Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Pawła Ambrożewicza


Wreszcie ruszyliśmy. Mieliśmy świadomość, że zagrożenie ze strony kolejnych łapaczy minęło. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wieźli i jak długo będzie trwała podróż.
     Pociąg jechał przez Milanówek. Pamiętam, że matka wyrzuciła lub podała kartkę o naszym wyjeździe z przeznaczeniem dla mojej ciotki Zofii Rudomino, która mieszkała w Milanówku w willi przy ulicy Sosnowej 9. Kontakty z przypadkowo napotkanymi w wagonie osobami dawały okazję do rozmów. W niedalekiej odległości od nas koczował pan Jurecki z ulicy Poznańskiej. Innym rozmówcą był pan Garliński, który wykazywał poczucie humoru mimo niewesołej sytuacji dla wszystkich. Pociąg miał długi skład wagonów. Dwa lub trzy wagony wcześniej zauważyłem jadącego Jurka Filińskiego, drużynowego z Poczty Polowej w Powstaniu, z którym porozumiewałem się gestami.
     Jechaliśmy przez Piotrków Trybunalski. Matka próbowała pertraktować ze stojącym naprzeciw wachmanem, by dopuścił do naszego wyjścia z pociągu, ponieważ mieszkali tu nasi znajomi. Jednak jechaliśmy dalej w nieznane.
     Pociąg zatrzymał się na bocznicy kolejowej w Sędziszowie Kieleckim i tu wysiedliśmy. Wychodzący z wagonów byli zabierani przez okoliczną ludność do domów. Nas skierowano do centrum Sędziszowa. W budynku szkolnym zorganizowano izbę dla matek z dziećmi, a w areszcie gminnym dwie cele przeznaczono dla osób starszych i chorych. Wprowadziliśmy się we trójkę do celi i ulokowaliśmy się na podłodze. Tam przebywaliśmy dwa dni. Matka Irena rozejrzała się w sytuacji i stwierdziła, że w Sędziszowie osiadł znany z Poznania dr Skalmowski i do niego zwróciła się o pomoc. Dr Skalmowski wyraził żal, że u siebie w domu miał znaczne przepełnienie i nie mógł udzielić gościny. Zadbał o to, by władze lokalne znalazły nam bardziej fortunne lokum. Przydzieliły nam one izbę - świetlicę strażnicy pożarniczej w rynku miasta. Była to dość duża izba, w której znajdowały się dwie długie ławy, stół i stół bilardowy. Przywiozłem do tej izby na taczce parę płyt - paczek wełny drzewnej (Holzwolle) i w jednym z kątów zrobiliśmy sobie legowisko.
     Do świetlicy przechodziło się z korytarza, który łączył wejście z rynku z podwórkiem. Od podwórka miała mieszkanie pani Gajewska z dziećmi, bardzo sympatyczna i życzliwa osoba. Jej męża fryzjera zabrali Niemcy. Został syn Piotruś w wieku 14-15 lat i on przejął funkcję fryzjera w Sędziszowie. Ludzie, chcąc finansowo wesprzeć tę rodzinę, korzystali z usług Piotrusia. Oprócz rodziny Gajewskich poznaliśmy rodzinę Bernacików. Do Sędziszowa został wywieziony znajomy rodziny dr Bronisław Ostaszewski. Spotkałem swojego szkolnego kolegę Tomka Matrasia, który był z matką i chyba z siostrą.
     Pobyt w Sędziszowie był po przeszło pięciu latach stałego przebywania w mieście, okazją do kontaktu z innym otoczeniem, środowiskiem, warunkami bytowania i zwyczajami.
     Tutaj dowiedziałem się, co oznaczało „kalikowanie" - deptanie na przemian nogami po deskach na chórze w kościele, co powodowało nabieranie powietrza do miecha, aby organista mógł grać na organach. Trwało to przez parę kwadransów w czasie mszy świętej. Innym silnym wrażeniem było zetknięcie się z miejscowym piekarnictwem. Były tu dwie duże piekarnie - jedna określana jako „biała", druga - „czerwona", wynikało to z koloru fasady budynku.
     Po kilkuletnim karmieniu się „urzędowym" chlebem, sprzedawanym na kartki i wypiekanym z trudnych do zidentyfikowania surowców, wiejskie pieczywo było niesamowite. Zachwycaliśmy się nie tylko konsystencją, ale i zapachem, który roznosił się na sporą odległość w sąsiedztwie piekarni. Jednak radość była ograniczona posiadanymi środkami. Wywieźliśmy z Warszawy tylko tyle okupacyjnych pieniędzy, ile udało się przed Powstaniem zgromadzić z różnych zasiłków, zapomóg i innych możliwych do pozyskania źródeł. W czasie targów na rynku podchodziłem z niewielkim woreczkiem do stojącego wozu i pytałem sprzedawcy o możliwość wzięcia pewnej ilości ziemniaków. Sprzedawca godził się i w ten sposób uzyskiwałem wsparcie żywnościowe.
     Pewnego wieczoru do naszego mieszkania wpadli Niemcy. Nie pamiętam powodu wizyty. Pamiętam, że za coś mnie strofowali. Łamaną niemczyzną próbowałem wyjaśnić sytuację, aż sobie poszli.
     Po kilku dniach moja matka zdecydowała się, że przeniesiemy się do Krakowa. Wiedziała, że przy ul. Lubicz 8 mieściło się schronisko dla osób z Warszawy i tam zamierzała pojechać.
     23 października 1944 roku opuszczaliśmy Sędziszów. Po wykupieniu biletów ustawiliśmy się w kilkunastoosobowej kolejce w korytarzu prowadzącym na peron. Matka i babcia znalazły się bliżej wyjścia, ja dochodziłem nieco później. Niemiec pilnujący wyjścia, zapewne uzbrojony, zaprotestował i wyrzucił mnie na koniec kolejki. Potem wszyscy weszliśmy do pociągu. Dziękowałem Bogu, że nie doszło do innej formy „represji". Podczas podróży matka podjęła rozmowę ze współpasażerami, między innymi z Walerią Wereszczyńską, osobą całkiem obcą, a pracującą w krakowskiej Ubezpieczalni Społecznej. Dowiedziawszy się, że byliśmy „zusiacką" rodziną, wyperswadowała matce wybór schroniska RGO przy ul. Lubicz i zaproponowała zatrzymanie się w jej pokoju przy ul. Dietlowskiej. Było to coś nieprawdopodobnego. Ta około czterdziestoletnia kobieta zabrała nas do swego „przechodniego" pokoiku. Nocowała z babcią na swoim tapczanie, a dla matki i mnie zorganizowała nocleg na podłodze. Mieszkaliśmy u niej trzy dni. Pani Wereszczyńska jako pracowniczka Ubezpieczalni Społecznej, załatwiła nam zakwaterowanie w budynku Ubezpieczalni przy ulicy Batorego. Na drugim piętrze zorganizowano parę pokoi, wstawiono łóżka i stworzono warunki dla dużej liczby wysiedlonych z Warszawy do zamieszkania choćby czasowego. Ponieważ napływowych pracowników było sporo, pozostali przechowywali się w budynku lub poza nim, a popołudniu przebywali na wyższym piętrze w pomieszczeniach biurowych, na biurkach lub pomiędzy nimi. W ten sposób koczowaliśmy kolejnych kilka dni przy ulicy Batorego. Mama ulokowała babcię u pani Suderowej. W schronisku przebywali pracownicy umysłowi, urzędnicy, lekarze, była też woźna pani Rabiejowa z synkiem około 10 lat. Swoistą funkcję łącznika między mieszkańcami a kierownictwem Ubezpieczalni pełnił pan Grzegorz Ciepliński, osoba niezwykle ruchliwa i operatywna. Był osobą samotną w Krakowie, bo odłączono go od żony i czwórki dzieci. Poszukując ich w różnych obozach, pomagaliśmy mu pisać w dziesiątkach egzemplarzy po niemiecku jednakowe kartki, które adresował i wysyłał. W schronisku przebywałem stale, natomiast moja mama poszukiwała miejsca zakwaterowania i środków do utrzymania.
     RGO rozdawało różne świadczenia. Na Małym Rynku 8 można było spotkać wiele osób, w tym z Warszawy i zbierać informacje o znajomych.
     Spotkaliśmy w Krakowie zaprzyjaźnioną z rodziną panią Jadwigę Laskownicką, która nas poleciła pani Popielowej, która mieszkała na peryferiach Kazimierza i miała restaurację. Jej mama mieszkała na Zwierzyńcu. Pani Popielowa, mając szczególny sentyment do lekarzy, zdecydowała, że mieszkanie matki udostępni potrzebującej lokalu rodzinie lekarskiej. W ten cudowny sposób przeprowadziliśmy się do jednopokojowego mieszkania parterowego z kuchnią i łazienką, umeblowanego i w określonym stopniu wyposażonego przy ul. Królowej Jadwigi 25. Od czasu do czasu pani Popielowa przysyłała nam węgiel do opalania mieszkania i kuchni oraz okresowo chleb i mleko dla babci.
     Wybraliśmy się na pobliski cmentarz „na Salwatorze", na którym był pochowany brat mojej babci Konstanty Srokowski. Przed swoją śmiercią kierował redakcją gazety „Ilustrowany Kurier Codzienny".
      Zameldowaliśmy się 3 listopada i otrzymywaliśmy kartki żywnościowe. Byliśmy sąsiadami rodziny Pająków. Pani Pająkowa była dozorczynią obu sąsiadujących ze sobą domów przy ul. Królowej Jadwigi 25 i 23. Okazywała nam życzliwość i serdeczność. Na wyższej kondygnacji mieszkała rodzina kolejarska państwo Witek. Częstym gościem u nas była pani Kulczycka, pracownik Fabryki Musztardy i Synapizmów, osoba wysoce kulturalna, posiadająca również kwalifikacje pielęgniarskie. Potem okazało się, że była Żydówką, nosiła nazwisko Fuchs. Darzyła mnie dużą sympatią, mimo, że nie wiedząc o jej pochodzeniu, w trudnym dla niej okresie, wyraziłem nieprzychylne stanowisko o społeczności żydowskiej.
     Na jednej z bocznych ulic mieszkała pani Kłopotowska z rodziną, która z ramienia RGO była naszą społeczną opiekunką. Ponadto u nas mieszkali państwo Bergerowie, wyrzuceni z Poznania. Otrzymałem od nich jesionkę, która wcześniej należała do ich syna.
     W pewnym momencie spotkaliśmy w Krakowie mojego stryja Michała Ambrożewicza z żoną Wandą. Włączył on nas do zainicjowanej w Krakowie produkcji sztucznej herbaty. Polegało to na gotowaniu skrzypu ze spożywczym barwnikiem i rozsypywaniu do torebek. Przez pewien czas brałem udział niekiedy z dobrym skutkiem w sprzedaży tej herbaty do sklepów spożywczych. Ponadto wyrabiałem gwiazdki choinkowe z tak zwanego „glansowanego" papieru i również sprzedawałem w sklepach, a część pod Sukiennicami. Były to groszowe wpływy, ale dla 15-letniego chłopca dawało poczucie „przedsiębiorczości".
     Kraków był zupełnie odmiennym miastem jak Warszawa. Stały nie zburzone domy, w nich funkcjonowały sklepy, założone jeszcze w XIX wieku, urocze, zwłaszcza te, w których od wielu lat handlowano artykułami papierniczymi. Mimo siedziby generalnego gubernatora, terror był znacznie mniejszy.
     Dość często wychodziłem z matką do miasta. Chodziliśmy do RGO. Miałem bilet miesięczny, zwany „kartą". Pewnego razu przechodziliśmy z Głównego Rynku na Mały Rynek do siedziby RGO. W przejściu - uliczce Niemcy w cywilu czatowali na przechodniów. Prowadzili zwykłą łapankę na roboty do Rzeszy. Starałem się skurczyć trzymając matkę pod rękę, która była sparaliżowana i udało nam się przejść.
     W RGO otrzymaliśmy pomoc. Dostałem drewniaki w formie kamaszy, które mi potem służyły w Warszawie, a mama - buciki, reformy i chustkę.
      Mogliśmy również korzystać ze stołówki prowadzonej przez siostry Felicjanki w swoim budynku i klasztorze przy ul. Smoleńsk 6. Najczęstszym daniem była zupa gotowana na soczewicy i wzbogacana „kluseczkami" w postaci okrawków od opłatków. Spotykaliśmy tam mnóstwo osób z Warszawy, wymienialiśmy informacje o bieżących zdarzeniach i o poszukiwanych osobach. Mieszkańcy Krakowa żyli stale z perspektywą ewakuacji, dlatego słyszeliśmy o szyciu plecaków.
     Aby być w porządku wobec władz, 22 grudnia 1944 roku wymeldowaliśmy się oficjalnie i mieliśmy jechać do Sędziszowa, ale zostaliśmy na miejscu. To nie wyczerpywało czynności formalnych. Należało stale legalizować swój pobyt w Krakowie i w mojej pracy. Dowiedzieliśmy się o możliwości zatrudnienia mnie w pewnej firmie budowlanej, prowadzącej roboty torowe na kolei. Firma mieściła się w lokalu mieszkalnym na ulicy Starowiślnej. Byliśmy tam, ale z tej pracy nic nie wyszło. Szukaliśmy dalszych możliwości poprzez zapisanie się do jakiejś szkoły. Podjęliśmy starania w okolicach ulicy Dietlowskiej.
     Wylegitymowałem się świadectwem ukończenia siedmiu klas szkoły powszechnej, na którym były same piątki i świadectwem „przykrywkowej" szkoły zawodowej dla elektryków. Przeszedłem z dobrym skutkiem do klasy dla laborantów chemicznych Państwowej Szkoły Chemicznej, usytuowanej w dawnych pomieszczeniach odpowiedniego wydziału uniwersyteckiego przy ulicy Olszewskiego na Plantach. Szkołą kierował profesor Jeleński, który w obecności mojej mamy wygłosił do mnie groźną przemowę, jak mogę być potraktowany, jeśli nie spełnię oczekiwań szkoły. Zacząłem chodzić na zajęcia dopiero 8 stycznia 1945 roku. Przez trzy dni brałem udział w zajęciach lekcyjnych. Prawie za każdym razem w kontakcie z nowym nauczycielem przedstawiałem się jako nowy uczeń. Oprócz mnie był jeszcze drugi nowy uczeń z Warszawy o drobniejszej postawie i chyba młodszy wiekiem. Uczono nas tam różnych przedmiotów m. in. stenografii z podręcznika Korbla.
     Po trzech dniach władze szkolne ogłosiły, że uczniowie są zobowiązani jechać na okopy w Prusach. Była to dla mnie zaskakująca informacja, ale okazało się, że chodziło o miejscowość Prusy koło Kocmyczowa w pobliżu Krakowa. Byliśmy zobowiązani stawić się na dworcu. Zawożono nas na teren budowy, gdzie kopaliśmy rowy pod strażą umundurowanego i uzbrojonego żołnierza, a po skończonej dniówce odbieraliśmy „przepustkę" - kartę ostemplowaną, jako dowód uczestnictwa.
     Do mojej klasy chodzili między innymi Józio Bujak, syn profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego i Andrzej Zapalski, który mieszkał w pobliżu Plantów.
     Po niedzieli wróciliśmy do zajęć w szkole. Lekcje były w poniedziałek 15 stycznia i we wtorek 16 stycznia. W połowie zajęć ogłoszono alarm i rozpuszczono nas do domów. Tak zakończyło się przygotowanie do zawodu chemika laboranta. Wracając na Zwierzyniec przeżyłem nalot. Przechodnie chowali się po bramach, a do przelatujących samolotów sowieckich strzelały niemieckie zenitówki. Po ich przelocie ludzie chcieli wyjść na ulice, ale jako doświadczony w tych sprawach, głośno zapowiedziałem, żeby pozostali w bramach, bo będą spadać odłamki i wnet na śniegu one się pojawiły.
     Wcześniej 6 stycznia wieczorem pod nasz dom zajechała niemiecka „buda" z liczną grupą umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy. Było ich chyba sześciu lub ośmiu, z czego część została w samochodzie, część stała pod domem, a trzech weszło do mieszkania. Okazało się, że wyłuskiwali z domów osoby na roboty do Niemiec, które wykazywały w dokumentach meldunkowych, że przyjechały z Warszawy. Gdybyśmy napisali, że z Sędziszowa, wizyta by nas ominęła. Babcia ze względu na wiek nie wchodziła w rachubę. Natomiast chciano zabrać matkę, która wyjęła zaświadczenie lekarskie o niezdolności do pracy. Miała sparaliżowaną rękę i z trudnością wyjmowała dokument. Zainteresowanie przybyszów zwróciła moja osoba. Spałem na tapczanie w pokoju. Matka mówiła, że byłem jeszcze dzieckiem, ale Niemcy zażądali legitymacji, którą im podałem. Oficer zapytał: „Od ilu lat bierzemy?". Okazało się, że od 16 lat. Brakowało mi roku i dzięki temu uniknąłem odłączenia z rodziną i wyjazdu do Niemiec.
     W pewnym momencie przyszła wiadomość, że front wschodni ruszył i należało się lada moment spodziewać nadejścia Rosjan.
     Rankiem 18 stycznia pod naszymi oknami od strony ulicy Kościuszki przeszła rozproszona grupa żołnierzy niemieckich w kierunku Woli Justowskiej, w hełmach, uzbrojona, gotowa do działań bojowych. Po dłuższej chwili wracali. Strzelanina się nasilała. Wyglądało na to, że walki będą się toczyć na naszym terenie. Mieszkańcy domu przy ul. Królowej Jadwigi 25 zeszli do piwnicy. Część z nas wyglądała przez drzwi wejściowe na ulicę, patrząc, co się działo na zewnątrz. Od strony Woli Justowskiej zobaczyłem nadjeżdżające czołgi sowieckie. Zbiegłem do piwnicy i ogłosiłem, że front stanął paręset metrów od naszego domu. Gdy wszyscy skupili się koło drzwi wejściowych do domu, zaczęły przejeżdżać czołgi. Na nich siedzieli żołnierze uzbrojeni w pepesze, w hełmach, pałatkach. Jeden z nich z uśmiechem, dość entuzjastycznie zawołał do nas, stojących przy wejściu do budynku: „Towarzyszy! Wy swabodni, my przegnali giermancew!" [Towarzysze! Jesteście wolni, przegoniliśmy Niemców!].
     Tak zaczęła się dla nas nowa era.
     Czołgi jechały dalej, w stronę pętli tramwajowej na Zwierzynieckiej, pod kościołem Sióstr Norbertanek. Zatrzymały się po stronie zachodniej przed mostem na Rudawie. Był to przemyślany manewr, aby ocalić Kraków z jego zabytkami, nie atakować miasta frontalnie, ale zajść Niemców od tyłu. Przerwa w działaniach trwała do rana. Niektórzy żołnierze wchodzili w kontakt z mieszkańcami. Gospodyni domu pani Pająkowa częstowała ich kiszoną kapustą.
     Gdy zrobiło się całkiem ciemno, wszedł do nas jakiś „funkcyjny" i zapytał, czy żołnierze mogą się tu przenocować. Matka wpuściła ich całkiem sporą 12-osobową grupę do kuchni i oni zalegli na podłodze. Starszy rangą zapewne oficer próbował z matką nawiązać rozmowę, ale nie znaliśmy rosyjskiego. Miała ona dość problematyczny charakter. Żołnierz zapytał, czy Niemcy określali ich jako „diabłów" i pokazywał palcami koło głowy, czy byli zapowiadani „z rogami". Rozmowa miała posmak ideologiczno-polityczny, ale możność kontaktów z racji języka była ograniczona.
     Rano wojsko opuściło ulicę Królowej Jadwigi. W godzinach popołudniowych wyszliśmy z domu w stronę centrum Krakowa.
     Przekraczając most na Rudawie, zauważyliśmy z odległości biało-czerwoną flagę na wieży wawelskiej. Miasto nie było nadmiernie zniszczone. Zauważyliśmy pustki w obiektach urzędowych, zwłaszcza poniemieckich. Namówiłem matkę, by pójść i wejść do budynku przy ulicy Wielopole 3, gdzie mieścił się „Postamt 3" - „mekka" filatelistów, skąd pocztowcy wysyłali zainteresowanym prenumeratorom zapotrzebowane znaczki do ich zbiorów. Urząd był niezamknięty. Na środku pokoju stała zamknięta szafa pancerna, różne biurowe przedmioty walały się po podłogach. Pamiętam, że zabrałem stamtąd stemplowane znaczki. Na Plantach w siedzibie pewnej jednostki wojskowej, znalazłem dwa „cielaki", plecaki wojskowe obszyte z wierzchu sierścią zwierzęcą, parę pieczątek i trochę drobiazgów. Opodal budynku uniwersyteckiego, w którym mieściła się moja szkoła, był wykopany rów. W nim znajdowały się zwłoki ubranego mężczyzny z otwartymi oczami, a na piersi leżała kartka z napisem „kapuś". Prawdopodobnie był to wynik jakiegoś samosądu. Po tym spacerze spotkaliśmy się w lokalu Sióstr Felicjanek przy ul. Smoleńsk 6. Stali bywalcy dzielili się wrażeniami z ostatnich dni. Stołówka ta była nawiedzana przez licznych przybyszów zmierzających do Krakowa, w tym na przykład jeńców francuskich, którzy przyszli się nakarmić.
     Nowe władze wprowadziły nowe warunki, nie tylko w sprawach gospodarczych, ale i społecznych. Jednym z nich była sprawa waluty. Okazało się, że „młynarki" i „felutki" okresu Generalnej Guberni nie były honorowane w Polsce Ludowej, gdzie obowiązywały złotówki emitowane przez Narodowy Bank Polski. Każdy dorosły obywatel mógł wymienić stare okupacyjne pieniądze na nowe. Podstawą były kennkarty, z których wycinano „gapę", czyli pieczęć z niemieckim orłem, odbitym u dołu okupacyjnego dokumentu tożsamości. Wymieniano „starych" 500 złotych na „nowe" pieniądze. Nie wszyscy mieli 500 złotych. Miejscowi ludzie chcieli, próbowali, a nawet ze skutkiem więcej niż swoje 500 złotych wymienić, korzystając z usługi tych mniej zamożnych, zwłaszcza przybyszów. Ta praktyka nie miała jednak dalszego ciągu, bo osobom nieposiadającym wystarczającej kwoty - RGO dodawało pieniądze, by każdy miał „swoją" pełną stawkę.
     Myśmy w trójkę mieli około 1260 złotych. Matka wymieniła 2 x 500 złotych, a nadwyżkę zdeponowała za pokwitowaniem we wskazanym miejscu. Ta nadwyżka miała być w przyszłości wyrównana, ale do tego nigdy nie doszło.
     Inną nowością były kartki żywnościowe. Tutaj już „zagrały" względy społeczne. W miejsce wcześniejszych dwóch rodzajów kartek: dla dorosłych i dla dzieci, zróżnicowano społeczeństwo „klasowo". Dla osób pracujących w określonych zakładach pracy, instytucjach lub niepracujących wprowadzono kartki: I, II, III kategorii, a dla rodzin - „rodzinne"; dla I i II - jeden „wspólny" wymiar zaopatrzenia, dla osób III grupy - tzw. „II rodzinne". Dwa razy chodziłem do odpowiedniego urzędu, by dokumentując nasze uprawnienia, uzyskać ciekawsze kartki niż pierwotnie przyznano.
     Na ulicy Emaus stały budynki, które Niemcy upatrzyli sobie na kwatery i mieszkali tam prawdopodobnie cywilni pracownicy administracji niemieckiej. Osoby te w porę się ewakuowały, zabierając nie wszystkie rzeczy. Spenetrowałem opuszczone lokale i przyniosłem do naszego mieszkania mało liczące się przedmioty. Mama bardzo lubiła różne roboty ręczne na przykład stolarstwo. Opowiadała, że chciałaby mieć tak zwany „drajfus", który był przydatny przy niektórych pracach szewskich. Podczas poszukiwań znalazłem go i zabrałem ze sobą. Okazało się późnej, że żadnego użytku z niego nie było. Opuszczając Kraków zostawiliśmy go w mieszkaniu.
     Na przełomie stycznia i lutego 1945 roku ktoś nam powiedział, że w fortach pod kopcem Kościuszki był węgiel. Pożyczyłem od państwa Pająków dość dużą płaską skrzynię i załadowałem ją na sanki. Skrzynia była ciężka i zastanawiałem się, czy nie zrezygnować z przedsięwzięcia. Po dość długim czasie dojechałem do terenu fortów i trafiłem na poszukiwany węgiel. Był to w większości miał i nieduże kawałki. Załadowałem to „paliwo" do skrzyni do połowy wysokości. Ktoś z przechodzących ludzi zapytał mnie, jak sobie z tym wszystkim poradzę. Odparłem, że może mi ludzie pomogą. Dzięki ich pomocy pokonałem trudności z przewozem węgla. Moja matka zaniepokoiła się o mnie i wyszła mi naprzeciw. Razem wróciliśmy do domu. Potem skrzynię zwróciłem, a wprowadziłem do mieszkania. Byłem zmęczony wysiłkiem i położyłem się do łóżka.
     W drugiej połowie lutego mąż pani Popielowej wrócił z oflagu po długotrwałej niewoli do Krakowa. Zajmowane przez nas mieszkanie zaczynało być powiększonej rodzinie potrzebne, należało je zwolnić.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten