Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiesława Zorgiera


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 341

Relacja Wiesława Zorgiera

Wiesław Zorgier
Lat 12, w czasie Powstania Warszawskiego mieszkał na Żoliborzu na Osiedlu Piaski przy ul. Ogólnej.

 

     To był koniec sierpnia lub początek września 1944 roku. Na naszą ulicę Ogólną przyjechały motocykle i samochody pełne Niemców. Jak szarańcza rozbiegli się na wszystkie strony i wśród okrzyków oraz brutalnego popędzania kolbami karabinów wypędzali wszystkich na ulicę. W ciągu paru minut zostaliśmy wypędzeni z domu i zostawiliśmy cały dobytek. Kolumnę popędzono w kierunku ulicy Elbląskiej, gdzie połączyliśmy się z kolumnami idącymi od strony ulicy Powązkowskiej. Olbrzymie masy ludzi zostały skierowane na zachód w kierunku Wawrzyszewa, do którego dotarliśmy przed wieczorem. Byliśmy wolni. Za nami kłębiły się dymy świeżo wznieconych pożarów. Przez całą noc widzieliśmy wielką łunę. „Germańskich Neronów" pewnie cieszył ten widok, ale my popłakiwaliśmy, bo to płonęły nasze domy, podpalone ze zbrodniczą premedytacją, podpalone bez walki.
     Z Warszawy wyniosłem zawiniętą w prześcieradło pierzynę, która w czasie całego Powstania zawsze była przygotowana do transportu. Matka niosła tobołek z ubraniem oraz koszyk z elementarnym wyposażeniem kuchennym. Pięcioletnia siostra chyba nic nie niosła, bo przez całą drogę opłakiwała swoją ukochaną lalkę. Wartościowsze rzeczy i ubrania zakopaliśmy wcześniej w ogródku za domem w obawie przed pożarem. Daremny to był trud, o czym przekonałem się nieco później.
     Wawrzyszew był przepełniony, więc następnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę, aby znaleźć jakiś dach nad głową. Dzień był słoneczny i upalny. Szliśmy widocznie wolniej niż inni, gdyż w kolejnych miejscowościach też pełno było ludzi. Tak przemierzyliśmy kolejno Radiowo, Laski, Izabelin i późnym popołudniem zbliżyliśmy się do Truskawia położonego na skraju Puszczy Kampinoskiej. Wtedy po raz trzeci i ostatni w moim życiu zemdlałem z głodu i przemęczenia.
     Po odzyskaniu przytomności matka zostawiła mnie na drodze z tobołkami i pobiegła z siostrą do Truskawia. Po jakimś czasie powróciła z kubkiem mleka i olbrzymią pajdą chleba. Chleba nie jadłem od miesiąca. Sądziłem, że troi mi się w oczach, że to moja głodna wyobraźnia powiększyła kromkę do tak monstrualnych rozmiarów, że to może sen, który zniknie, a ja będę nadal głodny. Ale nie! To istotnie była olbrzymia pajda prawdziwego wiejskiego chleba.
     Truskaw był również przepełniony, a gospodarze niechętnie patrzyli na nieproszonych gości. Byliśmy tym oburzeni, ale dzisiaj trochę ich rozumiem; oni nie mieli naszych doświadczeń, żyli spokojnie i normalnie, a warszawiacy spadli na nich jak głodna szarańcza, więc próbowali bronić się. Wreszcie znaleźliśmy kwaterę na skraju wsi u pani Ptasińskiej, która była chyba najbiedniejszą gospodynią w całej wsi. Była wdową z dwojgiem dzieci starszych nieco ode mnie. Miała małą jednoizbową chałupkę, mały chlewik i niewielki kawałek piaszczystej ziemi. Ona nas przygarnęła. Mieliśmy dach nad głową, ale z żywnością było nadal źle, chociaż już nigdy nie byłem tak głodny, jak w Warszawie. Za pieniądze trudno było coś kupić. Zaczął obowiązywać handel wymienny. Szybko pozbyliśmy się części naszej garderoby, gdyż rezerwy w tej „walucie" mieliśmy niewielkie. Żołądek domagał się swoich praw i wojna ta nie oszczędziła mnie przed najbardziej upodlającą edukacją. Zacząłem kraść.
     Raniutko wychodziliśmy w pole „podbierać" ziemniaki spod krzaków. To była rzeczywiście edukacja. Byli nauczyciele i reguły. Nauczycielami okazali się ci, którzy wcześniej zaczęli. Reguły natomiast były następujące: nie chodzić na pola we własnej wsi, spod jednego krzaka brać niewiele ziemniaków, aby nie uszkodzić wszystkich korzeni, podkopywać się tak, aby nie zniszczyć krzaka i nie zostawić śladów. To była kradzież wyrafinowana, aby na dłuższy okres zapewnić sobie bezkarne jedzenie takiego rarytasu jak ziemniaki. W pole chodziłem boso, bo jedyne sandały trzeba było oszczędzać. Wrześniowe rosy i przymrozki powodowały zmarznięcie moich stóp, że po powrocie do domu musiałem przechodzić małą kurację. Byłem wtedy bardzo ważną osobą, bo matka osobiście myła mi nogi w zimnej wodzie, a następnie rozcierała zziębnięte palce i stopy. Po tej wstępnej kuracji szedłem pod pierzynę i miałem prawo grzać sobie nogi od rozgrzanych nóg siostry, która bardzo tego nie lubiła, ale mężnie znosiła ciążący na niej obowiązek.
     W Truskawiu mieszkaliśmy ponad dwa tygodnie. W tym czasie Niemcy zaczęli koncentrować się koło Puszczy Kampinoskiej. W kierunku Sierakowa jechały kolumny samochodów, dział i czołgów. Wypędzono nas z domu w tempie i stylu, który znaliśmy już z Warszawy. Po krótkiej wędrówce dotarliśmy do Izabelina i ktoś nam powiedział, że szkoła jest pusta. Spędziliśmy tam jedną noc, ale nie mogliśmy zmrużyć oka, bo szkoła stała przy szosie, którą bez przerwy ciągnęły niemieckie kolumny w kierunku Truskawia. Rano postanowiliśmy oddalić się od szosy i od Niemców, ale wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Dotarliśmy do wsi Homówek i okazało się, że kwaterowali tam Niemcy. Wróciliśmy do szkoły w Izabelinie, ale po następnej bezsennej nocy ruszyliśmy w kierunku wsi Laski. Po drodze ktoś nam powiedział, aby nie iść szosą, gdyż stały tam ukraińskie posterunki. Ukraińców współpracujących z Niemcami wszyscy bali się najbardziej, gdyż mieli oni opinię gwałcicieli i okrutnych morderców. Zeszliśmy z szosy i przemykaliśmy się wśród ogródków i altanek w kierunku Radiowa.
     Ukraińcy wyrośli przed nami jak spod ziemi. Pobili nas, splądrowali bagaże i odprowadzili na posterunek przy szosie, od której chcieliśmy uciec. Przez cały czas słyszeliśmy wyzwiska, że jesteśmy szpiegami, pomagaliśmy bandytom i trzeba nas rozstrzelać. Dowódca posterunku jeszcze raz splądrował nasze bagaże, a na prośby, aby nas puścił, odpowiadał, że „puści nas z pulimiota". Dokładnie pamiętam ten niewielki piaszczysty wzgórek przy szosie, kilka powykrzywianych sosen i karabin maszynowy skierowany w naszą stronę. Myśleliśmy, że to są nasze ostatnie chwile i pewnie tak by było, gdyby nie kolejny szczęśliwy przypadek. Szosą nadjechał niemiecki patrol na motocyklu z przyczepą. Oficer niemiecki porozmawiał z ukraińskim dowódcą i pozwolił nam odejść. Nie wiem, czy miał miękkie serce, czy nasze szpiegostwo wydało mu się wątpliwe, czy nie miał czasu na małe morderstwo, do którego sposobili się jego ukraińscy sprzymierzeńcy? Wiem natomiast, że uratował nam życie. Po tym okropny incydencie bez przeszkód dotarliśmy do Radiowa.
     Szansa znalezienia dachu nad głową wydawała się mniejsza, niż przed trzema tygodniami, gdyż oprócz warszawiaków stacjonował tu konny węgierski pułk pontonowy. Mieliśmy znowu trochę szczęścia. Zlitował się nad nami podoficer węgierski nazwiskiem Janos Birro i pozwolił zająć wolną połowę stodoły, w której kwaterowali żołnierze i konie. Wspomnienia tego epizodu mojego życia są przyjemniejsze. Janos Birro miał syna w moim wieku, pokazywał jego fotografie, uczył mnie jeździć konno, dzielił się skromnymi racjami swojej żywności. Każdy jego podarunek wręczany matce oburzał moją siostrę. Janos Birro nauczył się polskiego słowa „chlopcy", ale jak to zwykle bywa przy takiej nauce zmienił jego znaczenie i używał zamiast „dzieci". Siostra buntowała się, że wszystko „dla chlopcy", a nic „dla dziewczynki", choć ona przeważnie zjadała te żołnierskie smakołyki.
     Wszyscy żołnierze węgierscy byli bardzo serdeczni, ale swego rodzaju przyjaźń i coś w rodzaju spółki zawiązałem z najmłodszym z nich, Sandorem, nazwiska nie pamiętam. Żołnierze węgierscy nie byli dobrze odżywiani i to było powodem zawiązania naszej spółki.
     Ktoś dowiedział się, że niemieccy ogrodnicy w Łomiankach opuścili gospodarstwa i że było tam dużo pomidorów i innych warzyw. Droga z Radiowa do Łomianek była długa i niebezpieczna, gdyż ostatni jej odcinek biegł skrajem Puszczy Kampinoskiej i czasem był pod ostrzałem. Głód był silniejszy od strachu, więc codziennie wyruszały karawany wyrostków, którzy obładowani ponad siły, wracali wieczorem. Ciężkie to były wyprawy, ale z każdej wracałem zadowolony. I wtedy zaczynała się rola Sandora. On, jako żołnierz, szedł na pole bez żadnej obstawy, kopał wiadro ziemniaków (motyką, a nie pazurami), obierał je, przygotowywał drzewo i czekał na mój powrót. W zależności od tego, co przyniosłem, gotowaliśmy przy ognisku całe wiadro zupy pomidorowej lub jarzynowej. Następnego dnia niosłem część zdobyczy na zaimprowizowany przez warszawiaków rynek, gdzie kwitł handel wymienny artykułami żywnościowymi. Przestaliśmy być głodni i fajnie się żyło wśród węgierskich przyjaciół i ich koni.
     Sielanka trwała około dwóch tygodni. Na początku października 1944 roku Węgrzy otrzymali rozkaz wymarszu i po dwóch dniach zjawili się we wsi żołnierze niemieccy. Ucieszyłem się, kiedy na nasze podwórze zajechała kuchnia polowa. Myślałem, że przy kuchni z głodu nie umrzemy, ale pomyliłem się. Najpierw wypędzili nas ze stodoły. Zamieszkaliśmy w ziemiance za stodołą. Tylko moja mała siostra mogła w niej stać swobodnie, ja musiałem chodzić na kolanach. Niemiecki kucharz przeganiał nas z podwórza, nigdy nie dał nam nawet przysłowiowej kromki chleba. Wszędzie był i wszystko widział. Jednego dnia sądziłem, że nadarza się okazja. Kucharza nie było na podwórzu, a żołnierz krojący chleb poszedł do ubikacji. Przeszedłem dziurą w płocie i złapałem pół bochenka razowego chleba. Kucharz musiał obserwować mnie z ukrycia, bo niespodziewanie pojawił się na podwórzu, wyjął pistolet i strzelił mi trzy razy pod nogi. Nigdy nie zapomnę jego czerwonej nalanej gęby z małymi ślipkami i rechoczącego śmiechu, kiedy podskakiwałem jak na sprężynie, a on oddawał kolejne strzały. Widocznie dobrze go zabawiłem, bo tylko odebrał mi chleb, poczęstował kopniakiem na pożegnanie i cały czas rechotał. Byłem solidnie przestraszony i postanowiłem unikać kucharza.
     Z piątej wyprawy do Łomianek nie przyniosłem nic, gdyż na polach rozrywały się pociski artyleryjskie i musieliśmy zawrócić. Ludzie mówili, że to Rosjanie ostrzeliwali Niemców zza Wisły. Po tygodniu Niemcy wynieśli się ze wsi i pomaszerowali w kierunku Warszawy. Powróciliśmy do „naszej" stodoły. Czego tam nie było! Mundury, swetry, koce, maski gazowe, lornetki, granaty i wiele innych rzeczy. Baliśmy się brać cokolwiek.
     Nasza znajoma z Warszawy, dowiedziała się, że jakiś niemiecki żołnierz z Wawrzyszewa często jeździł do stolicy i zabierał cywilów za odpowiednią opłatą. Okazja była nęcąca, gdyż zbliżała się zima, a my mieliśmy tylko letnie i to solidnie zniszczone ubrania. Postanowiliśmy, że pójdę z panią Dudkową do Wawrzyszewa i spróbujemy przedostać się do Warszawy. O mojej wyprawie powiedziałem Jankowi i do dziś mam wyrzuty sumienia z powodu tego gadulstwa.
     Janka poznałem w Radiowie i szybko zaprzyjaźniliśmy się. Byliśmy rówieśnikami lub prawie rówieśnikami, gdyż Janek był chyba trochę starszy. Nie znałem jego nazwiska i chyba nigdy go nie znałem. Janek był w Radiowie na wakacjach i mieszkał u gospodarza. Jego rodzice byli w tym czasie w Warszawie i wybuch Powstania rozdzielił ich na zawsze. Janek bardzo tęsknił. Uczepił się nadarzającej okazji i postanowił wyruszyć ze mną do Warszawy i przedzierać się do rodziców. Nie pomogły ostrzeżenia i przestrogi mojej matki. Następnego dnia wyruszył ze mną. Do Wawrzyszewa dotarliśmy piechotą, stamtąd dojechaliśmy niemieckim samochodem do Chomiczówki, a następnie pieszo wzdłuż toru kolejowego doszliśmy do ulicy Ogólnej. Część ludzi i niemiecki żołnierz pozostali na początku ulicy, a pani Dudkowa, Janek i ja udaliśmy się do naszego ogródka. Widok był straszny. Wszystkie domy spalone, wszędzie walały się szmaty i kawałki różnych przedmiotów, fruwało pierze i leżały gnijące trupy. Szczególnie utkwiły mi w pamięci trzy trupy obok toru kolejowego. Jeden leżał twarzą do góry: miał puste oczodoły i pozbawione ciała, gołe pierścienie krtani. To był okropny widok, ale wiem, dlaczego, ale ciągle mam wrażenie, że to był „mój" powstaniec z ogródków działkowych. Taki młody, wspaniały i tak sponiewierany.
     W naszym ogródku wszystkie schowki były rozkopane. Wszedłem do naszego dołka, aby zobaczyć, co tam zostało. Janek patrzył z góry i to go zgubiło, a mnie uratowało. Zwykły w tamtych czasach przypadek. Rozległ się strzał, Janek jęknął, złapał się za piersi i stoczył do dołka. Spod marynarki zaczęły spływać krople krwi. Odchyliłem mu koszulę i zobaczyłem olbrzymią, poszarpaną ranę. Na własne oczy zobaczyłem zbrodnicze działanie pocisku dum-dum, o którym dotychczas rozmawiałem z kolegami tylko teoretycznie. Po chwili z górki od strony ulicy Włościańskiej schodziło dwóch żołnierzy. Byli to Ukraińcy. Stanęli nad nami, coś wykrzykiwali. Wyrzuciłem Janka z dołka i sam wyszedłem. Pani Dudkowa coś im tłumaczyła i kazała mi iść po niemieckiego żołnierza. Janek błagał, żebym go nie zostawiał, pani Dudkowa poganiała. Biegłem jak we śnie, a gdy wróciłem Janek nie dawał znaku życia. Chciałem go zabrać, ale Niemiec i pani Dudkowa mówili, że to nie ma sensu. Pani Dudkowa wepchnęła mi pod pachę jakieś zawiniątko i popychała przed sobą. Oglądałem się, bo nie mogłem uwierzyć, że Janek nie żyje. Nie pamiętam drogi powrotnej. Otrzeźwiałem dopiero w Wawrzyszewie, gdzie spotkało mnie drugie nieszczęście w tym dniu.
     Wracających z Warszawy otoczył tłum kobiet, wśród których była nasza znajoma z sąsiedniego domu, pani Wiktoria W. To była zgorzkniała i zła kobieta. Uderzyła mnie w twarz, odebrała zawiniątko i wrzeszczała, że to jej rzeczy, że ją okradłem, że jestem złodziejem. Nie wiem, co niosłem, ale teoretycznie jej rzeczy nie powinny znajdować się na naszym podwórzu, więc chyba nie mówiła prawdy i odegrała się na mnie za to, że czasem zdarzało mi się poturbować jej syna. Czułem się niewinny. Szedłem po swoje rzeczy, straciłem przyjaciela, sam mogłem zginąć. Ale ona nie chciała słuchać wyjaśnień, tylko biła i wrzeszczała. Roztrzęsiony i poturbowany dotarłem wreszcie do Radiowa, gdzie mieszkaliśmy jeszcze kilka dni. Z rzeczy pozostawionych przez Niemców zabraliśmy koc i dwa swetry. Pod koniec października cała wieś została ewakuowana. Popędzono nas do Boernerowa, gdzie spędziliśmy jedną noc. Tutaj też miałem trochę szczęścia. Wspólnie z innymi chłopakami zobaczyliśmy w piwnicy worki. Weszliśmy przez okienko. W workach była kasza jęczmienna. Naładowaliśmy pełne kieszenie i poinformowaliśmy innych o naszym odkryciu. Następni nie mieli jednak szczęścia. Niemcy odkryli kradzież i ustawiony przed okienkiem żołnierz zastrzelił wszystkich, którzy wychodzili z piwnicy. Były chyba cztery trupy.
     W Boernerowie jadłem najsmaczniejszy w życiu udziec z koźlaka. Kupiliśmy go za dwie garście kaszy od jakiegoś starszego pana. Dopiero w drodze do Pruszkowa przyznał się matce, że to był koźlak... szczekający. Odkrycie to nie popsuło nam humoru, wręcz odwrotnie, poszczekiwaliśmy i śmialiśmy się. Najedzeni do syta łatwiej znieśliśmy całodzienną pieszą wędrówkę z Boernerowa do Pruszkowa.
     Obóz w Pruszkowie jest na ogół lepiej znany, więc ograniczę się tylko do kilku stwierdzeń na ten temat. Warunki były okropne: olbrzymie hale kolejowe, powybijane szyby i przeciągi, betonowa posadzka, niebezpieczne kanały remontowe pełne popiołu i śmieci, głodowe racje obrzydliwej zupy z brukwi lub obierek ziemniaczanych. Każdy starał się urządzić sobie jakieś legowisko. Mnie udało się znaleźć kilka desek, które nakryliśmy zdobycznym kocem. Było twardo, ale cieplej. Byliśmy głodni, ale przy odrobinie sprytu można było zdobyć dwie zupy. Potrzebne tylko było ciągłe pogotowie, aby nie przegapić okazji i być na początku, a nie na końcu kolejki do kotła. W tym celu nosiłem przy sobie aluminiowy kubek przytroczony za ucho do paska, w kieszeni łyżkę uwiązaną na sznurku. Odziedziczone po Węgrach wiadro było już bezużyteczne, gdyż nie mieliśmy co gotować. Wszy chodziły po nas całymi szeregami.
     Po kilku dniach stanęliśmy przed niemiecką komisją i pocieszaliśmy się, że zostaliśmy „dobrze" zakwalifikowani. Nie rozdzielono nas. Nie wiedzieliśmy jednak, co będzie dalej. Szliśmy do transportu wyposażeni na drogę w chleb - glinę i puszkę skondensowanego mleka na każde dziecko. Załadowano nas do odkrytego wagonu, zaryglowano drzwi i po kilku godzinach ruszyliśmy. Był koniec października, padały deszcze. Zrobiliśmy baldachim ze zdobycznego koca, ale słaba to była ochrona przed jesiennymi deszczami. Co kilka minut koc trzeba było wyżymać. Bardziej chronił nas jednak przed wiatrem, niż przed deszczem. Byliśmy przemoczeni i zziębnięci. Nasze kuchenne wiadro awansowało do roli ubikacji. Podróż ciągnęła się w nieskończoność, a właściwie nie podróż, ale postoje. Co jakiś czas pociąg stawał i stał całymi godzinami. Najbardziej niepokoiła nas jednak niepewność. Nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy i dokąd jedziemy. Po jakimś czasie ktoś zrobił dziurę w wagonie i obserwował trasę. Wieści były niepokojące, gdyż ludzie znający te okolice zaczęli przebąkiwać, że wieźli nas do obozu zagłady w Oświęcimiu. Na szczęście wiadomości te nie sprawdziły się i po sześciu dniach dotarliśmy przed wieczorem do Krakowa. Transport był w dalszym ciągu obstawiony wojskiem, ale po raz pierwszy otworzono drzwi wagonów i dopuszczono do nas cywilną ludność Krakowa. Krakowiacy mieli opinię skąpych centusiów, ale ja w to nie wierzyłem. Jacyż oni byli hojni. Zarzucili wagony żywnością i odzieżą. Znów było wielkie żarcie i kolejna nadzieja przetrwania. W nasze ręce wpadło też zawiniątko z odzieżą. Były w nim długie niebieskie spodnie typu dresowego i ciepłe, filcowe pantofle domowe z cholewkami i piękne pantofle haftowane różnokolorową włóczką. I znów taki dziwny przypadek: najbardziej potrzebne mi były długie spodnie i ciepłe buty, a prezent bezimiennego krakowianina pasował na mnie jak ulał.
     Po jakimś czasie wagony zamknięto i pociąg stał w Krakowie całą noc. Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż i po krótkim czasie dotarliśmy do Kocmyrzowa. Nie było niemieckiej eskorty. Znowu byliśmy wolni.
     Czekały na nas podwody. Trafiliśmy do wozu pana Jagiełły, który najpierw nas nakarmił, a później zawiózł do wsi Wronin. Punkt zborny był u sołtysa, skąd gospodarze odbierali przydzielonych im warszawiaków. My trafiliśmy tymczasowo do rodziny Staszowskich, gdyż przeznaczone dla nas mieszkanie nie było gotowe. Byłem przydzielony do babci Staszowskiej, a mama z siostrą do młodych Staszowskich. Nie byli oni tacy młodzi, gdyż mieli już dorosłych synów, ale tak ich we wsi nazywano. Mieszkaliśmy w jednym domu i spaliśmy razem pod naszą warszawską pierzyną, ale oddzielnie jedliśmy. Ja trafiłem lepiej. Stara babcia Staszowska ciągle biadała, że jestem taki chudzieńki i w szybkim tempie chciała mnie utuczyć. Wyciągała ze spiżarni różne smakołyki, piekła, smażyła i gotowała posiłki według moich życzeń. Kochana babcia!
     Po upływie około dwóch tygodni skończyło się wielkie żarcie. Poszliśmy na „swoje". Nasz pokoik u Jakuba Szopy był bardzo maleńki, gdyż była to tzw. komora, czyli spiżarnia. Miał około 6 metrów kwadratowych i wymiary 3 x 2 metry. Umieszczone wysoko okienko było przegrodzone poprzeczną kratą. Gospodarz ocieplił strop glinianą polepą, zbudował komin, wstawił żelazny piecyk i zrobione specjalnie dla nas łóżko z surowych, ale pięknie wyheblowanych desek. Sporo miał kłopotów z naszego powodu, ale to był bardzo dobry człowiek i nie dał nam odczuć, że byliśmy intruzami. W ustalonym terminie nasz pokoik pachnący świeżym malowaniem był gotowy. Po długich tygodniach tułaczki mieliśmy wreszcie kawałek stałego dachu nad głową i wygodne łóżko. Trudno opisać tamtą radość.
     Brakowało nam stołu i ławy, ale mój gospodarz był kołodziejem, więc miałem do dyspozycji wszystkie narzędzia i zrobiłem najpierw stół, a później ławę. Nic więcej nie potrzebowaliśmy, a zresztą na nic więcej nie było już miejsca.
     Głównym problemem była teraz żywność i opał. Dostaliśmy od sołtysa pismo, na podstawie którego siedmiu gospodarzy zobowiązanych było do zaopatrzenia nas w mleko, ziemniaki i zboże. Wszyscy biedniejsi gospodarze wywiązali się z tego obowiązku należycie, a tylko najbogatszy miał ciągle jakieś przeszkody. To krowa wylała mleko przy dojeniu, to zboże było nie wymłócone, to mróz przeszkadzał w odkryciu kopca. Takie dziwne zbiegi niepomyślnych okoliczności. Przydziały nie były duże, a zaległości od najbogatszego, który zobowiązany był dać najwięcej spowodowały, że mieliśmy za mało żywności. Ale byliśmy przecież na wsi!
     Zbudowałem sobie sanki i chodziłem wieczorami do dworskich stogów. Przywoziłem kilka snopków, a na następny dzień młóciłem zboże swoim małym cepem, gdyż normalny cep gospodarza był dla mnie za ciężki. Nauczyłem się odwiewać plewy na wietrze i mleć zboże na żarnach. Była mąka, był chleb. Kiedy już zwieźliśmy od gospodarzy całe należne nam zboże, pojechałem z najstarszym synem Szopy do prawdziwego młyna i przywieźliśmy białą mąkę. Od tego momentu przestałem odwiedzać dworskie stogi. Nie było potrzeby! Odwiedzałem natomiast nadal dworskie kopce z burakami cukrowymi. Nie mieliśmy cukru, ale ugotowane buraki świetnie go zastępowały.
     Musiałem również odwiedzać dworskie łąki, na których wzdłuż rowów melioracyjnych rosły młode drzewa. Wycinałem je, gdyż nie było czym palić. Solidnie namęczyłem się przy tej robocie. W tym czasie nie dostaliśmy jeszcze przydziału drzewa. Wreszcie otrzymaliśmy upragniony kwit i podwodę do lasu. Znowu pojechałem z najstarszym synem Szopy i przywieźliśmy cały wóz zielonego igliwia sosnowego. Grube pnie wywoziły z lasu wojskowe samochody, a nam wolno było brać tylko gałęzie. Nędzny to był opał, ale zaoszczędził dziedzicowi sporo drzew.
     W tym okresie podkształciłem się trochę w zawodzie kołodzieja kowala, gdyż wszystkie wolne chwile spędzałem w warsztacie mojego gospodarza lub chodziłem do sąsiada Ćwiklińskiego, który był kowalem i chętnie widział chłopaka zdolnego „dymać" kowalskim miechem.
     Mieliśmy wreszcie naszą małą stabilizację i z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili wyzwolenia. Jak niewiele potrzebowaliśmy i jak przyziemne były nasze ówczesne potrzeby.
     Najważniejszym moment historyczny - wyzwolenie - przeżyłem bez historii. We wsi Woronin mieszkaliśmy do kwietnia 1945 roku, gdyż oczekiwaliśmy na odpowiedź od wujka, do którego wysłaliśmy list zaraz po wyzwoleniu. Długo czekaliśmy i martwiliśmy się, ale wujek żył. Tylko nasz list nie zastał go już na Lubelszczyźnie, ponieważ wrócił do swojego domu we Włocławku. Poczta działała wtedy solidnie i nasz list dotarł wreszcie do adresata, mimo, że zmienił on miejsce zamieszkania. Wujek odradzał nam powrót do Warszawy i zapraszał do siebie. Posłuchaliśmy jego rady i wyjechaliśmy do Włocławka.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten