Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Pawła Ambrożewicza


     Wychodzenie ludności z Warszawy miało kilka terminów. Niemcy zachęcali do opuszczenia stolicy już w początku września 1944 roku. Tę szansę wykorzystały osoby ze zburzonych domów. Pamiętam, jak mówiło się wówczas, że ci ludzie spotkali się z niezbyt przychylnym przyjęciem przez Niemców. Jednym z punktów wyjścia był zbieg ulic Śniadeckich i Lwowskiej. Tam można było zauważyć grupy ludzi zmierzających ulicą Lwowską do wylotu na plac przed Politechniką.
     Po 2 października w pierwszym rzędzie miasto opuszczało wojsko, potem w kolejności przewidziano ludność cywilną. Pamiętam, że podawano pogłoskę, iż ludzie, którym mieszkania ocalały, mogli w mieście pozostać do 5 października.
     W tym samym czasie nieznana nam wcześniej wielopokoleniowa rodzina Choińskich, zamieszkała przy ul. Wilczej, trafiła do nas, ponieważ zdecydowała się nie czekać do ostatniej chwili i wyjść wyprzedzając końcowy termin opuszczenia miasta. Rodzina ta składała się z matki, starszego żonatego syna wraz z będącą w ciąży żoną i młodszego brata. Kobieta w ciąży, wychodząc z domu, poczuła bóle porodowe i urodziła dziecko w zrujnowanym lokalu sklepowym w narożnym domu u zbiegu ulic Poznańskiej i Piusa XI. Rodzina ta przebywała z nami do wyjścia w dniu 6 października 1944 roku.
     Do ostatniej chwili spodziewaliśmy się pozostać w domu. Moja mama nieświadoma odgórnych decyzji pertraktowała w tej sprawie z oficerem niemieckim. Jednak kwestia ta została przesądzona, mieliśmy opuścić mieszkanie.
     Rzeczy osobiste były od dawna spakowane. Najważniejsze dokumenty matka zabrała do piwnicy w czasie nalotów. Były rozlokowane w walizkach (neseserach). Miałem dziecięcy plecak, a mama dość dużą torbę po masce gazowej. Zastanawiając się jak całość dobytku transportować, zdecydowaliśmy się, że zabierzemy dość długie moje dziecinne sanki. Przypuszczaliśmy, że w przyszłym miejscu postoju będziemy wspólnie gospodarować wyniesionym dobytkiem, nie spodziewając się, że może nastąpić rozdzielenie naszej trójki.
     W jednym miejscu zgromadziliśmy resztki żywności: pozostałości kaszy i „podpłomyki" wypieczone z mąki. W ostatniej chwili babcia wrzuciła do podręcznej torby cztery nożyki. Matka dała mi do portmonetki mały pierścionek ze złota, na wypadek, gdybym musiał się opłacić jakiemuś Niemcowi.
     Wzięliśmy ze sobą trzymetrowy kupon materiału samodziałowego, utkanego przez naszą lokatorkę w wynajmowanym u nas pokoju.
     Wieczorem 5 października grupa Niemców zdecydowała się rozkwaterować przy ul. Lwowskiej 17 w mieszkaniu parterowym, opuszczonym przez państwa Budzyńskich. Życzyli sobie dostarczyć krzesła. Zniosłem im kilka krzeseł z naszego pokoju jadalnego, a potem pewną ilość baterii, które były używane przed kapitulacją Powstania do nasłuchu radiowego.
     Następnego dnia rano zjawił się niemiecki oficer, który wyraził niezadowolenie, ponieważ rzekomo miało nas już nie być. Matka odpowiedziała, że po zakończeniu śniadania wyjdziemy.
     Załadowawszy walizeczki na sanki, ciągnąłem je na zmianę z mamą, omijając barykady przy ul. Lwowskiej. Znaleźliśmy się na placu przed głównym budynkiem Politechniki na terenie całkowicie kontrolowanym przez Niemców. Wzdłuż ulicy 6 Sierpnia po obu jej stronach byli ustawieni żołnierze niemieccy w niedużych odległościach. Minęliśmy stojącą pod wierzbą kapliczkę usytuowaną na placu na skrzyżowaniu ulic Polnej i Noakowskiego, 6 Sierpnia i u wylotu ulic Śniadeckich i Lwowskiej, która zamykała perspektywę ulicy Lwowskiej.
     Skierowaliśmy się w stronę czerwonych murów Szpitala Wojskowego. Tuż pod jego murami, na jezdni minęliśmy bocznicę tramwajową, którą Niemcy zbudowali dla dowożenia tramwajami żołnierzy, walczących na wschodnim froncie i do warszawskich szpitali. Droga przez miasto, odbywana w bardzo zwolnionym tempie, stwarzała okazję do oglądania mijanych obiektów. Dochodziliśmy do nowego szpitala, niedokończonego przed wybuchem wojny, przeznaczonego na potrzeby wojska, cechującego się bladożółtym tynkiem, przylegającego bocznym skrzydłem do ulicy 6 sierpnia. Następnie minęliśmy skrzyżowanie z Aleją Niepodległości. Po lewej stronie znajdowały się ruiny dawnej Kolonii Staszica, a po prawej teren wojskowy. Potem przechodziliśmy koło domu naprzeciw Filtrów, stojącego przy ul. Suchej, w którym przed wojną mieszkał mój szkolny kolega Eustachy (Stachurek) Piotrowski. Szliśmy ulicą Suchą do ulicy Filtrowej, skąd przemarsz odbywał się do ulicy Raszyńskiej. Tam mijaliśmy dwa bliźniacze domy, w których do wybuchu Powstania mieszkali nasi znajomi państwo Towarniccy. W godzinach popołudniowych przekroczyliśmy ulicę Grójecką. Tutaj było więcej żołnierzy niemieckich. Skierowano nas do Dworca Zachodniego, tam zapakowano do wagonów węglarek i przewieziono do Pruszkowa.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten