Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Jadwigi Szmidt


     Pociąg ruszył i przyszło opamiętanie. A teraz, dokąd i co dalej? Młodszą córkę powierzyłam siostrze, aby uchronić ją od ewentualnych dalszych niebezpieczeństw. Przez szyby naszego pociągu zobaczyłam mijające nas zadrutowane węglarki, wywożące do obozów tych, którzy przeszli już przez selekcję niemiecką.
     Około południa dojechaliśmy do małego miasteczka Bliżyn koło Skarżyska Kamiennej. Tu już nikt nie pomagał nikomu i mało kto zwracał na kogoś uwagę. Wyrzucono nas na podmokłą łąkę koło stacji i byłyśmy zostawione własnemu losowi. Po pewnym czasie zjawili się przedstawiciele RGO z miejscowym księdzem proboszczem, od których dowiedzieliśmy się, że zostaniemy osiedleni w odległej o 3 kilometry wsi Sorbinie u miejscowych mieszkańców. Pozostawało kilkugodzinne oczekiwanie na zmiłowanie ludzkie i życzliwe ręce, które miały się do nas wyciągnąć.
     W Bliżynie, oczekując na swój los, zostałyśmy chwilowo przyjęte w domu państwa Fabijanowskich, w którym pozwolono nam umyć się i nakarmić głodne dzieci. Z tymi ludźmi, dla których mam najwyższe uznanie, los połączył nas na kilka miesięcy tułaczego życia. Pod wieczór zjawili się miejscowi gospodarze. Na wóz załadowano starców i bagaż, a my powędrowałyśmy piechotą do naszego nowego miejsca pobytu.
     Długo nie chciano nas przyjąć do domów. Byłyśmy głodne, utrudzone i odsyłane od drzwi do drzwi. Któż bowiem chciał wziąć trzy kobiety i dwoje małych dzieci? A może jeszcze i wyżywić? Z goryczą w sercu odchodziłyśmy od zamykanych przed nami drzwi. Wreszcie przyjęto nas do małej przybudówki, klitki, w której wraz z dwojgiem dzieci spałam na jednym łóżku, na słomie, przykrywając się własnym płaszczem. Matka obok na wyrku, a siostra znalazła przytulisko w sąsiedniej chałupie w zamian za opiekę nad małym dzieckiem gospodyni.
     Zaczęły się trudne dni, często pełne upokorzenia, wymówek ze strony gospodarzy. Dni tułacze oblewane łzami. Życie w warunkach dalekich od wszelkich elementarnych zasad higieny. Zrozumiałyśmy, że na ludzką życzliwość i pomoc w tych warunkach liczyć nie możemy. Trzeba było żyć, brać się do pracy i samodzielnie urządzać życie.
     Byłyśmy młode i po ponownych chwilach zwątpienia w człowieka, trzeba było nawiązać kontakty z ludźmi. Mając trochę pieniędzy wywiezionych z Warszawy, zaczęłyśmy kupować mięso u gospodarzy, piec z niego pasztety, które moja matka wywoziła do Skarżyska Kamiennej i sprzedawała w restauracjach. Miałyśmy co jeść. Najbardziej dręczył brak niepewności jutra i tęsknota za pozostawionym w Warszawie domem, niepewność, co się z nim stało i czy wrócimy.
     Powoli przyzwyczajałyśmy się do niewygód, brudu, a nawet robactwa, którego wszędzie było pełno.
     W pobliskim Bliżynie, z punktu RGO otrzymywałyśmy przydział mąki na chleb. Po tę mąkę wędrowałam do miasta, a matka piekła chleby.
     Zbliżała się zima. Dzieci wymagały ciepłego ubrania, ogrzanego kąta, a tu na ścianach i oknie osiadał szron, mimo, że przez ścianę w ogrzanych pomieszczeniach wygodnie mieszkali właściciele domu. Dla nas tam miejsca nie było.
     Pozostawiono nas samym sobie - Święta Bożego Narodzenia spędziłyśmy pod jednym dachem z żołnierzami niemieckimi z formacji własowców, którzy zajęli szereg domów we wsi na kwatery.
     Oni szykowali się do świąt, a my nie miałyśmy nawet, gdzie usiąść do skromnej, tułaczej wigilii. Przez ścianę słychać było gwar rozmów, śpiewy żołnierskie, a my, dzieląc się opłatkiem, myślami wracałyśmy do minionych dni Powstania, poległych i bliskich, o których nic nie wiedziałyśmy. Smutne to były święta i sylwester 1944 roku.
     Po nowym roku ruszyła wielka ofensywa. Przez naszą wieś dzień i noc przewalały się oddziały wojsk niemieckich, które znalazły się w okrążeniu. Wychodziły ze wsi, aby po paru godzinach wrócić do niej. Coraz wyraźniej od strony Starachowic słychać było działa radzieckie.
     Dnie i noce stawały się piekłem. Trzeba było nieraz ukrywać się w kopcach na kartofle, na strychach, aby uniknąć rąk żołnierzy niemieckich. Miałam wtedy 23 lata, a siostra 21. Jakim cudem udało nam się uniknąć zgwałcenia, a nawet zamordowania, do dziś nie wiem. Może chroniły nas dzieci, które przerażone, zastraszone patrzyły szeroko otwartymi oczami na piekło, które otworzyło się przed nami.
     Nikt z nas i ludności miejscowej nie znał swego dnia ani godziny. Działa słychać było coraz bliżej. Niemcy odeszli i oto pewnego dnia wieczorem z pobliskiego lasu przyszli do nas żołnierze radzieccy w szarych szynelach, z workami zamiast tornistrów na plecach. Umęczeni, ale uśmiechnięci, życzliwi. Na naszym stole zjawił się żołnierski chleb, słonina podane życzliwą ręką żołnierza przynoszącego wolność. Płakaliśmy wspólnie, śmieliśmy się wspólnie, łamaliśmy chleb i piliśmy ze wspólnej manierki.
     Smak tych dni wolności łączyć się będzie zawsze z zapachem i smakiem chleba, uśmiechem człowieka do człowieka. Żyjemy, jesteśmy, ale co dalej? Wojsko odeszło, przetoczyły się działa - dalej na zachód i oto gruchnęła wieść „Warszawa wolna". Styczeń był bardzo mroźny tego roku, około minus dwudziestu stopni. W pewnej chwili zapadła jednogłośna decyzja „wracamy". Niestety wszystkie wracać nie mogłyśmy. Dzieci nie zniosłyby trudów pieszej wędrówki. Matka wraz z siostrą wyruszyły w pieszą pielgrzymkę do Warszawy. Zostałam z dziećmi w Bliżynie u życzliwych państwa Fabijanowskich. Byłam u dobrych ludzi, ale bez środków do życia. Nastąpiła wymiana pieniędzy. Dni biegły. Od matki i siostry nie miałem żadnych wiadomości. Dochodziły wieści, że Warszawa zaminowana, powracający do niej ludzie zastawali same gruzy i zgliszcza. Dzieci były głodne. Zaczęłam znowu wędrówki do wsi Sorbin, aby zdobyć trochę chleba, mleka i masła. Wędrówki przez las nie były łatwe. Podobno ukrywali się w nim jeszcze uciekinierzy - żołnierze niemieccy.
     Podchodzili nocą do wsi, żądali chleba i cywilnych ubrań. Kogoś złapali w lesie, ograbili i bagnetem przybili do drzewa. Mleko i masło dostałam, ale tylko za obrączkę i zegarek. Nikt nie chciał słuchać, że zapłacę po powrocie matki. Od załamania ratowała mnie tylko życzliwość i serce ludzi, u których mieszkałam.
     Tydzień trwała wędrówka matki i siostry do Warszawy. Szły przed siebie w mroźne styczniowe dni po lodzie, przez zamarzniętą Pilicę, mijały domy ludzkie, zamknięte na głucho, nieczułe na prośby o nocleg. Nocowały w punktach organizowanych przez RGO i Milicję Obywatelską wśród rzeszy takich jak one, na słomie i w burdzie. Nie słuchały tych, którzy wracali z Warszawy, opowiadając niesamowite historie o zburzonym, pustym mieście. Doznały upokorzenia tułacza po raz drugi. Ale była to tułaczka inna od tej w dniu 1 października. Wracały do domu. Obojętne, czy dotrą do tego własnego. Wracały do swojego miasta, do życia, do siebie. I wróciły. Nasz dom ocalał, mieszkanie nie zostało spalone, ale pozostały w nim niemal puste ściany. Wszystko rozkradli ci, którzy przyszli wcześniej, ale nie uchodźcy spaleni i zniszczeni, tylko ci, którzy zarobili po tym na ludzkiej krzywdzie ciężkie pieniądze.
     Wśród morza ruin i zgliszcz były cztery własne ściany, które stały się najwyższym szczęściem i niespodziewaną nagrodą za cierpienie.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten