Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Julii Marceli Dyakowskiej


  MUZEUM HISTORYCZNE M. ST. WARSZAWY

E. 558

Relacja Julii Marceli Dyakowskiej

SIEROCINIEC W KOŹLU

Julia Marcela Dyakowska, lat 40, siostra ze Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia, opiekowała się małoletnimi warszawiakami po Powstaniu Warszawskim w sierocińcu w miejscowości Koźle koło Głowna.

 

     Nie jestem warszawianką, ale los złączył mnie z wygnańczą warszawską ludnością. Ostatnie dwa lata przed Powstaniem spędziłam w powiecie tarnopolskim wśród mordów ukraińskich i przewalającego się frontu. Wezwana przez Przełożoną Generalną Matkę Zenonę Dobrowolską przybyłam na krótko przed Powstaniem do Szymanowa pod Warszawą.
     30 lipca 1944 roku pojechałam do Warszawy, a załatwiwszy zleconą mi sprawę, chciałam nazajutrz wracać. Jednak pociągi w kierunku Sochaczewa nie kursowały. W mieście panował niepokój, zauważyłam zdenerwowanie Niemców, słychać było jakieś strzały. Zdecydowałam się pojechać kolejką EKD przez Pruszków. Odprowadzała mnie moja siostra, ubrana w letnią sukienkę, sandały na bosych nogach i miała parę złotych w torebce. Okazało się potem, że to było wszystko, co wyniosła z płonącej Warszawy.
     1 sierpnia o godzinie 16.00 dostałyśmy się do zatłoczonego wagonu kolejki elektrycznej. W Pruszkowie pochodziłyśmy chwilę po peronie, po czym siostra wsiadła do pociągu odchodzącego w kierunku Warszawy. Zobaczyłam ją w dwa tygodnie później: pokrwawioną, posiniaczoną, brudną i obdartą, słaniającą się z głodu. Przeszła ona przez „Zieleniak", wywożona do Niemiec, wyskoczyła z jadącego pociągu.
     Pierwsze tygodnie Powstania spędziłam w Pruszkowie w naszej zakonnej placówce w Żbikowie, pracując w obozie. Następnie wezwana przez moje władze zakonne wróciłam do Szymanowa.
     Z powodu przyjazdu sióstr wypędzonych z paru naszych klasztorów z Warszawy, Matka Zenona Dobrowolska poleciła mi wyszukanie placówek, w których siostry mogłyby nieść pomoc ofiarom wojny i Powstania.
     Nie było to łatwe zadanie, ponieważ każdy kąt, a nawet obórki i szopy zostały zajęte przez bezdomną biedotę warszawską. Wreszcie udało mi się znaleźć w Kutnowskim, w pobliżu granicy Reichu we wsi Rząśno, niewielką izbę u zacnych gospodarzy. Przybyły tam cztery siostry, które prowadziły dla ludności wiejskiej tajne komplety i kurs kroju.
     Drugą podróż odbyłam z siostrą Elżbietą Tarnowską. Obeszłyśmy Łowicz, Głowno, Złaków Kościelny, Jackowice, Osiny i Bąków. W Głownie, burmistrz volksdeutsch ofiarował nam kamienicę bez drzwi i okien, pękniętą od fudamentu do strychu. Obiekt był nie do przyjęcia. W Głownie znajdował się piękny, stary dwór Komorowskich, ale został zajęty przez bezdomnych warszawiaków. Oprócz właścicielki pani Komorowskiej, krewnej generała Tadeusza Bora-Komorowskiego, zapamiętałam panią Rulikowską i siwego pana Romana Bnińskiego. Naradzali się oni, jak nam dopomóc w znalezieniu pomieszczenia na sierociniec. Pani Komorowska radziła, aby udać się do zastępcy Landwirta, katolika i człowieka uczciwego. Przyjął nas bardzo grzecznie i powiedział, że może nam przydzielić czteroizbową szkołę w Koźlu oddalonym o 15 kilometrów od Głowna na samej granicy z Reichem.
     Zaopatrzone w odpowiednie papiery udałam się tam natychmiast w dżdżysty październikowy dzień, stanęłam pod drewnianym kościółkiem z XVII wieku, pozbawionym, jak wszystkie na pograniczu, wieży i krzyża. Koźle, stara łowicka wieś, została przepołowiona granicą niemiecką i częściowo spalona w 1939 roku. Była bardzo zubożała, ale nosiła ślady dobrego zagospodarowania, miała dom ludowy, spółdzielnię i mleczarnię. Za ukrytą wśród lip plebanią znajdował się duży nowoczesny budynek szkolny, który zajęłyśmy.
     Poszłyśmy przedstawić się księdzu proboszczowi. Ksiądz Edward Kulejewski, przez którego plebanię przeszły wszystkie zakonnice przedzierające się z Reichu do Generalnego Gubernatorstwa, witał nas serdecznie i chętnie widział w parafii.
     Kierownik szkoły Stanisław Skrzypiński, człowiek twardy, lecz bezgranicznie poświęcony pracy z dziećmi i potrzebom wsi, mówił bez ogródek, że z dwojga złego wolał zakonnice niż Niemców. Wskazał, że jeżeli zajmiemy całą szkołę, to nauka prowadzona z takim trudem, zostanie przerwana. Bez wahania zrezygnowałyśmy z jednej sali, potem z dwóch, zajmując dwie pozostałe na piętrze.
     Sale były ogromne, okna prawie na całą wysokość ścian, pojedyncze. Bardzo wielu szyb brakowało. Umeblowanie stanowiły ciężkie pulpity z ławkami i wielki stół. Brakowało kuchni, opału, światła, a po wodę trzeba było chodzić do studni na boisku.
     6 listopada 1944 roku przybyły pierwsze dzieci. W miarę, jak wieść o zorganizowaniu sierocińca w Koźlu rozeszła się, przybywało ich coraz więcej. Przynosiły lub przyprowadzały je matki lub krewni względnie przysyłało RGO z Łowicza.
     Początki były bardzo ciężkie. Do pieca przystawiłyśmy blaszaną kuchenkę, tak zwaną „kozę". Na niej gotowałyśmy posiłki dla dzieci i sióstr. Siostry utrzymywały dzieci własną pracą, szyciem, robieniem swetrów, lekcjami, wyrobem kartoflanych drożdży, które chętnie kupowały gospodynie. Dobra ludność kozielska bardzo nam dopomagała jałmużną, radą, bezinteresowną pomocą w wykonywaniu różnych prac. Kiedy zdobyłyśmy kwit na kupy gałęzi w odległym lesie, sześciu gospodarzy posiadających konie, rano pojechało z siostrami, by zwieźć je przed nocą. Grosza za to nie wzięli. Murarz Stasiak postawił nam murowaną kuchenkę. Staruszka Brzeska widząc, że siostry nieraz marzły, przyniosła swój najpiękniejszy zielony serdak, pluszowy z czerwoną wypustką i cieszyła się, widząc jak siostra Pankracja paradowała w serdaku na habicie. Na każdym kroku doznawałyśmy dobroci ludzkiej.
     Nazajutrz po przyjeździe, kiedy szłyśmy do kościoła, poprosiłam kierownika o klucze od sal. Popatrzył zdumiony: „a na co siostrze klucze?" - „jak to na co? Wychodzimy wszyscy, trzeba zamknąć, aby ktoś czegoś nie porwał". Roześmiał się: „A któż by siostrom coś brał!". Kluczy nie było, poszłyśmy do kościoła. Po powrocie zauważyłyśmy, że ktoś chodził po mieszkaniu, ale nic nie zginęło.
     Następnego dnia we wnęce okiennej znalazłyśmy bańkę mleka. Zacne gospodynie kozieleckie kontrolowały rano, podczas naszej nieobecności, stan naszej spiżarni, podrzucały codziennie coś na śniadanie dla dzieci: parę jajek, maślankę, twaróg, czasem kawałek boczka. Kierownik szkoły, choć sam był w trudnych warunkach, wraz z bratem i innymi osobami, brali do swej kuchni wątlejsze dzieci, aby je dożywić. Gospodyni księdza dzieliła się wszystkim, co miała.
     Wystarałyśmy się u Niemców o jednorazowy przydział jarzyn. Dostałyśmy 5 metrów kartofli, 2 metry pietruszki i 3 metry cebuli. Z RGO w Łowiczu dostałyśmy parę puszek marmolady buraczanej, zupę grochową w proszku, cukier i trochę konserw mięsnych. Siostry i dzieci codziennie dostawały na śniadanie marmoladę wymieszaną z drobniutko posiekaną cebulą jako smarowidło do chleba.
     Dzieci przybywały. Był uroczy 5-letni Jędruś, którego ojca zabili Niemcy, a matka w czasie Powstania dostała pomieszania zmysłów. Jędruś tyle tylko umiał powiedzieć, że wziął chorą mamusię za rękę i prowadził płonącą ulicą aż wyprowadził z ognia. Manię Jechalik znaleziono przy zwłokach ojca. Martwa, zesztywniała dłoń trzymała rączkę dziecka. Były cztery z przybranymi nazwiskami małe Żydóweczki: Marysia Litwińska, Teresa Kurek, Maryla Solecka i Oleńka Olejniczak, solidarnie trzymające się ze sobą i dzielące się tajemnicami, o których nikt wiedzieć nie mógł.
     Przez cały czas trwania sierocińca w Koźlu współpracowała z największym poświęceniem pani Stanisława Ogorzałek, wysiedlona z Targówka. Była przy niej sześcioletnia bratanica.
     Któregoś dnia w straszną zamieć, drzwi się gwałtownie otworzyły, ukazała się jakaś potężna postać i ze słowami: „Macie dziadów warszawskich", wepchnęła na korytarz dwie zaśnieżone figurki. Były to Jadzia i Basia Lis. Zdjęłyśmy z nich przemrożone łachmany, w których roiły się wszy. Trzeba było wszystko spalić. Ostrzygłyśmy je, wykąpałyśmy. Leżały na słomie, goluteńkie, owinięte w koce, podczas, gdy siostra Szczepana usiłowała zrobić z koszuli od jednej z sióstr dwie dziecinne koszulki. [...]
     Starsze dzieci z sierocińca poszły do szkoły, w której uczył kierownik Stanisław Skrzypiński wraz z bratem Tadeuszem. Młodszymi opiekowała się siostra Ena wraz z siostrą Pankracją. Po południu wszystkie razem szły na łąkę lub w domu śpiewały i bawiły się. Dzieci były dobre, serdeczne, ufne i bardzo przywiązane do sióstr. Najcięższą była walka ze świerzbem i wszami.
     Siostra Ena Paciorek wspominała, że „najtrudniejszym problemem było zajęcie dzieci, które miały 3-12 lat. Były one pozbawione książek, jakichkolwiek pomocy pedagogicznych i przyrządów do zabaw. Zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że naszym obowiązkiem było nie tylko przechować je do lepszych czasów, ale na ile nas stać - wychować.
     Uczyłyśmy czytać ze starych, powyciąganych ze szpargałów książek, aby poznały literki, byle nauczyły się je składać i rozumieć słowa. Czytałyśmy głośno, wtedy łatwiej było opanować grupę i skupić zainteresowanie. Były opowiadania historyczne, geograficzne, przyrodnicze i nauka wierszy. Siostry podzieliły się zadaniami. Ja wzięłam opowiadania i śpiewy. Wtajemniczyłam w nie dzieci od 9 do 12 lat. Prosiłam, aby między sobą o tym, co opowiadałam, nie rozmawiały.
     Do nauki pisania zdobyłyśmy kilka tabliczek z rysikami. Na nich dzieci kreśliły pierwsze słowa i litery. Długo czekałyśmy na ofiarowane nam przez dobrych ludzi zeszyty i ołówki. Trzymało się je jak skarb.
     Na plebani znalazł się stary, rozstrojony, ale grający fortepian państwa Osieckich. Pomyślałyśmy o umuzykalnieniu dzieci. Miały rytmikę, śpiewy i inscenizację przy akompaniamencie siostry Idy.
     Łaszki ich były znoszone i zniszczone. Codziennie trzeba było je przeglądać, naprawiać, aby nie dopuścić do dużej dziury. Dzieci same musiały mniejsze zaszyć i zacerować".
     Wielka panowała bieda z ubraniami i obuwiem, bo tego ludzie dać nie mogli. O wszystko starałyśmy się w odległym o 45 kilometrów Łowiczu. Dwie lub cztery siostry były stale w podróży, aby coś zdobyć dla sierot. Do Głowna szło się 15 kilometrów piechotą, a potem jechało się pociągiem.
     Pamiętam, że dostałam w RGO w Łowiczu 10 papierowych sienników. Był to wielki skarb, ale pakunek okazał się duży, ciężki i bardzo śliski. Z Głowna szłam pieszo. Było ciemno. Padał deszcz ze śniegiem. Zmókł papierowy sznurek i wszystkie sienniki wpadły do rowu z wodą. Wyłowiłam je z największym trudem i dowlokłam się z nimi do jakiegoś domku, w którym mnie przyjęła na noc wysiedlona Jolanta z Kulwickich Przywieczerska.
     Droga z Koźla do Głowna prowadziła przez lasy. Stacjonowało w nich wojsko popularnie zwane „Ukraińcami". Były to oddziały rosyjskie [ROA], które przeszły na niemiecką stronę, najstraszniejsza dzicz. Niemcy trzymali ich w leśnym obozie za drutami, ale oni wymykali się i napadali na ludzi. Bałam się chodzić przez las, choć droga była bardzo uczęszczana. Spotkałam raz młodą, zrozpaczoną i bardzo piękną kobietę. Zbliżyłam się do niej myśląc, że może będę mogła jej pomóc. Zarzuciła mi ręce na szyję i rozszlochała się, mówiąc: „pięciu mnie dziś zgwałciło". Była warszawianką.
     Niemcy pokazywali się mało w Koźlu, woleli unikać lasów. Granica Reichu i Generalnego Gubernatorstwa szła przez wieś o kilkaset kroków od szkoły. Nieraz w nocy widziałyśmy przechodzących przez nią „chłopców z lasu" z bronią w ręku. Pamiętam strzelaninę, zabitego strażnika niemieckiego i wieś, która czekała na represje.
     Wieczorami młodzież kozielska zbierała się u nas na śpiewy prowadzone przez siostrę Idę. Wiedziałyśmy, że ta wesoła, beztrosko rozśpiewana młodzież, to byli „chłopcy z lasu", których widywałyśmy przedzierających się nocami przez graniczne krzaki.
     Pewnego dnia na naszym korytarzu zjawił się jakiś nieznajomy mężczyzna i zażądał widzenia się z przełożoną. Przedstawił nagryzmolone zlecenie, że ma za pokwitowaniem oddać na potrzeby sierocińca dość znaczną sumę pieniędzy. Okazało się, że był to sołtys z okolicznej wsi, który wydawał Niemcom ludzi na wywóz do Reichu. „Chłopcy z lasu" zbili go, a znalezione u niego pieniądze kazali odnieść do sierocińca. Innym razem, kiedy nie miałyśmy, co dać jeść dzieciom, zjawił się chłop z 30 kilogramami mięsa, któremu z podobnych powodów towar skonfiskowali „chłopcy" i polecili nam oddać.
     W święta Bożego Narodzenia dzieci odegrały okolicznościowe jasełka, na które zeszła się cała wieś. Była wielka i obustronna radość. Nie było gazet, radia, wieści ze świata nie dochodziły do zapadłej wioski.
     16 stycznia 1945 roku wybrałam się z siostrą Agatą do Łowicza po troje dzieci, które miały przybyć do sierocińca. Do Głowna szłyśmy piechotą. Mróz ponad dwadzieścia stopni, kromki chleba ze smalcem zamarzły i nie mogłyśmy ich ugryźć. W Głownie zaszłyśmy na probostwo, gdzie nas najserdeczniej przyjął ksiądz biskup Tomczak, sufragan łódzki. Poczęstował czarną kawą, chlebem z marmoladą i odrobiną masła. Rozgrzane, nakarmione, pobłogosławione, poszłyśmy na stację, ale pociągu do Łowicza nie było. Wyruszyłyśmy piechotą, szłyśmy szybko. Po południu zerwał się wiatr, zrobiła się zadymka. Była to chyba najcięższa z naszych wędrówek. Droga pustoszała, robiło się ciemno, wiatr ciągle wiał w oczy, zaspy z każdą chwilą powiększały się.
     Było dobrze po godzinie policyjnej, gdyśmy się przez zaciemniony Łowicz dowlokły do furtki sióstr Bernardynek. Ktoś otworzył drzwi, zobaczyłam długi stół z desek, a przy nim siedziało kilkanaście osób. Ktoś podsunął mi krzesło. Oparłam głowę o stół i zasnęłam kamiennym snem. Kiedy się przebudziłyśmy, stała nad nami siostra Bernardynka z dzbankiem gorących ziółek.
     Nazajutrz 17 stycznia poszłyśmy raniutko na mszę świętą, następnie udałyśmy się po dzieci, przeznaczone do kozielskiego sierocińca. Pamiętam, że dzieci przekazywał nam przepełniony sierociniec sióstr Bernardynek. Były to dwie dziewczynki lat 6 i 7 oraz maleństwo, które niosłyśmy na ręku. Siostra Agata wzięła dziecko, ja rzeczy i chleb, który nam siostry dały dla dzieci.
     Pociągi odchodziły w stronę Głowna, ale Niemcy nie chcieli nas puścić na peron. Zdenerwowanie ich było okropne, stałyśmy długo, dzieci zaczęły marznąć. Pociągi odchodziły jeden po drugim. Czekający ludzie mówili, że Niemcy wywozili rannych. Widząc, że coś dziwnego się działo, odprowadziłyśmy dzieci do sierocińca sióstr Bernardynek, a same pospieszyłyśmy piechotą do domu.
     Kiedy przechodziłyśmy przez rynek, rozległ się warkot samolotu, zauważyłyśmy detonacje spuszczonych dwóch bomb i usłyszałyśmy kule karabinu maszynowego. Wpadłyśmy w otwarte drzwi zakładu fryzjerskiego. Kilkanaście osób szukających schronienia, klęczało odmawiając głośno „Pod Twoją Obronę". Paniki nie było, tylko gruby Niemiec w mundurze, z namydloną twarzą biegał po sali nieprzytomny ze strachu. Oczy miał błędne, pot strumieniami ściekał mu z czoła, piana mydlana spadała na mundur.
     Samolot odleciał. Na rynku ujrzałam roztrzaskany wóz i parę zabitych koni. Czy były ofiary w ludziach? Nie pamiętam.
     Wyszłyśmy na łódzką szosę i nie miałyśmy wątpliwości, że Niemcy uciekali. Samochody, motocykle, zielone ciężarówki - wszystko pędziło do Reichu. Szłyśmy poboczem, chwilami schodząc do rowu. Od czasu do czasu nadlatywały rosyjskie samoloty i ostrzeliwały szosę. W lesie zobaczyłyśmy ogromną, opuszczoną ciężarówkę załadowaną tekami widocznie wywożonymi z jakiegoś urzędu; druga załadowana była nowymi wojskowymi kocami - jakże by się przydały dla naszych dzieci! Ale brakowało nam sił, aby dźwigać je w forsownym marszu.
     Niemcy przerażeni uciekali bezładnie. Prócz nas, z cywilnej ludności nie było nikogo na szosie. Z przerażeniem zobaczyłyśmy, że za nami szedł oddział, banda pijanych „własowców", ale minęli nas szczęśliwie. Robiło się ciemno. Niedaleko szosy stała jakaś opuszczona chata z wywalonymi drzwiami. Chciałyśmy w niej spędzić noc, ale ujrzawszy z progu w ciemności porozrzucaną po podłodze pościel, zrezygnowałyśmy.
     Doszłyśmy wreszcie do pewnej wioski z kościołem i zapukałyśmy do drzwi probostwa. Po długim czekaniu ktoś otworzył. Ksiądz proboszcz wyraźnie nie był rad nocnym gościom, ale widział, że iść dalej nie byłyśmy w stanie. Jakaś dziewczyna przyniosła grubo wypchany papierowy siennik, wprowadziła do dużej, zimnej sali, siennik rzuciła na podłogę i wychodząc zamknęła nas na klucz. Byłyśmy wdzięczne za dach nad głową w tę mroźną noc.
     Rano szłyśmy pustą szosą. W Głownie spotkałyśmy na ulicy grupę niemieckich żołnierzy - Ślązaków. Mówili po polsku i oddawali mundury za cywilne łachy.
     Ostatnich 7 kilometrów od skrętu do bocznej drogi były dla nas pochodem tryumfalnym. Ludność wiejska wybiegała z domów z zapytaniem: „co się na świecie dzieje?" - odpowiadałyśmy: „jedni poszli, drudzy jeszcze nie przyszli, jesteśmy sami u siebie". Wieść o nas rozeszła się szybko. Ludzie wybiegali na drogę, wynosili chleb, zapraszali na kluski z mlekiem, by się za dobrą nowinę odwdzięczyć. Mimo głodu nie zatrzymywałyśmy się ani na chwilę, nie wiedząc, co się z dziećmi i siostrami działo. Słychać było wołanie, wysiedlonego z pobliskiej granicy Reichu, gospodarza: „Matka! Dawaj ino kapotę! Lece obacyć, co się doma dzieje!" i pędził w kierunku słupów granicznych, skąd straż uciekła.
     Tymczasem siostry w Koźlu przeżyły dwie doby niepokoju o nas, straszną noc bombardowania pobliskiej Łodzi i niespodziewane wizyty grup uciekających Niemców. Siostra Barnaba wspominała, że wieczorem przyszli żołnierze niemieccy, byli wystraszeni, nogi im się trzęsły, zziębnięci, ale zachowywali się grzecznie. Poprosili o trochę gorącej herbaty. Chowali się po stodołach przed „chłopcami".
     Przyszli Rosjanie. Wojsko sowieckie zajęło na koszary pałac Rzewuskich w sąsiednich Bratoszewiczach. Wyrżnięto zwierzęta z zarodowej obory. Dostałyśmy dla „prijutu" [sierocińca] trochę mięsa. Wszelkie możliwości dostania czegokolwiek drogą legalną, ustały, bo administracji żadnej nie było, względnie przechodziła w ręce miejscowych komunistów.
     Na styczeń, luty i marzec 1945 roku przypadła seria nowych wędrówek po żywność i odzież dla dzieci. Wędrówki były niekiedy bardzo uciążliwe. W lesie Bratoszewickim, tam, gdzie był obóz „Ukraińców", widziałam morze zakrzepłej krwi. W rowach, wzdłuż szosy i na drodze leżały w śniegu nagie, powykręcane zwłoki wystrzelanych masowo ludzi, za zdradę. Mieli na piersiach i na rękach jakieś amulety. Po drugiej stronie leżały przez dwa tygodnie ciała burmistrza z Głowna i jego rodziny.
     Drogi, mimo mrozu, okazały się przepełnione tłumami wynędzniałych ludzi, przeważnie kobiet i dzieci, z tobołkami na plecach, zdążających do ruin Warszawy. Pociągi były bezpłatne, żaden rozkład jeszcze nie obowiązywał. Dostałyśmy się raz z siostrą Stanisławą szczęśliwie do pociągu, choć pół zduszone stałyśmy w nabitym wagonie. Nagle do ruszającego pociągu wskoczył żołnierz. Zobaczywszy zakonnice, rozepchnął tłum, chwycił mnie za kark, nogą wywalił drzwi i z wrzaskiem: „monaszka uchadi, won monaszka, uchadi!", strącił mnie z wagonu. Stoczyłam się z nasypu, oszołomiona upadkiem, podniosłam głowę, aby zobaczyć, co się stało z siostrą Stanisławą. Widziałam ją przez chwilę szamocącą się w otwartych drzwiach wagonu. Pociąg znikł. Później dowiedziałam się, że ludzie ją wciągnęli i szczęśliwie dojechała do Skierniewic.
     Wielką zasługą siostry Stanisławy było zdobycie odzieży dla naszych dzieci. Po niezliczonych staraniach i chodzeniach dostała się w Łodzi do ogromnego składu paltocików dziecięcych. [...]
     W Koźlu władze wiejskie zatrzymały Niemkę przekradającą się z dwoma walizami materiałów. Wieś orzekła, że materiały te powinny pójść na potrzeby sierocińca. Wszystkie dzieci dostały na wielkanoc nowe sukienki i ubranka.
     Jacyś państwo prosili o pozwolenie zobaczenia dzieci. Otworzyłam drzwi do sali. Spały wszystkie na podłodze, na siennikach pokrytych prześcieradłami, okutane kocami. Wychodząc wręczyli mi 20 tysięcy złotych! A myśmy były bez grosza!
     Wybrałam się z siostrą Angelą do Rząśna. Tu praca szła normalnie: przy stole siostra Narcyza uczyła dziewczęta kroju, w jednym kącie siostra Hermina miała lekcję polskiego, w drugim siostra Beniamina nauczała katechizmu. Przy kuchence, na której gotowała się zupa, prała siostra Marcjanna.
     Ucieszyły się siostry naszym przybyciem. Wieczorem przy karbidówce zasiadłyśmy do stołu. Była kartoflanka i chleb czarny. Na cześć gości, w puszce od konserw siostra Marcjanna zaparzyła trochę kawy. Naradzałyśmy się jak dostać do Szymanowa, bo byłyśmy niespokojne o nasz klasztor. Siostry opowiadały jak chętnie gospodarze przysyłali dzieci na naukę, jak kolejarze polscy z lokomotyw pociągów idących do Reichu zrzucali ludności kawały węgla. Nie zauważyłyśmy, że drzwi się otworzyły i za naszymi plecami stanął żołnierz sowiecki. Był bez munduru, zarośnięty, w watowanym kaftanie. Siostry pobladły. Siostra Hermina podała mu kawałek chleba - nie przyjął. „Wy monaszki - dopytywał się gorączkowo - wy monaszki?" [„Jesteście siostrami""]. „Da [„Tak] - odpowiedziałam - my monaszki, czewo żełajetie?" [Jesteśmy siostrami, czego sobie Pan życzy?"]. Wówczas powiedział, że dowiedział się o nas od ludzi, szukał długo, w dzień nie mógł przyjść, a miał ważną sprawę, wielką prośbę. Cała jego rodzina została wymordowana przez Niemców, nie zostali pochowani, nie było za nich „służby Bożej". Przyszedł i prosił, żeby się monaszki modliły za spokój dusz tych pomordowanych. Wymieniał szereg imion. Prosił, aby je zapisywać. Spieszył się, bo nie chciał, aby go ktoś widział. Odszedł w ciemną noc rozradowany i uspokojony.
     Wielkie gromady dzieci i podrostków z byłego Reichu zaczęło się cisnąć do szkoły. Odstąpiłyśmy drugą salę, przenosząc kuchenkę na korytarz. Myślałyśmy o opróżnieniu szkoły, ale nie było możliwości zlikwidowania sierocińca.
     Ofiarowałyśmy się księdzu proboszczowi do nauczania religii, przygotowania dzieci do sakramentów świętych. Przyjął nas z wdzięcznością. Praca była ogromna. Dzieci z radością garnęły się do nauki. Były wśród nich i takie, które przeszły prześladowanie, były bite, szczute przez psy policyjne za przekradanie się do kościoła lub na naukę religii. Niejednokrotnie zdarzały się wśród nich objawy dziwnych chorób nerwowych, jako następstwo strachu przeżytego na granicy.
     W maju 1945 roku został zlikwidowany sierociniec. Odnajdywały się matki lub dalsi krewni. Te dzieci, po które nikt się nie zgłosił, zabierały siostry do Szymanowa. Z żalem i głęboką wdzięcznością żegnałyśmy dobrego księdza proboszcza, przyjaciela dzieci, zacnego pana Piotrowskiego, pana Skrzypińskiego mądrego kierownika szkoły i całą przezacną ludność kozielską, od której nie miałyśmy nigdy żadnej przykrości, a zawsze najżyczliwszą pomoc.
     Polskie sieroty, w tej zapadłej, a tak silnie tętniącej polskim życiem, łowickiej wiosce, czuły się kochane i były wśród swoich.
     6 czerwca 1945 roku ostatnie siostry, po wyprawieniu dzieci, opuściły Koźle.

Częściowy wykaz dzieci odtworzony z pamięci:

  • 1. Bocheńska Maria
  • 2. Bocheńska Romana
  • 3. Cendrowska Barbara
  • 4. Ciborska Maria
  • 5. Ciborska Romana
  • 6. Fiutowska Janina
  • 7. Grul Irena
  • 8. Jasińska Barbara
  • 9. Jechalik Maria
  • 10. Kurek Teresa
  • 11. Litwińska Maria
  • 12. Lis Barbara
  • 13. Lis Jadwiga
  • 14. Ogorzałek
  • 15. Olejniczak Aleksandra
  • 16. Przybylińska Anna
  • 17. Solecka Maria
  • 18. Sołecka Zofia
  • 19. Sołecka Teresa
  • 20. Sławska Elżbieta
  • 21. Sawicki Wojciech
  • 22. Słocka Teresa
  • 23. Słocka Zofia
  • 24. Targowski Andrzej
  • 25. Talarek Barbara
  • 26. Talarek Elżbieta
  • 27. Wasilewski Andrzej
  • 28. Zawidzka Krystyna
  • 29. Zubrzycka Helena
  • 30. Żukowska Teresa
  • 31. Dwuletni Władzio z młodziutką matką.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten