Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Pawła Ambrożewicza


     Czekaliśmy na dworcu do rana w budce strażnika. Potem w pięć osób ruszyliśmy w stronę ulicy Towarowej. Jakie było nasze zdumienie, kiedy nie dochodząc do tej ulicy, wyszedł nam naprzeciw Ignacy Kandulski, mąż naszej gosposi Rózi, ojciec Władzia. Ich mieszkanie przy ul. Orlej było spalone, więc wrócił na ulicę Lwowską. Ignacy pomógł nam dotrzeć ulicą Koszykową do naszego domu przy ul. Lwowskiej.
     Dom rzeczywiście stał, ale po kapitulacji Powstania Niemcy palili całe miasto. W naszym domu spalony został cały parter, ale tak zwane stropy kleinowskie (szyny wypełnione cegłą) spowodowały, że ogień przyniesiony przez tak zwane Verbrennungskommando nie przedarł się na wyższe kondygnacje i nasze mieszkanie na I piętrze ocalało. Na drzwiach wejściowych do kamienicy wisiała kartka, że nie należy się tu wprowadzać, ponieważ dom, jak duża część ulicy Lwowskiej, została przydzielona przez władze Kwatermistrzostwu Ministerstwa Przemysłu.
     Wychodząc z Warszawy, zabraliśmy ze sobą klucz do naszego mieszkania. Był to gest raczej sentymentalny, bo i tak wyrzucający nas Niemcy żądali, aby lokale były otwarte.
     Drzwi mieszkania były przymknięte. Ignacy wywiesił na nich kartkę: „Nie wchodzić, - bo strzelam". Był to znak ostrzegawczy, bo prawdopodobnie nikt broni nie miał. Mimo oficjalnej wywieszki na drzwiach wejściowych do kamienicy, weszliśmy do swojego mieszkania i tu zaczynał się kolejny etap naszego popowstaniowego życiorysu.
     To, co zastaliśmy w mieszkaniu przedstawiało się dość ponuro. Zostało ono splądrowane i to dość skutecznie. W pokoju jadalnym z mebli został tylko tzw. „pomocnik". Duży kredens został wyniesiony, było jedno krzesło obite skórą. Z mebli salonowych znikła biblioteka i krzesła, zostały biedermajerowskie kanapa ze zdartym obiciem i pozbawiona wałków, stół oraz sekretera z zamykanym pulpitem, znikło pianino. Zostały dwie komody, częściowo pozbawione szuflad, które zapewne służyły jako skrzynie do wynoszenia innych przedmiotów. Ocalała niemal cała sypialnia, malowana na biało, dwa tapczany, stół kuchenny. Ocalał regał z książkami i czasopismami fachowymi ojca. Biurko zniknęło. Papiery, korespondencja, część książek walała się po podłodze, zmieszane ze śniegiem, a czasem i ekskrementami. Szyby były wybite. Śnieg i opady miały pełny dostęp do dużej części mieszkania.
     Najpierw urządziliśmy nieduży pokój z balkonem, który służył za sypialnię ojca. Tam ulokowaliśmy tapczan dla babci i matki oraz kanapę z poręczami, na której spałem.
     Matka przeglądała różne papiery, dokumenty i korespondencję. Wszystko, co nie było niezbędne, wynosiłem na chodnik przed domem i paliłem. Z korespondencji wyrywałem znaczki, czasem zachowywałem ciekawsze listy i przesyłki.
     Matka włożyła wiele wysiłku, aby posprzątać całe sześciopokojowe mieszkanie. Groźba wyrzucenia nas z mieszkania nie była tylko postrachem, ale realną rzeczywistością.
     Po paru dniach zauważyliśmy plakaty, na których informowano, że w części południowej miasta zostanie przeprowadzona rekrutacja do „Ochotniczych Brygad Pracy Odbudowy Warszawy". 17 marca zgłosiłem się na ulicę Pierackiego 11. Tam znajdowało się kierownictwo VII i VIII brygady.
     Dowiedziałem się, że należy się zgłosić w poniedziałek 19 marca z własną łopatą. Pożyczyła mi ją pani „Ludwisia" - gosposia mecenasa Nagórskiego, mieszkająca w naszym domu na V piętrze. Kierownik placówki lub kolejnej „setki" pracowników, zapytawszy o moje wykształcenie, zaproponował, abym skompletował kolejną „dziesiątkę" osób do pracy. Zacząłem spisywać chętnych, ale dojechałem do siedmiu osób. Nie zdziwiło mnie, że dorośli ludzie nie chcieli słuchać się 15-16 - letniego chłopca. Ostatecznie przy ul. Pierackiego 11 utworzono dwie „dziesiątki", które od razu skierowano do pracy w Muzeum Wojska Polskiego. Czekał na nas dyrektor Muzeum płk Szacherski. Kazał nam sprzątać w zasadzie opróżnione z różnych przedmiotów sale prawdopodobnie na drugim piętrze, a potem otoczenie budynku. To zajęło nam dwa-trzy dni. Później naszą „dwudziestkę" skierowano na skrzyżowanie ulic Emilii Plater i Wilczej, by zrobić dojazd do budynków Wilcza 69 i 71, które to domy mieszkalne przeznaczone zostały na biura Ministerstwa Przemysłu. Usuwaliśmy gruz z połowy jezdni, by umożliwić dojazd samochodom. Ta praca zajęła w zasadzie około pięciu tygodni.
     Skład osobowy naszej „dwudziestki" był mocno zróżnicowany. Byłem najmłodszym. Wszystkim zależało na zarobku oraz na przywilejach pracowniczych - kartki żywnościowe, nadzieja na nakaz kwaterunkowy na zajmowane mieszkanie. Zapamiętałem moją „dziesiętniczkę", miała około 20-28 lat i mieszkała na bliskim Czerniakowie. Stosunki w „dwudziestce" były sympatyczne, a zapał w porządkowaniu miasta dość znaczny. Naszą „dwudziestkę" pilnował początkowo kierownik całej „setki". Ponieważ pracowaliśmy wydajnie, zostawił nas samych. Był nazywany przez moich towarzyszy pracy „stojakiem", bo jego udział w zajęciach sprowadzał się do obserwacji. Praca ta miała na celu zdobycie zarobku. Za dniówkę należało się 24 złote, ćwiartka chleba, 1 dkg cukru, podwyższony do 2 dkg oraz 5 dkg marmolady. Kartki żywnościowe I kategorii, a dla osób w rodzinie „I rodzinne". W przeliczeniu na miesiąc miało to dawać około 625 złotych. Pierwsza wypłata miała miejsce 30 marca, przyniosłem do domu oprócz pieniędzy - bochenek chleba i 8 dkg cukru.
     Gdy po kolejnych dziesięciodniowych pracach doszło do wypłaty 9 kwietnia w Parku Ujazdowskich, zjawiła się jakaś „działaczka", która agitowała,  aby zrobić składkę na sztandar dla któregoś pułku. Spotkało się to z dość chłodnym przyjęciem, a na pytanie, kim ona jest, odpowiedziała: „Kobietą! Mam nogi do samej ziemi!". W ten sposób miałem okazję spotkać się z lewicową działaczką. Przyniosłem do domu 110 złotych, a 10 złotych przekazałaem na sztandar. Na ulicę Pierackiego chodziłem z ulicy Lwowskiej 17, ulicą Wilczą do Alej Ujazdowskich. W narożnikowym budynku przy Alejach Ujazdowskich przez parterowe okna wyglądały krowy rasy czarno-białej, które żołnierze radzieccy najwyraźniej przemieszczali na wschód. W studzience telefonicznej przy zbiegu ulic Mokotowskiej i Hożej siedział żołnierz radziecki i wyciągał kabel. Na pytanie - „czemu to robi?" - odparł „bo nie charoszyj".
     Wywieszona na drzwiach wejściowych do kamienicy kartka oznaczała całkiem realne decyzje, które wykluczały praktycznie nasze pozostanie od 8 lat w zajmowanym lokalu.
     Wprawdzie złożyłem odpowiednie podanie w Wydziale Kwaterunkowym o wystawienie nakazu na użytkowany lokal, ale okazało się to całkowicie bezprzedmiotowe. Szereg ocalałych budynków rozdzielono na potrzeby kolejnych instytucji i dom przy ulicy Lwowskiej 17 przeznaczono na potrzeby Ministerstwa Przemysłu. Ministerstwo, które mieściło się na trzecim piętrze budynku Dyrekcji Kolei przy ulicy Targowej, zamierzało się szybko przenieść do lewobrzeżnej Warszawy.
     Do zajmowanego przez nas mieszkania bezceremonialnie wkraczali coraz to nowi „oglądacze", w tym przyszli użytkownicy. Miał tu mieć swoją warszawską siedzibę Centralny Zarząd Przemysłu Chemicznego. Przyszli członkowie Komisji Budowlano-Remontowej, wśród nich prof. Tołłoczko, który poinformował mamę, że za sześć opuszczanych pokoi otrzymamy do dyspozycji dwupokojowe mieszkanie na drugim końcu ulicy, prawdopodobnie przy ul. Lwowskiej 4 na szóstym piętrze. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Natomiast każda grupa stale i kategorycznie dopytywała się, kiedy się wyprowadzimy. Dyrektor Przemysłu Chemicznego, chodząc po naszym mieszkaniu, nie wiedząc, że go obserwowałem, otworzył antyczny sekretarzyk i zajrzał do środka. Radca prawny Centralnego Zarządu Przemysłu Chemicznego stwierdził, że jeśli się nie wyprowadzimy, to babcię przeniesie do szpitala, a meble wyniesie na ulicę. Taki był „sympatyczny" kontakt z władzą ludową.
     Matka starała się upłynnić część ruchomości. Sprzedała sekretarzyk i stół salonowy, a część literatury fachowej ojca zawiozłem do Głównej Biblioteki Lekarskiej na ulicę Chocimską.
     Przy ulicy 6 Sierpnia w siedzibie sióstr zakonnych wydawano obiady. Płaciliśmy za nie niewielką kwotę pieniędzy. Komu ich brakowało, mógł płacić przedwojennym bilonem.
     Pewnego dnia przyszedł mecenas Zalewski z Kwatermistrzostwa Ministerstwa Przemysłu, który nas często odwiedzał, z żoną Heleną. Była ona kierowniczką tworzącej się biblioteki ministerstwa. Zapytali mnie, czy nie chciałbym pracować w bibliotece. Zgodziłem się podjąć pracę jedynie na dobrych warunkach. Pani Helena wyliczała, co mi będzie przysługiwać: uposażenie nieco mniejsze niż w brygadzie, imponujące deputaty żywnościowe i połowa przysługującej mi normy dla każdej z osób w rodzinie. Kwintesencją tej propozycji było to, że skoro zostanę pracownikiem Ministerstwa, będzie mi przysługiwało mieszkanie w tej części ulicy Lwowskiej. Matce pozwolono wejść do budynku przy ulicy Lwowskiej 3 i tam wybrać dowolny pokój, do którego mogliśmy się przenieść. Sprawa ta do końca nie została załatwiona. W pewnym momencie zjawiliśmy się w mieszkaniu państwa Zalewskich przy ulicy Wilczej 69. Poprzednio zajmował je Ludwik Solski. Zostało w nim szereg pamiątek, które jako goniec ministerialnej biblioteki odniosłem właścicielowi do Teatru Polskiego. W czasie tej rozmowy staraliśmy się poprawić nasze możliwości mieszkaniowe, ale Zalewski niczego już nie zmienił.
     Następnie zaniosłem podanie o pracę, które przepadło, więc napisałem kolejne. Zacząłem pracować 25 IV 1945 roku w Bibliotece Ministerstwa Przemysłu. Chodziłem również do szkoły dla dorosłych przy ulicy Polnej 46a i na początku sierpnia ukończyłem gimnazjum ogólnokształcące.
     Chociaż większa część domów przy ul. Lwowskiej mocno ucierpiała w okresie popowstaniowym, to dozorcy nawet spalonych domów stali się „placowymi" robotnikami ministerstwa. Oni wynosili z opuszczonych mieszkań meble i przewozili do magazynu ministerialnego przy ulicy Poznańskiej. Były one rozdawane podejmującym pracę w ministerstwie, zakwaterowanym w przydzielonych pokojach. „Rekwizycji" podlegały również i inne przedmioty, zwłaszcza książki, które po zakwalifikowaniu jako fachowe, trafiały do biblioteki. Pozostałe książki poszły do świetlicy przy ul. Lwowskiej 11a.
     W naszym przypadku dozorca palił w kotłowni opasłymi tomami naszej 28-tomowej encyklopedii Orgelbrandta. Udało nam się uratować pięć tomów, z których kilka trafiło do biblioteki jako „prezent", a kilka przyniosłem do mieszkania. Mój szkolny kolega określił ówczesny stan nie jako „demo-kracja", lecz „demo-kradztwo".
     Zaczęliśmy się przeprowadzać w czerwcu. Dozorcy stopniowo wynosili nasze rzeczy na ręczne wózki i przewozili na koniec ulicy do nowego mieszkania. Odbywało się to dość sprawnie, ale nie było możliwości zmieszczenia się w czasie przed nominalnym końcem pracy. Groziło nam, że część rzeczy zostanie na „starym" mieszkaniu, część na „nowym". Dozorcy zachęceni opłatą 200 złotych, otrzymaną od mojej mamy, dokończyli przeprowadzkę. W ten sposób odbyło się nasze drugie wypędzenie z mieszkania.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten