Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Stefana Marczaka


     Po kilku koszmarnych dniach i nocach Niemcy kazali nam opuścić halę i udać się do podstawionych wagonów towarowych, którymi po uformowaniu składu pociągu przewieźli nas do stacji kolejowej Szymanów. Tutaj w pobliżu klasztoru O.O. Franciszkanów w Niepokalanowie przy udziale miejscowych władz cywilnych i policyjnych rozdzielono wysiedleńców do poszczególnych wsi i gospodarzy indywidualnych. Moją matkę, babcię i mnie skierowano do gospodarstwa Antczaków we wsi Paprotnia. Rozlokowano nas w stodole, ponieważ, jak mówiono, nie było tyle miejsca w domu, żeby wszystkich zmieścić. Spotkaliśmy tutaj moją ciotkę Stanisławę Szumską, którą rozdzielono na zawsze z jej mężem w czasie selekcji w Pruszkowie. Ciotka wkrótce wyjechała stąd do swojej rodziny mieszkającej w Radomiu.
     Sytuacja nasza była krytyczna ze względu na brak ciepłej odzieży i okryć do spania oraz brak środków finansowych i rzeczowych niezbędnych do minimum egzystencji. W utrzymaniu się przy życiu pomagali nam bardzo ojcowie i bracia Franciszkanie z Niepokalanowa, żywiąc bezinteresownie tych wysiedleńców, którzy potrzebowali pomocy. Pomagaliśmy nieraz gospodarzom w polu, za co dostawaliśmy łyżkę strawy. Tymczasem noce i dnie stawały się coraz chłodniejsze. Chyba gdzieś w październiku udało się nam ulokować wraz z dwoma innymi osobami z Warszawy w jednej z izb domu u sąsiednich gospodarzy nazwiskiem Zdanowscy. Spaliśmy tam na prymitywnym posłaniu ułożonym na podłodze. Wspomniane osoby, których nazwisk dokładnie nie pamiętam, to jest mężczyzna tytułowany „panem sędzią" oraz towarzysząca mu kobieta, spały na łóżku. Ludzi tych odwiedzał nieraz oficer Wehrmachtu prowadząc z nimi miłe rozmowy. Sytuacja taka nie była dla nas przyjemna, a stosunki wzajemne wprost nieprzyjazne.
     Pamiętam mroźny grudniowy dzień, w którym - nie wiem za czyją przyczyną - kazano nam zabrać tobołki i opuścić izbę. Zapakowano nas na furmankę i odwieziono, dosłownie co koń wyskoczy, na wachę przez którą wjeżdżało się na teren jednostki wojsk niemieckich, stacjonujących wtedy w części zabudowań klasztornych w Niepokalanowie. Dzięki życzliwości braci zakonnych otrzymaliśmy maleńką izbę w głębi terenu klasztornego. Matce mojej udało się dostać jakąś pracę fizyczną w niemieckiej izbie chorych znajdującej się wtedy na terenie wspomnianego klasztoru. Nasza dotychczas bardzo trudna sytuacja mieszkaniowa i żywnościowa uległa nieznacznej poprawie. Szóste już w okresie okupacji święta Bożego Narodzenia spędziliśmy we trójkę w atmosferze wielkiego przygnębienia i poczucia osamotnienia w oderwaniu od własnego domu i reszty rodziny. W podobnym nastroju witaliśmy nowy 1945 rok, ale już z nadzieją w sercach na bliski już koniec okupacji i powrót do domu.
     Nadszedł pamiętny a zarazem tragiczny dla nas dzień 16 stycznia 1945 roku. Tego dnia od rana widać było gorączkowy pośpiech wśród wojsk niemieckich ładujących się na samochody ciężarowe stojące na terenach klasztornych. Słychać było również warkot wysoko latających samolotów. Dało się wyczuć, że nadszedł moment rozstrzygający - Niemcy opuszczali w pośpiechu zajmowany dotychczas przez siebie teren i załadowanymi samochodami uciekali do szosy głównej prowadzącej w kierunku Łodzi i Poznania. W przewidywaniu rozpoczęcia się lada chwila działań wojennych opuściliśmy szybko naszą izbę i schroniliśmy się wraz z moją matką we wsi Paprotnia u wspomnianych już gospodarzy Zdanowskich, którzy przyjęli nas ciepło i przyjaźnie. W tym też czasie spadły pierwsze bomby zrzucone przez samoloty radzieckie na uciekające wojska niemieckie. Na wiadomość o zbombardowaniu szosy i części zabudowań klasztornych, moja matka pobiegła do furty klasztornej na ratunek swojej matce, znajdującej się akurat w pomieszczeniu obok furty, w której wydawano posiłki dla wysiedleńców. Kiedy matka dobiegła do zabudowań klasztornych nadeszła następna fala nalotu. Moja matka zginęła na miejscu od podmuchu bomb, które spadły na szosę i w pobliżu szosy. Gdy bombardowanie przybrało na sile, opuściłem dom Zdanowskich i uciekłem w pole byle dalej od niebezpiecznej szosy. O śmierci mojej matki dowiedziałem się przez znających mnie ludzi dopiero wieczorem; babcia moja wyszła z nalotu cało. Jeszcze przez cały wieczór i w nocy słychać było w różnych stronach odgłosy wystrzałów. Nad ranem nastąpiła cisza - byliśmy wolni. Niemcy ścigani przez wojska radzieckie byli już od nas daleko.
     Moja matka została pochowana nazajutrz w pobliżu wspomnianej furty klasztornej w Niepokalanowie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten