Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Teresy Wizy


foto

     Jechaliśmy przeszło dobę od południa 27 września do późnego wieczora następnego dnia. Staliśmy długo w nieznanych okolicach. Eskadry samolotów przelatywały nad nami. W czasie postojów ludzie dawali, co mieli. Przy oknach tłoczyły się zawsze te same osoby, ale i ja dostałam trochę jabłek, pomidorów, co okazało się zgubne dla moich dzieci. Schorowane i nieprzyzwyczajone do surowych owoców dostały strasznej biegunki. Wprawdzie w wagonie istniała ubikacja, ale nie można było się do niej dostać. Ludzie leżeli z bagażami na korytarzach i przejść nie pozwalali. Pozostawało tylko okno. Nocą 28 września nasz pociąg wjechał na pewien dworzec, który był oświetlony i znajdowało się dużo ludzi na peronach. Panikarze mówili, że to jest koniec i wjeżdżamy do komory gazowej. Jednak było inaczej. Żołnierze pootwierali wagony i kazali wychodzić.
     Gdy wyszłam z wagonu z moją rodziną, podeszły do nas panie Polki i widząc dwoje staruszków i chore dzieci, otoczyły nas opieką. Wzruszająca ich troskliwość i dobroć doprowadzała do długo tłumionych łez. Na peronach zostały porozstawiane kotły z zupą i panie obdzielały wszystkich, którzy pragnęli posiłku. Mnie z moją rodziną zaprowadziły do lekarza, który na dworcu udzielał pomocy lekarskiej i porad. Musiałam umyć moje dziewczynki, które po biegunce były strasznie zabrudzone. Jedna z pań przyniosła tylko miskę zimnej wody, bo ciepłej nie mogła dostać. Rozebrałam dzieci, wstawiłam do miski, umyłam i przebrałam. Po przebytej szkarlatynie, wycieńczone i wygłodzone dzieci nawet nie zaziębiły się. Dworzec był pełen żołnierzy przemęczonych, śpiących na podłogach, tak stłoczonych, że trzeba było ostrożnie przez nich przechodzić. Gdy weszłam z dziećmi do lekarza, poznałam znajomego z Poznania dr Ludwika Komczyńskiego, który obiecał zaopiekować się nami.
     Okazało się, że przyjechaliśmy do Miechowa, a nasz transport był pierwszym z Warszawy. Mieszkańcy Miechowa bardzo przejęli się możliwością udzielenia opieki wysiedleńcom warszawskim, chętnie nieśli pomoc i do głębi byli wzruszeni naszą niedolą. Wszyscy zaofiarowali się przyjąć na pierwszą noc do siebie rodzinę lub pojedyncze osoby. W ciągu paru dni mieliśmy być przez RGO rozprowadzeni po okolicy, po wsiach i miasteczkach i znaleźć przytułek u tych ludzi, którzy zgłosili chęć zaofiarowania dachu nad głową. Może, dlatego Miechów i okolice był uczulony na niedolę bliźnich, ponieważ tam osiedlili się poznaniacy wysiedleni ze swoich domów zimą 1939/1940.
     Na tę noc zabrała nas do swego domu pani Kazimiera Kańska, nauczycielka w Miechowie. Męża jej nie było w domu. Z pewnych niedomówień wywnioskowałam, że był w tak zwanym „lesie". Krótko przed naszym przybyciem miechowskie przeżyło miejscowe powstanie, o którym niechętnie mówiono. Pani Kańska zajęła się nami niezwykle troskliwie, nie zwracając na to uwagi, że byliśmy zawszeni i zabrudziliśmy jej mieszkanie i pościel. Byliśmy u niej trzy dni, zanim nie odjechaliśmy do cukrowni w Kazimierzy Wielkiej. Dr Komczyński skierował mnie z rodziną do tej miejscowości ze względu na to, że cukrownia cieszyła się opinią dostatniej i mogącej zapewnić pomoc i wyżywienie.
     Po skierowaniu nas do Kazimierzy pojechaliśmy tam kolejką wąskotorową. Przyjechaliśmy w nocy i ze stacji kolejki ciężarówka fabryczna zawiozła nas do cukrowni. Tam również społeczeństwo przygotowało się na przyjęcie warszawskich biedaków. Obdzielono nas dużymi pajdami chleba z masłem, serem, kawą i zaprowadzono na strych do suszarni, gdzie na słomie mieliśmy się przespać do rana. Osoby, które zajmowały się wysiedleńcami, po powtórnym poczęstunku przeprowadzały rozdział przybyłych. Skierowywały rodziny i pojedyncze osoby do pobliskich wsi i miasteczek, do rodzin, które zgodziły się przyjąć podopiecznych. Dwie panienki pracujące w tym ofiarnym zespole widząc, że byłam żoną lekarza i miałam schorowane dzieci, zdecydowały, że wezmą moją rodzinę do siebie, to jest do swoich rodziców. Ich ojciec inżynier Szarejko był dyrektorem cukrowni i nie miał jeszcze pod opieką żadnej warszawskiej rodziny. Po zapoznaniu się z moimi personaliami okazało się, że jeszcze jedna z pań - Helena Tadeuszakówna była dawną znajomą mego męża z Poznania.
     Państwo Szarejko oddali nam do dyspozycji pokój, karmili nas i mogliśmy się myć i kąpać, przepierać nasze biedne resztki odzieży, spać i wypoczywać. Nie tylko ich dobroci i serdeczności doświadczyłam.
     Mieszkańcy Kazimierzy byli zasobni, przez 5 lat okupacji niejedni dorobili się znośnych warunków bytu, ale dzielili się jak mogli z potrzebującymi. RGO zbierało dary w postaci odzieży, pościeli i pieniężnej pomocy.
     Będąc jeszcze w Miechowie u pani Kańskiej napisałam kilka kart pocztowych do różnych miejscowości, w których przebywali nasi znajomi, w nadziei, że gdy mąż mój będzie mnie szukał, niewątpliwie skontaktuje się z nimi.
     Po kapitulacji Warszawy mąż razem z moją siostrą przeszedł przez Pruszków i dowiedział się, że byliśmy w Pruszkowie wszyscy i żywi. Z Pruszkowa zostali wywiezieni do Krzeszowic i stamtąd pojechali do Piotrkowa, do naszych znajomych, u których była już wiadomość ode mnie. Pojechali z powrotem i skierowali się do Miechowa, do pani Kańskiej, u której dowiedzieli się, że wysłano nas do Kazimierzy. 14 października 1944 roku mąż i siostra zjawili się w Kazimierzy. Odzyskałam po tych strasznych przejściach męża, a dzieci ojca i tak przetrwaliśmy razem do chwili wyzwolenia.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten