ul. Nowogrodzkiej był silny ostrzał niemiecki. Dotarliśmy do mleczarni, otrzymaliśmy 3 skrzynki masła (około 25 kg każda), wzięliśmy na plecy i wróciliśmy. Chłopcy przynieśli skrzynki całe. Natomiast w mojej był jeden róg strzaskany kulkami karabinowymi i wewnątrz znaleziono trzy kulki - widocznie chłopcy lepiej ode mnie umieli się czołgać.
     Przyjmowanie dzieci obfitowało w różne dramatyczne momenty. Pewnego dnia przyszedł do nas żołnierz walczący na odcinku ul. Czerniakowskiej w towarzystwie dozorczyni domu, w którym mieszkał przed wybuchem Powstania. Dozorczyni przyniosła w zawiniątku kilkutygodniowe dzieciątko - żołnierz był ojcem tego dziecka. Opowiadał, że na parę dni przed wybuchem Powstania oddano mu synka ze szpitala, zaś matkę zatrzymano na skutek jakichś komplikacji. Wezwany do akcji, musiał dziecko zostawić u dozorczyni, nie mając nikogo z rodziny. Udało mu się uzyskać zwolnienie, aby przekonać się, co działo się z dzieckiem. Okazało się, że dozorczyni prócz czarnej kawy zbożowej nie miała nic do jedzenia, nie miała, czym karmić maleństwa. Ojciec błagał o zatrzymanie synka na naszej placówce. Nie wiedziałyśmy, co robić, nie byłyśmy przygotowane do opieki nad niemowlętami. Wtedy powstaniec odwinął chustkę ze słowami: „niech panie zobaczą, jak ono wygląda". Kosteczki powleczone skórą, duża główka i stawy, przy czym było odparzone. Żal ścisnął za serce, dziecko postanowiłyśmy zatrzymać. Uszczęśliwiony ojciec ukląkł i całował kraj sukienki kierowniczki, wyrażając przy tym gorącą prośbę, aby dziecko zostało ochrzczone. Kiedy indziej znów przyniesiono nam rodzącą kobietę tę umieściłyśmy w szpitalu powstańczym przy ul. Mokotowskiej.
     Dzieci była różna ilość. Najwyższa liczba dochodziła do siedemdziesięciu. Pod koniec Powstania po kapitulacji, kiedy wszyscy mieszkańcy miasta musieli je opuścić, po nasze dzieci nagle poczęli się zjawiać rodzice i krewni. Bowiem, jak się okazało, kobieta wychodząca z miasta z dzieckiem, nie podlegała przymusowemu wywozowi w głąb Niemiec, mogła zatrzymać się w Generalnym Gubernatorstwie. W ten sposób od dnia kapitulacji po dzień naszego wyjścia z miasta liczba dzieci w naszym ośrodku spadła do 22. Z tą gromadką mieliśmy wyjść z miasta. W nocy poprzedzającej wyjście, z pszenicy, jaką mieliśmy w magazynie, mełłyśmy na młynkach od kawy mąkę i piekliśmy placki, gdyż nie wiedzieliśmy przecież, co nas czeka i kiedy nasze dzieci otrzymają jakiś posiłek. Każde dziecko zaopatrzyłyśmy w 2-3 takie placki, uszyłyśmy dla wszystkich plecaki, do których zapakowałyśmy najniezbędniejsze rzeczy osobiste. Z rana, w dniu wyjścia, ustawiliśmy się na podwórzu domu. Wtedy jakiś starszy pan, również szykujący się do wyjścia, poszedł do mnie i wręczył flaszkę wina francuskiego, że może się w drodze przydać.
     Poprzez punkt kontrolny na ulicy Śniadeckich pod Politechniką udaliśmy się na drugą stronę, gdzie już przejęli nas żołnierze niemieccy. Moja słaba znajomość języka niemieckiego przydała się na tyle, że oficerowi przyjmującemu naszą grupę i kontrolującemu, czy nie ukrywa się wśród nas jakiś powstaniec, udało mi się wytłumaczyć, że to jest „Kinderheim" [„Dom Dziecka"], że mieliśmy przeważnie małe dzieci, a niektóre były chore. Polecił załadować nas na olbrzymią platformę wojskową, powożoną przez żołnierza niemieckiego i odwieść do obozu w Pruszkowie. Pojechaliśmy.
     Padał rzęsisty deszcz, wszystkie dzieci i personel były poowijane płaszczami i kocami, co sprawiało wrażenie sporej grupy i pozwalało częściowo ukryć personel, niewspółmiernie liczny w stosunku do małej liczby dzieci, liczył bowiem 15 osób.
     Jako jedyna osoba w zespole, znająca język niemiecki, otrzymałam polecenie zajęcia miejsca na koźle obok woźnicy, z zadaniem zasięgnięcia od niego informacji, gdzie jedziemy i co dalej? Bawarczyk słuchając o naszych przeżyciach i naszych dzieci, miał łzy w oczach i zaopiekował się nami na tyle, że nie wysadził przed bramą obozu, jak to robili inni, krzyczał do straży, że wiezie chorych i warta otworzyła bramę, a on zawiózł nas przed barak, w którym jak przypuszczam, urzędowała komenda obozu. Mnie zaś pouczył, co mam mówić, dokąd iść i prosić, aby jemu polecono odwieźć nas gdzieś w pobliską okolicę, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Okazało się, że jedna z koleżanek miała rodziców w pobliskiej Podkowie Leśnej. Zdecydowaliśmy się całą gromadą pojechać tam i postanowić, co robić dalej. Misja moja w komendanturze powiodła się. Przypuszczam, że to dzięki fatalnej pogodzie nie chciało się nikomu z oficerów, z którymi rozmawiałam, wyjść i sprawdzić moją relację. Niemcy dali przepustkę, opieczętowali, kazali zawołać żołnierza, który otrzymał polecenie odwiezienia nas do Leśnej Podkowy. Wkrótce wyjechaliśmy z obozu. Zbliżał się wieczór, a deszcz nie ustawał ani na chwilę. Skierowaliśmy się na Podkowę Leśną, ale w drodze tuż przed osiedlem była wąska droga przez wysoki las. Perszerony i platforma nie przecisnęłyby się. Pożegnaliśmy Bawarczyka i dalszą drogę odbyliśmy pieszo.
     Najmniejsze dzieci niosłyśmy na zmianę, starsze szły same. Zmoknięci do nitki już o zmroku stanęliśmy przed willą państwa Piotrowskich i dowiedzieliśmy się, że zostali wysiedleni, a w tej willi miał kwaterę jakiś wyższy oficer niemiecki. Właściciele zaś znaleźli chwilowo schronienie u znajomych w drugim końcu osiedla. Poszliśmy tam. Po drodze nie udało się nam znaleźć wolnego kąta. Całe osiedle było przepełnione uchodźcami z Warszawy. Mieszkania, kuchnie, strychy, łazienki, komórki - wszystko zajęte. W końcu znaleźliśmy rodziców Hani. Gościnni gospodarze umieścili naszą gromadkę na strychu, gdzie była sucha słoma, użyczyli suchych ręczników. I tu bardzo przydało się wino wyniesione z Warszawy. Każdy z nas, a przede wszystkim dzieci, dostały łyk wina.
     Na drugi dzień zastanawialiśmy się, co dalej? Podobno w Piasecznie urzędowała placówka RGO, która ułatwiała dalsze wyjazdy. Udałam się tam i uzyskałam możliwość wyjazdu do Krakowa dla całej naszej gromadki. W Krakowie RGO zaopiekowało się nami bardzo serdecznie, nakarmiło, dało czystą odzież, umożliwiło kąpiele, dezynsekcję i umieściło nas w gmachu szkolnym przy ulicy Pędzichów 13. Nasz zespół pracowniczy uległ likwidacji. Część pań na czele z dyrektorką panią Lewińską, podjęło pracę w Referacie Opieki nad Dzieckiem RGO przy ulicy Krowoderskiej.
     W sposób niezwykle energiczny przystąpiły one do otwierania nowych placówek opieki nad dziećmi (Dom Dziecka) na terenie województwa krakowskiego, tworząc w ten sposób podwaliny pod sieć państwowych i świeckich domów dziecka, gdyż do tej pory wszystkie tego typu placówki w województwie były w rękach zakonnych. W tym czasie powstały na terenie województwa z inicjatywy tego zespołu następujące placówki:
1. Kraków, ul. Krupnicza - Internat dla dziewcząt
2. Kraków, ul. Dietla - Internat dla chłopców
3. Kraków, ul. Krowoderska 71 - Żłobek dla dzieci
4. Kochanów, powiat Kraków - Dom Dziecka
5. Kościelisko koło Zakopanego - Dom Dziecka „Anusia"
6. Zakopane - Dom dla dziewcząt „Jasna"
7. Sromowce Wyżne, powiat Nowy Targ - Dom Dziecka „Dworek Cisowy"
8. Zakopane - Internat dla chłopców „Modrzejów"
9. Porąbka, powiat Żywiec - Prewentorium dla dzieci
10. Rudno koło Krzeszowic powiat Chrzanów - Dom Dziecka
11. Zabrzów, powiat Wadowice - Dom Dziecka
12. Harbutowice, powiat Wadowice - Dom Dziecka
     Ja natomiast zostałam kierowniczką placówki dla dzieci, z którymi przyjechałyśmy do Krakowa. Zespół dziecięcy powiększał się stale. Zaistniała konieczność skompletowania kadry pracowniczej i szukania nowego lokalu, gdyż jedna, wprawdzie duża sala szkolna, nie wystarczała. Dzięki pomocy RGO przydzielono nam lokum w gmachu szkoły przy ulicy Siennej 11, gdzie placówka pod nazwą „Hotelik dla dzieci" przebywała bardzo krótko, to jest do uruchomienia szkoły, której gmach był własnością. W początkach 1945 roku przeniesiono nas do budynku domu starców przy ulicy Krowoderskiej 7. Przydział na ten z kolei obiekt z datą 12 lutego 1945 roku otrzymałam od Przewodniczącego Miejskiej Komisji Lokalowej Bolesława Drobnera. Nawiasem mówiąc, przez cały okres pobytu mojej placówki na Krowoderskiej toczyła się walka o lokal, gdyż staruszki i ich opiekunowie Ojcowie Reformaci dążyli do usunięcia nas, walcząc, nie przebierali w środkach. Odbyło się szereg rozpraw sądowych. Wyniki były dla nas pozytywne. Odraczanie eksmisji umieli uzyskiwać adwokaci tej miary, co dr Konstanty Grzybowski, czy mecenas Józef Skąpski.
     Z chwilą przeprowadzenia się do nowego lokalu i zgodnie z przeznaczeniem placówki jako punktu zbiorczo-rozdzielczego dla dzieci, placówka moja przybrała nazwę „Pogotowie Opiekuńcze dla dzieci". Na ulicy Siennej dzieci spały na siennikach, wypchanych słomą, leżących wprost na ziemi. Nowy lokal pozwolił na podjęcie myśli o lepszym urządzeniu się. Kilkanaście łóżek otrzymałam z byłego magazynu koszar poniemieckich, przeważnie piętrowych, zaś o resztę staraliśmy się we własnym zakresie. Starsi nasi chłopcy, przeważnie sprytni warszawiacy, myszkowali po składach starego żelastwa, po opuszczonych lokalach i ściągali łóżka nadające się do użycia. Odczyszczali je drucianymi szczotkami i w ten sposób kompletowaliśmy sypialnie. Jeszcze na jesieni 1944 roku dowiedziałam się, że RGO w Piasecznie (?) rozporządzało dużą ilością pościeli wywiezioną z Warszawy przed jej paleniem przez Niemców. Pojechałam tam zaopatrzona w odpowiednie pisma z Referatu Opieki nad Dzieckiem RGO i uzyskałam duży przydział materacy, kołder, poduszek oraz naczyń kuchennych. Żywienie wprawdzie było bardzo skromne, ale wystarczające jak na owe czasy, zabezpieczało RGO ze swoich magazynów.
     Po dzieciach z Warszawy, stanowiących najliczniejszą grupę podopiecznych do końca mniej więcej 1944 roku, w miarę rozwoju ofensywy zimowej od wczesnej wiosny 1945 roku zaczęły do Pogotowia napływać dzieci repatriowane z Niemiec, z rodzin niemieckich, wywiezione z rodzicami do rolników, z obozów, często z numerem obozowym tatuowanym na rączce, z Hitlerjugendschule. Z tymi ostatnimi, mieliśmy wiele kłopotów wychowawczych. Na psychice niektórych z nich znać było wychowanie szkoły przysposabiającej przyszłych janczarów: okrutni, bezwzględni wobec młodszych. Opowiadali o niemieckiej szkole, w której nie wolno było na przykład w czasie lekcji, na której robiono wiwisekcję na żywym zwierzątku okazać odruchu litości. Taki odruch był poczytany za duży minus, wyśmiewany i karany.
     W drugiej połowie 1945 roku Pogotowie zapełniało się trzecią falą dzieci: repatriantami zza Buga. Za każdym z nich pozostała cała tragedia. Często było to jedyne dziecko licznej rodziny, która wyginęła w tajgach Syberii lub na stepach Kazachstanu. Dzieci ze wschodu przybywały w stanie dużego wyczerpania fizycznego, spowodowanego często kilkutygodniową podróżą: brudne, zawszone, o zadawnionym świerzbie, czasem trudno było rozróżnić czy ropiejące ranki - pozostałości po świerzbie, czy pogryzienia przez wszy. Dzieci, a raczej młodzież była trudna do opanowania. Posługiwała się językiem rosyjskim, ukraińskim i polskim. Chłopcy byli niegrzeczni, nie ustępliwi, żadnych subtelniejszych odruchów, zawiść o każdy większy kawałek chleba. Kradli go sobie nawzajem oraz części wyposażenia Pogotowia.
     Pod koniec 1945 roku i na początku 1946 roku zmienił się charakter przyjęć. Przybyły zwarte grupy dzieci ze zlikwidowanych zakładów wychowawczych, jak na przykład sierociniec z Niepokalanowa - 30 chłopców - dzieci warszawskich, z Zakładu w Książu Wielkim, czy Zakładu w Staniątkach (37 dzieci) - na ogół w strasznym stanie sanitarnym, skrajnie wyczerpane fizycznie.
     Od roku 1946 zaczynał się bliższy kontakt Pogotowia z Milicją. Funkcjonariusze MO z dworca kolejowego przyprowadzali w pojedynkę lub w małych grupkach chłopców - trampów, uciekinierów z różnych Domów Dziecka z całego kraju, których znajdywano w wagonach kolejowych. Chłopcy ci jako pasażerowie bez biletów nie rzadko objechali pół Europy, aby w rezultacie znaleźć się w krakowskim Pogotowiu. W przypływie szczerości opowiadali o dworcach dużych miast i swych przygodach rzeczy, które mogłyby posłużyć za materiał do ciekawej powieści przygodowej. Ci reprezentowali typ chłopców żywych, sprytnych, często inteligentnych, żądnych przygód, którzy postanowili na własną rękę szukać szczęścia w świecie. Byli to również kombinatorzy, którzy przez kilkumiesięczne wędrówki przeszli wszechstronne przeszkolenie: nauczyli się kraść, żebrać, handlować, palić, a i czasem pić. Namiętnie uprawiali handel. Najczęściej między sobą. Przedmiotem handlu były: kromka chleba, pasek, sznurówka, a nie rzadko i przedmioty stanowiące własność Pogotowia: koc, prześcieradło, nóż, itd. Niektórzy z nich mieli niezwykłą zdolność ulatniania się z Pogotowia zaraz po śniadaniu przez dach lub okienko w piwnicy. Można ich było spotkać na dworcu, jak oferowali usługi w odniesieniu walizki, wałęsających się po placach handlowych lub żebrzących w tramwaju. Wieczorem zjawiali się znów jak duchy. Czasem zwłaszcza latem znikali na dłużej, jadąc w świat. Przed zimą wracali bogatsi o nowe doświadczenia. Kierownictwo Pogotowia broniło się przed tego typu trampami. Postulowało do władz o otwarcie izby zatrzymań dla nieletnich. Istotnie pod koniec 1946 roku Komenda MO zorganizowała izbę zatrzymań. Organizatorom tej placówki służyłam radą na podstawie zebranych obserwacji i doświadczeń.
     Lokal Pogotowia w zasadzie obliczony na 40 pensjonariuszy, w rzeczywistości musiał pomieścić około setki dzieci. Rzadko ilość dzieci umieszczona w raporcie dziennym spadała poniżej tej cyfry.
     Od przyjazdu pierwszej grupy dzieci warszawskich do marca 1947 roku, to jest do odejścia z Pogotowia przez tę placówkę przeszło ponad 3000 dzieci. Kolosalny napływ dzieci zmusił Wojewódzki Komitet Opieki Społecznej do rozdzielania placówki na Pogotowie dla dziewcząt i chłopców. Nastąpiło to w maju 1945 roku. Dziewczęta przeniesiono na ulicę Dietla 38, kierowniczką została Irena Jaroszowicz, ale już po roku nowa kierowniczka Sterba, którą mianowano 1 III 1946 roku, przeniosła Pogotowie dla dziewcząt na ulicę Radziwiłowską 15, a potem na ulicę Warneńczyka. Przy ulicy Krowoderskiej pozostało Pogotowie dla Chłopców, które w dniu odejścia dziewcząt, liczyło 73 podopiecznych.
     W lecie 1946 roku chłopcy z Pogotowia po raz pierwszy wyjechali na kolonie letnie Wojewódzkiego Komitetu Opieki Społecznej zorganizowane w Waśnie Małej.
     Pod koniec 1946 roku zaznaczył się coraz mniejszy odpływ chłopców do Domów Dziecka, na skutek przeładowania. Zasadą obowiązującą do tej pory było nie przetrzymywanie dzieci dłużej niż trzy tygodnie (okres inkubacji chorób, konieczność zorientowania się w rozwoju intelektualnym i uzdolnieniach), zgodnie z wyspecjalizowanym charakterem placówki. Na skutek dłuższego pozostawienia dzieci w Pogotowiu, wyłoniła się konieczność organizowania nauki szkolnej.
     Placówka o tak dużym zasięgu działania, niezwykle potrzebna w owych czasach, działająca w trudnych warunkach lokalowych, spełniała zadanie dzięki kadrze pracowniczej, niezwykle ofiarnej, bez reszty oddanej sprawie dzieci. Mam przed oczyma wspaniałą postać wychowawcy Stanisława Długosza, nauczyciela z sądeckiego sprzed wojny, oficera, który w zniszczonym mundurze wojskowym wprost z oflagu przybył do Pogotowia i od 1 X 1945 roku objął pracę wychowawczą. Umiał pozyskać sobie chłopców, dla których nie było rzeczy niemożliwych do wykonania, których nie aprobował pan Stanisław. Inny wychowawca, to pan Tadeusz Augustynek, młody chłopiec, który nie ukończywszy gimnazjum, poszedł do partyzantki. „Z lasu" przyszedł do Pogotowia, z miejsca zapisał się na uzupełniające kursy maturalne. Był później cenionym inżynierem architektem w Warszawie. Imponował chłopcom swą żywością, humorem, którego tak bardzo wtedy było nam potrzeba, a przede wszystkim tym, że na piersi pod koszulą nosił olbrzymich rozmiarów ryngraf Matki Bożej, widoczny przy rozchyleniu się koszuli. Mądrzejsi, inteligentniejsi chłopcy starali się go naśladować w sposobie bycia, wypowiedziach, stosunkiem do otoczenia. Z opanowaniem grupy, znalezieniem wspólnego języka z chłopcami, nie miał trudności.
     Umiał również znaleźć wspólny język z chłopcami młodziutki wychowawca Janusz Łapiński. W umiłowaniu tej trudnej pracy i umiejętności podejścia do młodzieży, nie ustępowały kolegom, wychowawczynie panie Irena Kubisztal, Helena Brede, Józefa Czechowska, czy higienistka pani Aleksandra Augustynkowa i inne. Pamiętam długie narady wychowawców przed skompletowaniem zestawu na wyjazd któregoś z Domów Dziecka. Jak wszechstronnie analizowano osobowości małych kandydatów na wyjazd w konsultacji z Domem, do którego ich kierowano. Brano pod uwagę jego możliwości, zdrowie, z pełną odpowiedzialnością za przyszłe losy i miejsce w życiu naszych podopiecznych. Zaś prawdziwym opiekunem i serdecznym opiekunem młodzieży była nieżyjąca, niezapomniana pani Maria Gajewska, warszawianka, która wszystko i najbliższych straciła w Powstaniu. W Pogotowiu pełniła funkcję gospodyni, traktując dzieci jak swoje własne. Do jej obowiązków należała opieka nad magazynami (żywnościowym i odzieżowym oraz pościelowym), wydawania kucharce artykułów żywnościowych. Często zdarzało się, że sama gotowała posiłki, w chwili, kiedy brakowało kucharki. Z reguły specjalną troską otaczała dzieci chore, przygotowując dla nich dania dietetyczne, czy organizując, nie wiem, jakim cudem przy skromnych zapasach, dożywianie najbardziej wycieńczonych.
     Mieszkanki Domu Starców w pierwszym okresie wspólnego pobytu z nami serdecznie odnosiły się do dzieci. Zwłaszcza pani Helena Kramer, po całych dniach szyła, łatała odzież, w czym inne panie jej pomagały. Zważywszy fakt, że dzieci przychodziły do Pogotowia często „gołe i bose", a wysyłano je do stałego Domu Dziecka, musiały jechać jako tako okryte - potrzeby w tym względzie były olbrzymie. Problemem często zdawało się nie do pokonania było zdobycie dla tej licznej gromady skarpetek, pończoch, ciepłej bielizny, czy chociażby chustki do nosa, co niebłahy stanowiło problem w okresie katarów.
     Pod koniec 1946 roku stosunek pań z domu starców uległ zmianie na wskutek konieczności zwolnienia przez Pogotowie całego budynku.
     Magazyny nasze były bardzo skromne i skromnie zaopatrzone, najczęściej puste. Posiłki podawano trzy razy dziennie o łącznej wartości około 2 tysięcy kalorii. Brak było cukru, tłuszczu, świeżych jarzyn, mleka. Przydziały Wojewódzkiej Komisji Opieki Społecznej - były skąpe i nieregularne. Dotacje pieniężne słabe i nieregularne, zatem o zakupie na wolnym rynku nie zawsze można było myśleć. Z reguły dotacje pieniężne były wykorzystywane na dożywianie tych najbardziej potrzebujących.
     Pod koniec roku 1945 ukazał się w prasie artykuł redaktora Żytyńskiego na temat Pogotowia. Zaczęły napływać dary w pieniądzach i w naturze, które poprawiły jakość posiłków oraz umożliwiały intensywniejsze odżywianie chorych i potrzebujących.
     Do najokazalszych należała olbrzymia ilość odzieży, a nawet białe fartuchy dla kadry lekarskiej otrzymane za pośrednictwem pana Karola Kuryluka, późniejszego ministra kultury. Na apel, a raczej zarządzenie Prezydenta Miasta Dziwilika wystosowany do harcerzy o przeprowadzeniu zbiórki zabawek i książek na rzecz dzieci - sierot - społeczeństwo Krakowa, zawsze ofiarne nie poskąpiło i w tym wypadku swej pomocy. Tu należały podkreślić dar młodzieży gimnazjum Nowodworskiego przygotowany pod kierownictwem nauczyciela zajęć praktycznych pana Władysława Sandonierskiego. Tak więc biblioteka i świetlica wybitnie zostały zasilone w podręczniki i książki. Z darów prywatnych był największych dar pana Chojnackiego - dotacja 10 tysięcy złotych.
     Apel prasowy dotarł i za granicę. Wpłynęły pierwsze dary od Polaków z Ameryki, „Stowarzyszenie Synów Wolności" przysłało paczki żywnościowe, które dotarły do Pogotowia w grudniu 1946 roku i wybitnie urozmaiciły stół świąteczny naszej młodzieży. Na początku 1947 roku zaczęły napływać do Pogotowia dary UNRR-y.
     Na osobną wzmiankę zasługują lekarze pracujący w Pogotowiu: dr Alina Morawska i dr Kownacki. Z prawdziwym poświęceniem wiele godzin pracy nadobowiązkowej oddali dzieciom, badając, kwalifikując do sanatorium i prewentoriów, wiele godzin spędzając przy łóżku chorych. Dużym przyjacielem dzieci i Pogotowia był pan dr Kownacki, który podjął polemikę ze znanym lwowskim pediatrą dr Greerem na temat Pogotowia w obronie tejże placówki, o której likwidację wystąpił dr Greer, powodowany chęcią przyjścia z pomocą staruszkom i oddania im całego gmachu. Praca kadry medyczno-sanitarnej była ogromna i trudna, zważywszy, że w Pogotowiu panował wielki ruch, wciąż trzeba było mieć miejsce dla nieoczekiwanego transportu, wysyłać dzieci zakwalifikowane do wyjazdu, względnie zdrowe i czyste i jako tako ubrane, a transporty przybywały różne. Na przykład 1 VII 1945 roku przybył transport ze zlikwidowanego Domu Dziecka w Staniątkach w ilości 37 chłopców. Wszyscy byli zawszeni, przy czym 30 chłopców ze świerzbem, czterech z jaglicą, sześciu ze zmianami w płucach, dziesięcioro różne zmiany ropne na skórze.
     Rok 1947 rozpoczął się w ustabilizowanych warunkach. Z zewnątrz przybywało już niewiele dzieci, ale i nie odchodziło. Domy Dziecka były przeładowane, nie mogły przyjmować naszych podopiecznych tak jak dawniej. Pogotowie przestawiło się na pracę metodyczną, bardziej stabilną. Zaistniała konieczność rozpoczęcia nauki dla naszych dzieci. Niektórzy poszli do pobliskiej szkoły nr 2, innym, zwłaszcza tym bardziej opóźnionym w nauce trzeba było organizować naukę na miejscu. Zespół chłopców bardzo różnorodny o dużej rozpiętości wieku wymagał dużego wysiłku wychowawczego i kadry wychowawczej o dużym doświadczeniu. A tu właśnie kwalifikowani wychowawcy - nauczyciele przechodzili do szkół.
     Nękająca i wyczerpująca była walka o lokal.
     Jednak ta niezwykle intensywna i ciekawa praca pierwszego okresu dała tym, którzy działali w Pogotowiu i przeszli jej najtrudniejsze momenty, dużo satysfakcji. Podjęli pracę najbardziej potrzebną w pierwszych momentach niepodległości, wprawdzie na małym odcinku, na jakim się znaleźli, ale pomogli w biologicznym odradzaniu się społeczeństwa, ratując wiele setek dzieci od nędzy i kierując je na właściwą drogę życiową.
     Zdarzało się, że po latach, spotykałam moich wychowanków z tamtego okresu i słyszałam wyrazy wdzięczności. Każde takie spotkanie to radość dla mnie i moich byłych wychowanków. Przytoczę tu niektóre z nich. W kilka lat po zakończeniu wojny, zjawił się u mnie w mieszkaniu mój wychowanek, przedstawił panienkę, opowiadał, że pracował i był kwalifikowanym mechanikiem i chciał się ożenić, prosił, abym porozmawiała z jego wybranką i zdecydowała, czy będzie dobrą żoną dla niego. Inny fakt: szłam ulicą. Na przeciw przechodziła pani z wózkiem, obok szedł mąż oficer Milicji Obywatelskiej. W pewnym momencie zostawił żonę, przybiegł do mnie, pocałował w rękę i ucieszył się, że mnie spotkał, bo był przecież moim wychowankiem z Pogotowia. Był w Domu Dziecka, potem w szkole milicyjnej, przeniesiono go do Krakowa. Albo: Szkoła, w której byłam dyrektorem przez wiele następnych lat wzywała specjalistę do naprawy fortepianu. Po skończonej pracy stroiciel przyszedł do kancelarii po pieniądze. Tu spotkał mnie, przypomniał mi się, że był moim dawnym wychowankiem i w żaden sposób nie chciał przyjąć zarobionych pieniędzy. Uważał za osobistą przyjemność, że mógł swą pracą podziękować i że ją mógł wykonać w mojej szkole. Wiele podobnych przykładów mogłabym przytoczyć na dowód, jak bardzo była potrzebną ówczesna praca.
     W 1947 roku rozstałam się z Pogotowiem i przeszłam do pracy w Kuratorium Okręgu Szkolnego w Krakowie. Pogotowie zaś zostało upaństwowione w 1948 roku.        

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten