Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Teresy Wizy


foto

Przyszły wiadomości, że Niemcy byli już blisko i zapewne wejdą do naszego domu. Naraz rozpoczął się bardzo bliski ostrzał. Założyłam dzieciom futerka, kalosze, sama przebrałam się w lepszy kostium i na niego włożyłam zimowy płaszcz. Dzieciom pozakładałam u pasków garnuszki.
     Rozpętało się piekło. Wszyscy zgromadziliśmy się w piwnicznym korytarzu, poubierani, z tobołkami i walizkami. Potem usłyszeliśmy czołgi otaczające domy ze wszystkich stron, które wjechały na dziedziniec pod same okna i gradem kul obsypywały nasze domy, właściwie ruiny. Nałożyłam plecak i poczułam, że uginałam się pod jego ciężarem i nie dałam rady. Przeszłam do swojej piwnicy i całą jego zawartość wysypałam na łóżko. Chciałam coś ważniejszego wybrać, ale wszystko wydało mi się równie ważne, a jednocześnie równie obojętne wobec życia. W końcu pomyślałam, że nie było sensu obciążać się bagażem. Postanowiłam pójść z mniejszym ciężarem i nie męczyć się tak przed spodziewaną śmiercią. Wzięłam tylko torebkę ręczną z listami i najdroższymi fotografiami, pamiątkami i małą walizeczkę, w której było ½ litra spirytusu, trochę cukru, zmiana bielizny dla dzieci, parę chustek do nosa i ręcznik. Sąsiedzi naradzali się, co powiedzieć, gdy Niemcy wejdą.
     Nastała nagle cisza, ucichł ostrzał i usłyszeliśmy jak w sąsiedniej piwnicy pani Niemczykowa, znająca język niemiecki, zawołała, że tu są ludzie. Następnie donośne, od dwóch miesięcy nie słyszane, gardłowe wrzaski niemieckie. Po pewnej chwili zrozumieliśmy, że obok już wszyscy opuścili piwnice, a Niemcy nie orientowali się, że dalej istniały schrony. Lęk nas ogarnął, że mogą się wściec za swoją pomyłkę i rzucić miotacze ognia. Jeden z sąsiadów zawołał, że tu jest dużo ludzi. Niemcy zaczęli krzyczeć: „schnell, schnell" i wszyscy pospiesznie opuszczaliśmy piwnicę. Moja najmłodsza Ewa tak się rozpłakała, że przez całą drogę krzyczała: „mama-miemiec, mama-miemiec". Wzięłam walizeczkę i torebkę, dziewczynki trzymały się moich rękawów, Krzyś szedł przede mną, a moi rodzice za nami.
     Na dziedzińcu zobaczyłam, że „zaopiekował się" nami Wehrmacht, a nie Ukraińcy. Wokół stały małe i duże czołgi. Ziemia była śliska po nocnym deszczu. Wyszliśmy na ulicę Tyniecką. Zaraz przy rozkopanym chodniku poślizgnęłam się i upadłam razem z Ewą. Jakiś pan bez bagażu dopomógł mi. Potem przeniósł dzieci, ponieważ nie mogłam przejść przez rowy, pomógł dziadkom i niósł jakiś czas chorą Grażynkę. Liczył, że jego córeczce, która pozostała w Śródmieściu, również ktoś okaże pomoc. Był to pan Ciborski. Mówił, że miał na Kruczej skład obuwia. Jego pomoc okazała się nieoceniona, bo miałam ręce zajęte bagażem.
     Weszliśmy w ulicę Lenartowicza i wtedy nadleciała z Okęcia eskadra samolotów niemieckich. Kłębki białych dymów usiały niebo nad nami. Eskortujący nas Niemcy obawiali się nalotu i zaczęli nas poganiać, panika ogarnęła tłum. Kazali nam schronić się do przydrożnych willi i jak samoloty przeleciały, poszliśmy dalej. Szliśmy wciąż w kierunku zachodnim przez pola, drogami, którymi wielekroć chodziliśmy na spacery. Jak okiem tylko sięgnąć, ciągnął się nieskończony tłum wysiedlonych.
     Na Mokotowie rozgorzała ostateczna walka, słychać było jej odgłosy, a my oddalaliśmy się w pola. Niedługo straciliśmy z oczu nasze domy. Stało się to, co nie chciało się nam dotychczas pomieścić w głowie, wyzuto nas ze wszystkiego i prowadzono jak niewolników na niewiadome losy. W pierwszej willi za polami był nasz pierwszy postój. Rosło tam dużo pomidorów. Wszyscy spragnieni rzuciliśmy się je zrywać. Po chwili odpoczynku skręciliśmy na południe i ruszyliśmy w dalszą drogę.
     Szliśmy na Służewiec, równolegle do ulicy Puławskiej. Idąc dalej polami poza zasięgiem walk, mijaliśmy opuszczone domy i wille, z czarnymi otworami zamiast okien, ciche, nieżywe. Mogliśmy iść powoli i gdy Niemcy zarządzili drugi postój, usiedliśmy na zżętych kopkach pszenicy. Tutaj po raz pierwszy oddzielili mężczyzn od kobiet. Dla tych żon, które miały mężów dotychczas przy sobie, to był straszny moment. Między innymi zabrali dr. Michalaka, który opiekował się moimi chorymi dziećmi oraz jego brata. Niemcy pozostawili tylko starszych mężczyzn.
     Kiedy się tak spojrzało na nieprzebrane mnóstwo zbiedzonego narodu, to niczym wydawały się dotychczasowe opisy różnych cierpień narodowych. Wszyscy szli powoli, pochyleni pod ciężarem smutku i pod ciężarem dźwiganego dobytku. Widziałam tępe spojrzenia i woskowe twarze. Niektórzy dźwigali na plecach nieprawdopodobnej wielkości toboły, inni mieli tylko ręczną torebkę. Jakaś matka niosła tylko malutkie dziecko w poduszce. Widziałam Michalakową z plecakiem i z dzieckiem na rękach, przygnębioną po rozstaniu z mężem; widziałam Białową, której mąż aptekarz zginął pod gruzami swojej apteki, Kowalskich ze sklepiku, naszych najbliższych sąsiadów Zbrzeźniaków, Leona Nowakowskiego z wielkim, czerwonym tobołem na plecach. Na wysokości dworca kolejki Grójeckiej poszliśmy polami na ul. Puławską. Tu walk nie było - teren był całkowicie niemiecki. I znów zobaczyłam tę całą potęgę niemiecką. Te bunkry, liczna załoga, masy sprzętu napełniły mnie zdziwieniem, że mimo takiej potęgi mogli się bronić dwa miesiące. To był wtorek, 26 września, w tym dniu mijało równo 8 tygodni od chwili wybuchu Powstania. Jak mylne było nasze przeświadczenie, że Niemców było mało, że byli słabi i w odwrocie. Nasza wędrówka trwała od ósmej rano do trzeciej popołudniu.
     Przechodziliśmy przez tereny o niezliczonej ilości zabudowań, w których mieściły się wojska niemieckie. Niekiedy żołnierze dawali po drodze chleb, ale z tego korzystały tylko pierwsze szeregi.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten