Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Szmidt


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 432

Relacja Jadwigi Szmidt

Jadwiga Szmidt, lat 23, matka córek: Anny - 3 lata i Aleksandry - 8 miesięcy, w czasie Powstania Warszawskiego mieszkała przy ul. Krasińskiego 18 na Żoliborzu.

 

     Powstanie Warszawskie w dniach 1 VIII - 30 IX 1944 roku przeżyłam z dwiema córkami w wieku 3 lata i 8 miesięcy, matką i siostrą Marią na Żoliborzu.
     18 VIII 1944 roku zginął w obronie Żoliborza mój brat Jan Wojtyra i został pochowany na dziedzińcu naszego domu przy ul. Krasińskiego 18.
     Rankiem 1 X 1944 roku zostaliśmy wyciągnięci z piwnic przez oddziały żołnierzy niemieckich. Wyszliśmy z podniesionymi rękami bez możliwości zabrania nawet najpotrzebniejszych rzeczy osobistych. Wśród płaczu dzieci, jęków ludzi chorych i niedołężnych zebrano nas pod bramą. Do ciasno zbitej gromady Niemcy dołączyli coraz to nowych ludzi potrącanych i popędzanych kolbami.
     Nasz dom był jedną z kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, w której mieszkało 250 osób. Po dwóch miesiącach pobytu w piwnicy, po nieustającym, narastającym uczuciu strachu i niepewności, głodni, niektórzy ranni, opuszczaliśmy nasz dom, będąc przekonani, że nigdy już do niego nie wrócimy. Wychodziliśmy z myślą, że uda się uratować życie najbliższych i własne.
     Uformowani w szeregi przeszliśmy ulicą Krasińskiego do Klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek, otoczonego zwartym szeregiem czołgów. Byliśmy przez Niemców popychani kolbami karabinów. Nie starczyło czasu, aby obejrzeć się za siebie i rzucić ostatnie spojrzenie na opuszczony dom rodzinny. Z relacji, które dochodziły do nas z innych dzielnic, wiedzieliśmy, że Niemcy strzelali z czołgów do kobiet i dzieci wypędzanych z miasta. W długim szeregu wlokłyśmy się noga za nogą. Prowadziłam za rękę trzyletnią córkę Annę, a moja matka niosła chorą ośmiomiesięczną córeczkę Aleksandrę. Do uczucia strachu dołączyło uczucie straszliwego głodu. Od kilku tygodni żyłyśmy tylko sucharami i wodą. Po wejściu między czołgi zatrzymano nas i w tym momencie jak spod ziemi wyrósł przede mną żołnierz niemiecki, który rozejrzawszy się wokół siebie, powiedział szeptem po polsku: „Nie bójta się. Oni was nie zabiją, idziecie do obozu do Pruszkowa". Po tych słowach wyciągnął z chlebaka kostkę żołnierskiego chleba, wetknął go w ręce Anny i znikł za jakimś czołgiem. Oszołomione dziecko zwróciło się do mnie: „Mamusiu, Niemce dobre czy złe?". Cóż miałam tłumaczyć dziecku, które pierwszy kawałek chleba otrzymało po dwumiesięcznej głodówce z rąk wroga.
     Po chwili znowu komenda i szereg wygnańców ruszył przez spalone Powązki, Wolę na Dworzec Zachodni.
     Zapadł jesienny zmierzch, kiedy wsadzono nas do wagonów i przewieziono do obozu przejściowego do Pruszkowa. Zostaliśmy wepchnięci do olbrzymiej hali warsztatów kolejowych, gdzie na kamiennej podłodze i zgniłej słomie leżeli ludzie przygnani tu przed nami. Cały teren obozu został obstawiony przez Niemców.
     Początkowo nie można było rozróżnić osób, panował niesamowity zaduch, jęk rannych przeplatał się z przekleństwami i modlitwami ludzi. Z urywanych strzępów rozmów zorientowałam się, że rankiem odbędzie się selekcja. Matki z dziećmi i starcy zostaną wywiezieni na teren Generalnej Guberni, pozostali pójdą do obozów pracy lub obozów koncentracyjnych. Jedyną myślą było wydostanie się na wolność i ocalenie życia najbliższych. Zaczęły dziać się dantejskie sceny. Do matek mających dzieci podchodzili ludzie, ofiarowując złoto, dolary za „wypożyczenie" dziecka na moment przejścia przez punkt selekcji. Tej nocy obok nas matce skradziono kilkumiesięczne dziecko, która strudzona zasnęła na chwilę. Była to noc straszna. Czuwaliśmy nasłuchując i strzegąc dzieci, którym mogło zagrażać niebezpieczeństwo porwania.
     Nad ranem udało się nam uniknąć przejścia przez punkt kontrolny, bowiem przez dziury w płocie z drutów kolczastych wydostałyśmy się na główną ulicę obozu i pod osłoną wozów rozwożących chleb i zupę, przedostałyśmy się do baraku przeznaczonego dla matek z dziećmi i starców. Na razie byłyśmy jako tako bezpieczne. Zauważyłyśmy ze zdziwieniem, że po baraku kręciły się gorączkowo niemieckie pielęgniarki. Pomagały podnosić ze słomy leżące kobiety i dzieci, ustawiając je znowu w szereg, ale tym razem bez wrzasków i popychania. Po około godzinie wszystko się wyjaśniło. Przy wyjściu z baraku każdemu dziecku wtykano do ręki puszkę skondensowanego mleka, a do stojących wagonów kolejowych zostałyśmy wsadzone przy usłużnej pomocy Niemców. Nic nie można było zrozumieć. Ale oto jedno spojrzenie w bok i sprawa się wyjaśniła. Tego dnia przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża przyjechali na lustrację obozu, byli zainteresowani losem wypędzonych warszawiaków i opieką władz niemieckich.
     Szum kamer filmowych, trzask aparatów fotograficznych, zdumione spojrzenia przybyszów, wyreżyserowana uprzejmość niemiecka i dławiące w gardle łzy, których wypłakać nie można. Pociąg ruszył i przyszło opamiętanie. A teraz, dokąd i co dalej? Młodszą córkę powierzyłam siostrze, aby uchronić ją od ewentualnych dalszych niebezpieczeństw. Przez szyby naszego pociągu zobaczyłam mijające nas zadrutowane węglarki, wywożące do obozów tych, którzy przeszli już przez selekcję niemiecką.
     Około południa dojechaliśmy do małego miasteczka Bliżyn koło Skarżyska Kamiennej. Tu już nikt nie pomagał nikomu i mało kto zwracał na kogoś uwagę. Wyrzucono nas na podmokłą łąkę koło stacji i byłyśmy zostawione własnemu losowi. Po pewnym czasie zjawili się przedstawiciele RGO z miejscowym księdzem proboszczem, od których dowiedzieliśmy się, że zostaniemy osiedleni w odległej o 3 kilometry wsi Sorbinie u miejscowych mieszkańców. Pozostawało kilkugodzinne oczekiwanie na zmiłowanie ludzkie i życzliwe ręce, które miały się do nas wyciągnąć.
     W Bliżynie, oczekując na swój los, zostałyśmy chwilowo przyjęte w domu państwa Fabijanowskich, w którym pozwolono nam umyć się i nakarmić głodne dzieci. Z tymi ludźmi, dla których mam najwyższe uznanie, los połączył nas na kilka miesięcy tułaczego życia. Pod wieczór zjawili się miejscowi gospodarze. Na wóz załadowano starców i bagaż, a my powędrowałyśmy piechotą do naszego nowego miejsca pobytu.
     Długo nie chciano nas przyjąć do domów. Byłyśmy głodne, utrudzone i odsyłane od drzwi do drzwi. Któż bowiem chciał wziąć trzy kobiety i dwoje małych dzieci? A może jeszcze i wyżywić? Z goryczą w sercu odchodziłyśmy od zamykanych przed nami drzwi. Wreszcie przyjęto nas do małej przybudówki, klitki, w której wraz z dwojgiem dzieci spałam na jednym łóżku, na słomie, przykrywając się własnym płaszczem. Matka obok na wyrku, a siostra znalazła przytulisko w sąsiedniej chałupie w zamian za opiekę nad małym dzieckiem gospodyni.
     Zaczęły się trudne dni, często pełne upokorzenia, wymówek ze strony gospodarzy. Dni tułacze oblewane łzami. Życie w warunkach dalekich od wszelkich elementarnych zasad higieny. Zrozumiałyśmy, że na ludzką życzliwość i pomoc w tych warunkach liczyć nie możemy. Trzeba było żyć, brać się do pracy i samodzielnie urządzać życie.
     Byłyśmy młode i po ponownych chwilach zwątpienia w człowieka, trzeba było nawiązać kontakty z ludźmi. Mając trochę pieniędzy wywiezionych z Warszawy, zaczęłyśmy kupować mięso u gospodarzy, piec z niego pasztety, które moja matka wywoziła do Skarżyska Kamiennej i sprzedawała w restauracjach. Miałyśmy co jeść. Najbardziej dręczył brak niepewności jutra i tęsknota za pozostawionym w Warszawie domem, niepewność, co się z nim stało i czy wrócimy.
     Powoli przyzwyczajałyśmy się do niewygód, brudu, a nawet robactwa, którego wszędzie było pełno.
     W pobliskim Bliżynie, z punktu RGO otrzymywałyśmy przydział mąki na chleb. Po tę mąkę wędrowałam do miasta, a matka piekła chleby.
     Zbliżała się zima. Dzieci wymagały ciepłego ubrania, ogrzanego kąta, a tu na ścianach i oknie osiadał szron, mimo, że przez ścianę w ogrzanych pomieszczeniach wygodnie mieszkali właściciele domu. Dla nas tam miejsca nie było.
     Pozostawiono nas samym sobie - Święta Bożego Narodzenia spędziłyśmy pod jednym dachem z żołnierzami niemieckimi z formacji własowców, którzy zajęli szereg domów we wsi na kwatery.
     Oni szykowali się do świąt, a my nie miałyśmy nawet, gdzie usiąść do skromnej, tułaczej wigilii. Przez ścianę słychać było gwar rozmów, śpiewy żołnierskie, a my, dzieląc się opłatkiem, myślami wracałyśmy do minionych dni Powstania, poległych i bliskich, o których nic nie wiedziałyśmy. Smutne to były święta i sylwester 1944 roku.
     Po nowym roku ruszyła wielka ofensywa. Przez naszą wieś dzień i noc przewalały się oddziały wojsk niemieckich, które znalazły się w okrążeniu. Wychodziły ze wsi, aby po paru godzinach wrócić do niej. Coraz wyraźniej od strony Starachowic słychać było działa radzieckie.
     Dnie i noce stawały się piekłem. Trzeba było nieraz ukrywać się w kopcach na kartofle, na strychach, aby uniknąć rąk żołnierzy niemieckich. Miałam wtedy 23 lata, a siostra 21. Jakim cudem udało nam się uniknąć zgwałcenia, a nawet zamordowania, do dziś nie wiem. Może chroniły nas dzieci, które przerażone, zastraszone patrzyły szeroko otwartymi oczami na piekło, które otworzyło się przed nami.
     Nikt z nas i ludności miejscowej nie znał swego dnia ani godziny. Działa słychać było coraz bliżej. Niemcy odeszli i oto pewnego dnia wieczorem z pobliskiego lasu przyszli do nas żołnierze radzieccy w szarych szynelach, z workami zamiast tornistrów na plecach. Umęczeni, ale uśmiechnięci, życzliwi. Na naszym stole zjawił się żołnierski chleb, słonina podane życzliwą ręką żołnierza przynoszącego wolność. Płakaliśmy wspólnie, śmieliśmy się wspólnie, łamaliśmy chleb i piliśmy ze wspólnej manierki.
     Smak tych dni wolności łączyć się będzie zawsze z zapachem i smakiem chleba, uśmiechem człowieka do człowieka. Żyjemy, jesteśmy, ale co dalej? Wojsko odeszło, przetoczyły się działa - dalej na zachód i oto gruchnęła wieść „Warszawa wolna". Styczeń był bardzo mroźny tego roku, około minus dwudziestu stopni. W pewnej chwili zapadła jednogłośna decyzja „wracamy". Niestety wszystkie wracać nie mogłyśmy. Dzieci nie zniosłyby trudów pieszej wędrówki. Matka wraz z siostrą wyruszyły w pieszą pielgrzymkę do Warszawy. Zostałam z dziećmi w Bliżynie u życzliwych państwa Fabijanowskich. Byłam u dobrych ludzi, ale bez środków do życia. Nastąpiła wymiana pieniędzy. Dni biegły. Od matki i siostry nie miałem żadnych wiadomości. Dochodziły wieści, że Warszawa zaminowana, powracający do niej ludzie zastawali same gruzy i zgliszcza. Dzieci były głodne. Zaczęłam znowu wędrówki do wsi Sorbin, aby zdobyć trochę chleba, mleka i masła. Wędrówki przez las nie były łatwe. Podobno ukrywali się w nim jeszcze uciekinierzy - żołnierze niemieccy.
     Podchodzili nocą do wsi, żądali chleba i cywilnych ubrań. Kogoś złapali w lesie, ograbili i bagnetem przybili do drzewa. Mleko i masło dostałam, ale tylko za obrączkę i zegarek. Nikt nie chciał słuchać, że zapłacę po powrocie matki. Od załamania ratowała mnie tylko życzliwość i serce ludzi, u których mieszkałam.
     Tydzień trwała wędrówka matki i siostry do Warszawy. Szły przed siebie w mroźne styczniowe dni po lodzie, przez zamarzniętą Pilicę, mijały domy ludzkie, zamknięte na głucho, nieczułe na prośby o nocleg. Nocowały w punktach organizowanych przez RGO i Milicję Obywatelską wśród rzeszy takich jak one, na słomie i w burdzie. Nie słuchały tych, którzy wracali z Warszawy, opowiadając niesamowite historie o zburzonym, pustym mieście. Doznały upokorzenia tułacza po raz drugi. Ale była to tułaczka inna od tej w dniu 1 października. Wracały do domu. Obojętne, czy dotrą do tego własnego. Wracały do swojego miasta, do życia, do siebie. I wróciły. Nasz dom ocalał, mieszkanie nie zostało spalone, ale pozostały w nim niemal puste ściany. Wszystko rozkradli ci, którzy przyszli wcześniej, ale nie uchodźcy spaleni i zniszczeni, tylko ci, którzy zarobili po tym na ludzkiej krzywdzie ciężkie pieniądze.
     Wśród morza ruin i zgliszcz były cztery własne ściany, które stały się najwyższym szczęściem i niespodziewaną nagrodą za cierpienie.
     Po kilku tygodniach, jadąc na dachu pociągu, przyjechała po nas matka, przywożąc pierwszy biały chleb dla dzieci, radosne wieści o ocalałym domu i trochę pieniędzy otrzymanych od rodziny. Rozpoczęłam swoją wędrówkę. Dwie doby czekania na zamarzniętym dworcu w Koluszkach, podróż odkrytymi węglarkami do Warszawy z maleńkimi, źle ubranymi dziećmi. Jechaliśmy w tłoku, ścisku i zgiełku tłumów ciągnących do miasta. Ta sama droga po zaspach śniegu z Dworca Zachodniego na Żoliborz.
     Łzy smutku na widok ruin i zgliszcz, uśmiech szczęścia, kiedy przekroczyłyśmy bramę domu, życzliwy uśmiech od spotkanego sąsiada i pierwszy spokojny sen na podłodze własnego mieszkania. I przyszły dni nowego życia. Wśród ruin bez środków utrzymania. Wszystko od nowa. Wszyscy byliśmy biedni, ale radość przetrwania dodawała sił. Rozpoczęłyśmy życie codzienne od gotowania gorącej kawy, którą sprzedawałyśmy ludziom handlującym na pobliskim bazarze. Gotowałyśmy zupy, które nosiłyśmy, zarabiając w ten sposób na skromne codzienne bytowanie.
     Wybierałyśmy drzewo ze zburzonych domów, aby ogrzać swój własny. I znowu poczułyśmy smak chleba kupionego już za pierwsze zarobione pieniądze. Brałyśmy udział w ekshumacji zwłok brata z dziedzińca własnego domu i w pogrzebie na cmentarzu powązkowskim.
     Powracały wspomnienia przeżytych dni Powstania. Wspólne dni radości z powracającymi bliskimi i znajomymi. Porządkowałyśmy dom, ponownie wędrowałyśmy po straszliwie zburzonym mieście.
     Wszyscy wiedzieliśmy, że miasto żyje i my je odbudować musimy tak jak odbudowaliśmy własne zrujnowane domy. Dni biegły szybko. Nie było czasu na rozpamiętywanie. Trzeba było pracować w ciężkim trudzie dla siebie i dla innych. Tu liczyła się każda godzina. Zaczął się wyścig pracy, wyścig z czasem, który pracował tylko na naszą korzyść, a potem pierwsza praca w otwieranych żoliborskich sklepach. Zostałam ekspedientką i rozdzielałam przydziały towarów na kartki.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten