Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Stefana Marczaka


     W czasie Powstania Warszawskiego miejscowość, w której zamieszkiwałem, stanowiła - z wojskowego punktu widzenia - teren położony na przedpolach Pragi. Sytuacja w tym rejonie, szczególnie w końcowych dniach lipca 1944 roku była bardzo napięta i zapalna, a to ze względu na toczącą się tu bitwę pancerną. Ruchy wojsk niemieckich i brygady RONA, zabranie z domów mężczyzn i wywiezienie ich do Niemiec, bliskość linii frontu dzielącego wojska 9 Armii Niemieckiej i wojska I Frontu Białoruskiego - napawały nas uzasadnioną niepewnością co do dalszych naszych losów w tym przyfrontowym rejonie.
     Rano 15 sierpnia 1944 roku rozkazano nam niezwłocznie opuścić swoje domy, zezwalając na zabranie ze sobą tylko ręcznego bagażu i udać się do szosy prowadzącej w kierunku Warszawy. Rozkaz ten usankcjonowano groźbą likwidacji każdego, kto nie opuści swego domu bądź pozostanie w ukryciu. Tak zacząłem przymusową wędrówkę, idąc na poniewierkę i wygnanie wraz z moją matką Anielą Marczak i babcią Anną Szumską.
     Wszystkimi ulicami prowadzącymi do szosy, napełnionej już ludźmi i furmankami, szły gromady mieszkańców Zielonki, kierowane przez eskortujących esesmanów na zachód do Warszawy. Gdzieniegdzie słychać było wybuchy pocisków artyleryjskich, którym towarzyszyły krzyki Niemców przynaglających nas do szybszego marszu. Przez pobliską miejscowość Ząbki dotarliśmy do szosy radzymińskiej, na skrzyżowaniu, której kolumna wysiedleńców skręciła w lewo. Szliśmy teraz ulicami opustoszałej Pragi, na których prawie nie widziało się cywilnych jej mieszkańców. Można było tylko zauważyć stojących w niektórych bramach ludzi, którzy skrycie obserwowali pędzone przez Niemców kolumny wysiedleńców. Gęsto towarzysząca nam eskorta pilnie baczyła, aby ktoś z nas nie odłączył się i nie próbował ucieczki.
     Tak doprowadzono nas w rejon ulic Targowa - Zygmuntowska - Modlińska, gdzie w obrębie cerkwi prawosławnej zarządzono krótki postój. Zmęczenie dawało się nam coraz bardziej we znaki. Widok perspektywy ulicy Zygmuntowskiej „zamknięty" kratownicą most Kierbedzia na tle płonącej Warszawy napawał nas grozą i przerażał.
     Wkrótce oznajmiono nam, że rozpoczynamy dalszy marsz. W gorączkowym pośpiechu Niemcy wpędzili nas w ulicę Zygmuntowską i dalej na podminowany już most Kierbedzia.
     Mniej więcej w połowie długości mostu nakazano bieg. Pochód wysiedleńców mieszał się bezładnie z pędzącymi furmankami, ludzie starsi i słabsi zaczęli zostawać w tyle. Zbliżaliśmy się szybko do walczącego bohatersko Starego Miasta, spowitego dymem i ogniem pożarów. Bez przerwy słychać było wybuchy pocisków i bomb rozlegające się ponurym echem wśród pustych placów i ulic Warszawy. W pospiesznym marszu ulicami Miodową i Senatorską wchodziliśmy na Plac Teatralny. Byliśmy teraz prawie w samym sercu walczącej Warszawy. Przebiegaliśmy, popędzani przez esesmanów, w bezpośredniej bliskości stanowisk powstańczych Grupy „Północ" rozlokowanych w Pałacu Blanka, Ratuszu, klasztorze i kościele Sióstr Kanoniczek.
     Uzbrojona po zęby i bojowo nastawiona do bezbronnych wysiedleńców eskorta znajdowała się wtedy przezornie tylko z naszej lewej strony - po prawej byli przecież bardzo blisko powstańcy. Wokół nas płonęły domy, dymy pożarów gryzły w oczy, utrudniały widoczność. Kiedy mijaliśmy Plac Bankowy i wchodziliśmy w ulicę Elektoralną po prawej naszej stronie widać było ludzkie trupy leżące na ulicy. Nagle nadleciały cztery samoloty nurkujące, a w chwilę później usłyszeliśmy przeraźliwy gwizd przechodzący w wycie. Kiedy się obejrzałem za siebie, ujrzałem wyraźnie widoczne, lecące wprost na nas bomby, wyrzucone przez jednego ze stukasów; pozostałe nurkowce zrzuciły bomby w rejonie ul. Bielańskiej i placu Teatralnego. Powstało straszliwe zamieszanie, rozbiegła się i skryła eskorta, ludzie rzucali się na ziemię. Dał się słyszeć straszliwy huk, zafalowało powietrze, zadrżała pod nami ziemia, zrobiło się ciemno, w nosie i gardle drapał pył ceglany. Moja babcia została ranna w nogę; ranni byli od własnych bomb towarzyszący nam esesmani. Ludzie jadący na wozach nie chcieli na nasze prośby zabrać rannej kobiety, przykre, ale dopiero interwencja Niemca zmusiła ich do tego.
     Dalsze odcinki ulicy Elektoralnej przebyliśmy pospiesznie w chaosie i bezładzie, ogłuszeni i oszołomieni bestialskim nalotem. Pochód nasz przeciął następnie ulicę Solną, minął kościół Karola Boromeusza i wszedł w ulicę Chłodną, gdzie było już spokojnie. Dalej droga nasza wiodła ulicą Wolską. Po dłuższym marszu do nieznanego dotychczas celu, pozostawiając za sobą okropny widok płonącej Warszawy, skręciliśmy na szosę prowadzącą w kierunku Włoch. Ludzie byli głodni, spragnieni i zmęczeni; kolumna wysiedleńców mimo ciągłego popędzania przez Niemców szła coraz wolniej. Mieszkańcy Włoch, którzy stali na trasie naszego marszu, pomimo zakazu ze strony Niemców, podawali nam chleb i napoje oraz informowali nas, że idziemy do obozu, gdzie rozdzielają rodziny i wywożą do Niemiec.
     Słońce już zachodziło, gdy byliśmy w okolicach Ursusa i Piastowa. Słyszeliśmy potem, że niektórzy ludzie, ryzykując życiem, odłączali się w ciemnościach od kolumny i pozostawali w mijanych po drodze miejscowościach. Naszej rodzinie małżeństwu nazwiskiem Polak wraz z ich córką Teresą udała się wtedy taka ucieczka. Do wyzwolenia przebywali oni wśród miejscowej ludności w Gołąbkach, gdzie spotkali się na ogół z ludzkim przyjęciem i pomocą.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten