Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Pawła Ambrożewicza


     Tutaj znaleźliśmy się na terenie fabrycznym, szliśmy grupkami po wskazanych ścieżkach. Wspomniana wcześniej rodzina Choińskich szła oddzielnie w niedużej odległości. Ojciec świeżo narodzonego dziecka, owiniętego w koc, niósł je przed sobą na sznurkach przewieszonych przez kark, a reszta rodziny szła w grupie. Niektóre ścieżki rozwidlały się. Część osób mniej sprawnych kierowano jedną ścieżką na lewo, pozostałych na prawo. Moja babcia Helena i matka Irena szły parę kroków wcześniej ode mnie. Na rozwidleniu dróg stał żołnierz. Gdy zbliżyłem się do niego, a miałem 15 lat i byłem ubranym w „dorosły" płaszcz, Niemiec chciał, bym poszedł ścieżką w prawo. Łamaną niemczyzną powiedziałem mu, że „ich gehe mit" [„idę z"], wskazując na matkę i babkę. Nie protestował, kiedy do nich dołączyłem.
     Znaleźliśmy się na placu przed budynkiem, który wtedy określano jako halę nr 1. Zatrzymaliśmy się na jakimś wolnym miejscu obok innych rozmieszczonych grup ludzi.
     W pewnej chwili zjawił się jakiś umundurowany Niemiec, prawdopodobnie oficer, który ogłosił, że młodzi i zdrowi powinni pójść do hali nr 2. Usłyszawszy ten komunikat podnieśliśmy się i w trójkę zaczęliśmy się przemieszczać we wskazanym kierunku. Po kilkunastu metrach, czy trochę później, natknęliśmy się na grupę osób, które były w ekipie Czerwonego Krzyża. Matka zapytała ich, jak trafić do zleconego nam miejsca. Ludzie ci dość stanowczo zareagowali w duchu: „Co robocie! - Tu idziecie na wolność!" i zawrócili nas pod poprzednio sąsiadujący z placykiem budynek. Umieściliśmy się znowu pod gołym niebem i stosunkowo niedaleko od stojącej opodal latryny. Wnętrze zadaszonej hali było tak wypełnione, że miejsca dla nas nie można było już znaleźć. Koczowaliśmy na naszych sankach. Było stosunkowo ciepło. Trwało to z parę kwadransów. Moja matka nie dawała za wygraną. Poszła spenetrować sytuację. Okazało się, że znalazła miejsce pod dachem. Po chwili przenieśliśmy się nie tylko do zadaszonego obiektu, ale i do miejsca osłoniętego ścianami.
     Po wejściu przez wrota hali, słabo oświetlonej, matka wybrała w głębi miejsce, na którym się rozmieściliśmy na sankach wraz z walizeczkami. Spodziewaliśmy się przebywać tutaj do rana. W pewnym momencie matka zwróciła się do przygodnie sąsiadujących osób, kiedy należy spodziewać się selekcji. I tu padła zdumiewająca dla nas informacja, że ludzie na tej hali byli już po selekcji. Był to kolejny dowód dla nas Bożej Opieki.
     Rano o godz. 8.00 Niemcy wyprowadzili ludzi z hali przez inną bramę na teren, gdzie czekały wagony - węglarki. Do nich załadowano ludzi. Nie obyło się przy tym bez sporych emocji. Przy bramie hali stali funkcjonariusze niemieccy, którzy wnikliwie wyłapywali osoby, kwalifikujące się do wywózki na roboty. W ten sposób wyciągnięto z tłumu młodego brata z rodziny Choińskich.
     Wtuliłem się między babkę i matkę i w ten sposób przeszliśmy przez tę próbę. Weszliśmy do wagonu - węglarki, rozmieściliśmy się z sankami i rzeczami w środku wagonu i czekaliśmy na wyjazd. Zegar na wieży z czerwonej cegły górującej nad teren pokazywał godzinę 10.00. Modliliśmy się, by pociąg ruszył, ponieważ spodziewaliśmy się „przeglądów".

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten