Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Teresy Wizy


foto

     Wreszcie dotarliśmy do stajen wyścigowych na Służewcu, w których miało być dla nas pomieszczenie. W momencie naszego przyjścia baraki były puste. Na ziemi znajdowała się rozrzucona obrzydliwa słoma. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby na niej usiąść, więc rozlokowaliśmy się na jakiejś skrzyni, coś w rodzaju żłobu, obok sąsiadów z naszego bloku. Zostawiłam dzieci z rodzicami i poszłam rozejrzeć się, czy nie można by postarać się gdzieś o jedzenie. Stwierdziłam wówczas, że talent przystosowania się do najcięższych warunków miały tylko osoby z ludu. Tacy to sobie najlepiej radzili. Ludzie zaczęli kopać kartofle, porobili doły, w których je piekli albo gotowali zupę. Place między barakami pokryły się masą ognisk i tłumem krzątającej się ludności. Poprzynosili ze sobą zapasy kaszy, słoniny, mąki i przede wszystkim mieli garnki, wyszukiwali też jakieś puszki i blaszanki. Nie miałam żywności, ani nie miałam, w czym gotować. Poprosiłam jakiegoś żołnierza o łopatę i z trudem z twardej udeptanej ziemi wykopałam trochę ziemniaków. Beznadziejnie przedstawiała się sprawa ogniska. Były niezliczone ilości sań, które ludzie rąbali i tym palili, ale sanie mocne, duże, nie wiedziałam jak się do nich zabrać. W końcu żołnierz pożyczył mi młot, którym rozbiłam parę kawałków drzewa i rozpaliłam ognisko, ugotowałam w małym garnuszku trochę kartoflanki, której po kubeczku wystarczyło dla dzieci. Spędziliśmy noc o głodzie. Nasz barak tak jak i wszystkie inne zapełnił się szczelnie. Gdy ściemniło się, stanęłam na chwilę przed barakami i patrzyłam na pociski, świecące jak gwiazdy, lecące od strony Służewca na miasto. Leciały jeden za drugim, całą noc i musiałam myśleć o tym, że w tym piekle pozostał mój mąż i siostra, a my już wyszliśmy. Mój syn Krzyś powiedział: „dobrze, że jeszcze tak. Myślałem, że gorzej z nami zrobią".
     Szykowaliśmy się do odpoczynku. Okazało się, że przyszły ogromne masy ludzi. Koło nas tak się ścieśniło, że ledwie mogłam siedzieć na ziemi. Dzieci położyłam koło siebie na obrzydliwej słomie. Moi rodzice ledwo zmieścili się. Poczułam jak mnie wszy oblazły. Po takim wyczerpującym dniu strasznie chciało się spać, ale szum i hałas nie ustawał. Żołnierze przyprowadzali coraz to nowych wysiedleńców. Zdawało się, że ani jeden człowiek się nie zmieści, a wciąż przybywali nowi. Pewien żołnierz niemiecki, wciskając pomiędzy nas kobietę z dzieckiem, wygłosił przemowę, że musimy sobie wzajemnie pomagać i mówił: „my Niemcy wam pomagamy, a wy sobie wzajemnie nie chcecie pomagać". Może niektórzy z nich istotnie wierzyli w to, co mówili. Byłam świadkiem jak młodego oficera indagowały panienki o dalsze nasze losy. On im tłumaczył łamaną polszczyzną, że to oni ratowali nas z płonącej Warszawy; rannych i chorych pozostawionych w ruinach zabiorą samochody Czerwonego Krzyża i zawiozą do szpitala, ale nie można wszystkiego zrobić od razu, bo oni robią, co mogą, a zadań do wypełnienia mieli wiele: wojnę prowadzili, „bandytów" z Warszawy musieli wygonić i ludność cywilną uratować.
     O świcie poderwaliśmy się wszyscy ze swoich legowisk i rozeszła się pogłoska, że mieliśmy odejść w dalszą drogę. Pospiesznie spakowaliśmy się i zwijaliśmy tobołki. Kości bolały, czerwone oczy pełne były jakby piasku. Dowiedzieliśmy się, że mamy wyruszyć dopiero o jedenastej. Niektórzy już opuszczali obóz pod konwojem i mieli iść do Włoch, a stamtąd kolejką do Pruszkowa. Pozostali ludzie zabrali się do gotowania. Jak poprzedniego dnia rozpalali ogniska i gotowali zupy, gnietli na kamieniach kluski, piekli nawet placki na cegłach, ale w wielu wypadkach było inaczej niż u mnie. Często było małżeństwo z jednym dzieckiem lub kilka młodych i zdrowych kobiet w jednej rodzinie, które mogły zająć się gotowaniem i rozpalaniem ogniska, a ja byłam tylko sama z dwojgiem starych rodziców i trójką małych schorowanych dzieci. Zmieniłam Grażynce opatrunek na uszkach, wciąż ciekła z nich ropa po przebytej szkarlatynie i wybrałam się po wodę. Nasi dozorcy zorganizowali dostawę wody do obozu w ten sposób, że bezustannie kilku wskazanych przez nich mężczyzn nosiło wodę do stojących kotłów. Potem te kotły przynosili bliżej baraków. Tłum czekających ludzi opróżniał zaraz kocioł i następnie inni mężczyźni wyznaczeni przez Niemców szli z nimi do kranu po wodę. Zdobyłam jakieś butelki i przyniosłam wodę. W litrowym garnuszku, który miałam ze sobą, zagotowałam ją przy ognisku u życzliwych sąsiadów, dodałam alkoholu oraz cukier i takim gorącym grogiem obdzieliłam moją rodzinę. Dostali jeszcze po kawałku cukru, ostatki sucharów i na śniadanie. Ta gorąca i słodka wódka, którą i dzieci dostały, dobrze zrobiła i rozgrzała po chłodnym poranku.
     Wyszliśmy z baraków i ustawialiśmy się w długie szeregi. Byli wszyscy sąsiedzi. Spostrzegłam duży autobus, przy którym stał tłum. Dowiedziałam się, że on zabierze chorych i słabych, tylko przyjdzie władza, która o tym zadecyduje. Odłączyliśmy się z szeregu i stanęliśmy przy autobusie w nadziei, że widząc chorą Grażynkę i staruszków, zabiorą nas.
     Pieszy marsz do Włoch przerażał nas. Nasza kolumna odeszła. Chcieliśmy ją gonić, lecz wojskowi nam nie pozwolili, bo bez konwoju nie wolno było chodzić. Musieliśmy czekać na następny transport. Po paru godzinach oczekiwania około godziny trzeciej podeszła na tor kolejka, która miała nas zawieźć do Pruszkowa. Nastąpiło szamotanie, widziałam jak ludzie się rozpychali, nadeptywali. Wreszcie wepchnęliśmy się całą rodzinę i pociąg odjechał. Wspięłam się na jakiś tobół i wyglądałam z nad desek węglarki. Przejeżdżaliśmy obok mocno zniszczonych zabudowań Okęcia, a od strony zachodniej było widać Warszawę. Domy stały jak szkielety i odgłosy walk do nas dochodziły. Musiałam myśleć o tym, że tam był mój mąż.
     O piątej po południu dojechaliśmy do Pruszkowa. Po drodze przed Włochami widzieliśmy cały nasz transport, który wyszedł ze Służewca jeszcze rano. Nie uszli nawet połowy drogi, a w Pruszkowie byli dopiero o północy. Po drodze ogarnęło nas zdziwienie i pewna zazdrość, że tuż zaraz za Warszawą, gdzie jeszcze słychać było odgłosy walk, życie szło normalnym torem. Ludzie chodzili swobodnie, nie głodni, dobrze poubierani i gapili się na pociąg pełen widm. Po dwóch miesiącach walki, niebezpieczeństw, chwil nabrzmiałych grozą i rozpaczliwych przeżyć, do łez doprowadzał nas widok normalnego życia.
     Dojechaliśmy do Pruszkowa i po wyładowaniu ludzi z wagonów, prowadzono nas do obozu. Zaraz przy wejściu zobaczyłam córkę sąsiadów Buśkiewiczów, w fartuchu pielęgniarki, która zwróciła się do nas z pytaniem, co się stało z jej rodzicami. Uspokoiłam ją, że ich widziałam i stwierdziłam, że nadejdą niebawem. W dalszej drodze zaopiekowała się nami inna pielęgniarka i widząc chorą Grażynkę i staruszków opadających z sił, zdecydowała zaprowadzić nas do baraku przeznaczonego dla chorych i rannych. Po drodze zauważyłam z radością kosze pełne chleba porozstawiane przy chodnikach. Ta pielęgniarka dała nam tyle chleba, ile tylko zdołaliśmy unieść. Ewunia tuliła do siebie swój kawałek i gdy chciałam zabrać, żeby jej było wygodniej nieść, wołała: „nie dam chlebka, nie dam chlebka...". Opieka pielęgniarek Polek i widok chleba dodały nam nieco otuchy. Myślałam, że skoro Niemcy karmią i leczą, nie będą chyba zaraz mordować, chociaż u nich nigdy nic nie było wiadomo. W wielkiej hali, do której weszliśmy, na cementowej podłodze, leżały maty słomiane pełne wszy, ale już i tak zawszawiliśmy się na Służewcu. Miałam się potem przekonać, że ten blok drugi był rzeczywiście znacznie czyściejszy i mniej przepełniony niż inne. Zsunęliśmy razem dwie maty na legowisko dla nas i zabraliśmy się do spożywania upragnionego chleba. Pielęgniarki przyniosły nam jeszcze dobrej zupy i skondensowanego mleka rozcieńczonego gorącą wodą dla dzieci. Mogłam znów zrobić Grażynce opatrunek i posiliwszy się po raz pierwszy od dwóch dni, ułożyliśmy się do snu.
     W nocy przychodziły nowe transporty, tak, że ten barak dla chorych zapełnił się bardzo szybko. Noc była chłodna. Gdy się rozwidniło, powstawaliśmy wszyscy. Dostaliśmy znów mleko z wodą. Stanęłam w ogonku do komisji lekarskiej, która miała zdecydować o ewentualnym wyjeździe do Rzeszy lub do Generalnej Guberni. Za stołem komisyjnym siedział dr König w niemieckim mundurze. Z jednej strony miał do pomocy młodego lekarza Polaka, a z drugiej pielęgniarkę, która wypisywała decyzję. Podeszłam z dziećmi, a moi rodzice przyszli osobno. Nie chcieliśmy by komisja widziała, że dzieci mogłyby poza mną mieć opiekę. Miałam wtedy 36 lat i mogli mnie jeszcze wysłać do Rzeszy. Dostaliśmy skierowanie do Generalnej Guberni.
     Przekazano nas do baraku pierwszego. Brud, kurz, już nie było tu mat. Kto mógł, to gromadził sobie deski, drzwi, kloce, żeby tylko nie siedzieć na gołym cemencie. Tutaj spotkałam sąsiadów i dowiedziałam się o tragedii jednego z nich pana Świątkowskiego, który zostawił w piwnicy naszych bloków żonę od lat sparaliżowaną i syna Krzysztofa kontuzjowanego w czasie bombardowania naszego domu. Krzysztofa wydobyto żywego, ale mimo, że żadnych obrażeń nie było widać, stracił wzrok, majaczył i nie odzyskał przytomności. Jego ojca z dwojgiem młodszych dzieci Niemcy zmusili do wyjścia wraz ze wszystkimi wysiedlonymi. Myślałam, że ich zabito albo porzucono zapomnianych na śmierć głodową. Dowiedzieliśmy się później w Krakowie, że zostali przewiezieni wozem Czerwonego Krzyża do szpitala w Tworkach, w którym oboje zmarli. Krzysztof miał dopiero 18 lat.
     Tymczasem na dziedzińcu pojawiły się wozy z kotłami i zaangażowani do tej roboty wysiedleńcy rozlewali ludziom zupę. Kolejki były bardzo duże, ale doczekałam się i dostałam zupę do swego małego garnuszka. Moja mama zdobyła dużą puszkę od marmolady i znów wybrała się po zupę. Posililiśmy się dostatecznie, umyłyśmy wiaderko i poszłyśmy z mamą po wodę, w której mydełkiem do golenia, znalezionym u mego ojca, umyłyśmy dzieci i siebie. Natrafiłam w torebce na klucze od mieszkania, więc je zawiesiłam na jakimś kołku w słusznym przekonaniu, że już nigdy nimi drzwi mego domu otwierać nie będę. Zbliżała się godzina trzecia i wszczął się duży ruch. Spakowaliśmy się i razem z tłumem ruszyliśmy ku wyjściu. Pragnęłam usilnie tego dnia wyjechać, bo lęk mnie ogarniał na myśl o nocy na tych deskach i w tym potwornym otoczeniu.
     Poruszaliśmy się powoli w tym tłumie. Dzieci były popychane i deptane. Grażynka płakała z powodu obijania tobołami. Była obolała po chorobie. Nie mogłam dzieci osłonić, ani powstrzymać przed naporem tłumu. Obie ręce miałam zajęte. Kiedy znalazłam się blisko wyjścia, czułam, że nie przeciśniemy się w tym napierającym tłumie. Wtedy pewien młody człowiek z opaską Czerwonego Krzyża wziął Ewę na ręce i Grażynkę osłaniał od uderzeń i potrąceń. Gdy moi rodzice i ten młodzieniec z dziewczynkami już przeszli, żołnierz położył mi karabin pod nos i powiedział: „szlus" i już więcej do tego pociągu nie puszczał. Zostałam z Krzysiem, ale gwałtownie perswadowałam żołnierzowi, że tam została moja familia, moje małe dzieci i szczęśliwie nas przepuścił. Niemcy ładowali ludzi po kolei, wagon po wagonie. Byliśmy ostatni. Dostaliśmy się do pierwszego wagonu przy lokomotywie. Wejść było trudno. Wagony zostały pozapychane. Widziałam jakieś kartofle porozsypywane po stopniach. Pogubione tobołki utrudniały wejście. Wagony były osobowe, następnie pociągi składały się z wagonów bydlęcych. Kto już siedział jako tako, walczył o to, żeby nikogo więcej nie wpuścić. Ludzie byli dla siebie nieprzychylni i nieuczynni. Po wielkich sporach wywalczyłam jedno miejsce siedzące na nas czworo: dla mnie i dla dzieci. Rodzice moi mieli jedno miejsce na korytarzu. Rozlokowaliśmy się na walizeczce i na tobołkach na podłodze. Niedługo nastąpił odjazd w nowe nieznane życie. Czy na pewno życie? Wówczas nie byliśmy tego zbyt pewni. Warszawa walcząca zostawała coraz dalej za nami.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten