Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Wiesława Zorgiera


Załadowano nas do odkrytego wagonu, zaryglowano drzwi i po kilku godzinach ruszyliśmy. Był koniec października, padały deszcze. Zrobiliśmy baldachim ze zdobycznego koca, ale słaba to była ochrona przed jesiennymi deszczami. Co kilka minut koc trzeba było wyżymać. Bardziej chronił nas jednak przed wiatrem, niż przed deszczem. Byliśmy przemoczeni i zziębnięci. Nasze kuchenne wiadro awansowało do roli ubikacji. Podróż ciągnęła się w nieskończoność, a właściwie nie podróż, ale postoje. Co jakiś czas pociąg stawał i stał całymi godzinami. Najbardziej niepokoiła nas jednak niepewność. Nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy i dokąd jedziemy. Po jakimś czasie ktoś zrobił dziurę w wagonie i obserwował trasę. Wieści były niepokojące, gdyż ludzie znający te okolice zaczęli przebąkiwać, że wieźli nas do obozu zagłady w Oświęcimiu. Na szczęście wiadomości te nie sprawdziły się i po sześciu dniach dotarliśmy przed wieczorem do Krakowa. Transport był w dalszym ciągu obstawiony wojskiem, ale po raz pierwszy otworzono drzwi wagonów i dopuszczono do nas cywilną ludność Krakowa. Krakowiacy mieli opinię skąpych centusiów, ale ja w to nie wierzyłem. Jacyż oni byli hojni. Zarzucili wagony żywnością i odzieżą. Znów było wielkie żarcie i kolejna nadzieja przetrwania. W nasze ręce wpadło też zawiniątko z odzieżą. Były w nim długie niebieskie spodnie typu dresowego i ciepłe, filcowe pantofle domowe z cholewkami i piękne pantofle haftowane różnokolorową włóczką. I znów taki dziwny przypadek: najbardziej potrzebne mi były długie spodnie i ciepłe buty, a prezent bezimiennego krakowianina pasował na mnie jak ulał.
     Po jakimś czasie wagony zamknięto i pociąg stał w Krakowie całą noc. Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż i po krótkim czasie dotarliśmy do Kocmyrzowa. Nie było niemieckiej eskorty. Znowu byliśmy wolni.
     Czekały na nas podwody. Trafiliśmy do wozu pana Jagiełły, który najpierw nas nakarmił, a później zawiózł do wsi Wronin. Punkt zborny był u sołtysa, skąd gospodarze odbierali przydzielonych im warszawiaków. My trafiliśmy tymczasowo do rodziny Staszowskich, gdyż przeznaczone dla nas mieszkanie nie było gotowe. Byłem przydzielony do babci Staszowskiej, a mama z siostrą do młodych Staszowskich. Nie byli oni tacy młodzi, gdyż mieli już dorosłych synów, ale tak ich we wsi nazywano. Mieszkaliśmy w jednym domu i spaliśmy razem pod naszą warszawską pierzyną, ale oddzielnie jedliśmy. Ja trafiłem lepiej. Stara babcia Staszowska ciągle biadała, że jestem taki chudzieńki i w szybkim tempie chciała mnie utuczyć. Wyciągała ze spiżarni różne smakołyki, piekła, smażyła i gotowała posiłki według moich życzeń. Kochana babcia!
    Po upływie około dwóch tygodni skończyło się wielkie żarcie. Poszliśmy na „swoje". Nasz pokoik u Jakuba Szopy był bardzo maleńki, gdyż była to tzw. komora, czyli spiżarnia. Miał około 6 metrów kwadratowych i wymiary 3 x 2 metry. Umieszczone wysoko okienko było przegrodzone poprzeczną kratą. Gospodarz ocieplił strop glinianą polepą, zbudował komin, wstawił żelazny piecyk i zrobione specjalnie dla nas łóżko z surowych, ale pięknie wyheblowanych desek. Sporo miał kłopotów z naszego powodu, ale to był bardzo dobry człowiek i nie dał nam odczuć, że byliśmy intruzami. W ustalonym terminie nasz pokoik pachnący świeżym malowaniem był gotowy. Po długich tygodniach tułaczki mieliśmy wreszcie kawałek stałego dachu nad głową i wygodne łóżko. Trudno opisać tamtą radość.
     Brakowało nam stołu i ławy, ale mój gospodarz był kołodziejem, więc miałem do dyspozycji wszystkie narzędzia i zrobiłem najpierw stół, a później ławę. Nic więcej nie potrzebowaliśmy, a zresztą na nic więcej nie było już miejsca.
     Głównym problemem była teraz żywność i opał. Dostaliśmy od sołtysa pismo, na podstawie którego siedmiu gospodarzy zobowiązanych było do zaopatrzenia nas w mleko, ziemniaki i zboże. Wszyscy biedniejsi gospodarze wywiązali się z tego obowiązku należycie, a tylko najbogatszy miał ciągle jakieś przeszkody. To krowa wylała mleko przy dojeniu, to zboże było nie wymłócone, to mróz przeszkadzał w odkryciu kopca. Takie dziwne zbiegi niepomyślnych okoliczności. Przydziały nie były duże, a zaległości od najbogatszego, który zobowiązany był dać najwięcej spowodowały, że mieliśmy za mało żywności. Ale byliśmy przecież na wsi!
     Zbudowałem sobie sanki i chodziłem wieczorami do dworskich stogów. Przywoziłem kilka snopków, a na następny dzień młóciłem zboże swoim małym cepem, gdyż normalny cep gospodarza był dla mnie za ciężki. Nauczyłem się odwiewać plewy na wietrze i mleć zboże na żarnach. Była mąka, był chleb. Kiedy już zwieźliśmy od gospodarzy całe należne nam zboże, pojechałem z najstarszym synem Szopy do prawdziwego młyna i przywieźliśmy białą mąkę. Od tego momentu przestałem odwiedzać dworskie stogi. Nie było potrzeby! Odwiedzałem natomiast nadal dworskie kopce z burakami cukrowymi. Nie mieliśmy cukru, ale ugotowane buraki świetnie go zastępowały.
     Musiałem również odwiedzać dworskie łąki, na których wzdłuż rowów melioracyjnych rosły młode drzewa. Wycinałem je, gdyż nie było czym palić. Solidnie namęczyłem się przy tej robocie. W tym czasie nie dostaliśmy jeszcze przydziału drzewa. Wreszcie otrzymaliśmy upragniony kwit i podwodę do lasu. Znowu pojechałem z najstarszym synem Szopy i przywieźliśmy cały wóz zielonego igliwia sosnowego. Grube pnie wywoziły z lasu wojskowe samochody, a nam wolno było brać tylko gałęzie. Nędzny to był opał, ale zaoszczędził dziedzicowi sporo drzew.
     W tym okresie podkształciłem się trochę w zawodzie kołodzieja kowala, gdyż wszystkie wolne chwile spędzałem w warsztacie mojego gospodarza lub chodziłem do sąsiada Ćwiklińskiego, który był kowalem i chętnie widział chłopaka zdolnego „dymać" kowalskim miechem.
     Mieliśmy wreszcie naszą małą stabilizację i z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili wyzwolenia. Jak niewiele potrzebowaliśmy i jak przyziemne były nasze ówczesne potrzeby.
     Najważniejszym moment historyczny - wyzwolenie - przeżyłem bez historii. We wsi Woronin mieszkaliśmy do kwietnia 1945 roku, gdyż oczekiwaliśmy na odpowiedź od wujka, do którego wysłaliśmy list zaraz po wyzwoleniu. Długo czekaliśmy i martwiliśmy się, ale wujek żył. Tylko nasz list nie zastał go już na Lubelszczyźnie, ponieważ wrócił do swojego domu we Włocławku. Poczta działała wtedy solidnie i nasz list dotarł wreszcie do adresata, mimo, że zmienił on miejsce zamieszkania. Wujek odradzał nam powrót do Warszawy i zapraszał do siebie. Posłuchaliśmy jego rady i wyjechaliśmy do Włocławka.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten