Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Kusińskiej (Śpiewak)


foto

     Powstanie zastało nas w naszym mieszkaniu, przy ul. Grójeckiej 89 na Ochocie. Pierwsze strzały padły od ul. Siewierskiej. Wszyscy sąsiedzi łącznie z nami zeszli do piwnicy, by ukryć się przed ostrzałem. Spędziliśmy w niej kilka pierwszych dni sierpnia. Tego ranka - kilka dni po święcie Przemienienia Pańskiego (6 sierpnia 1944 roku) byłam bardzo marudna. Ubrałam się w jesienne paltko, którego nie chciałam zdjąć, pomimo panującego upału. Wtedy usłyszeliśmy krzyki: „Otkrywać! Wychodić!". Ludzie zaczęli krzyczeć: „To Ukraińcy! Matko Boska! Miej nas w swojej opiece!". Byli to Rosjanie w mundurach SS. Jeden z nich trzymał w ręku granat, krzyczał, że jeżeli nie opuścimy piwnicy, wysadzą dom. Wyganiali nas kolejno na zewnątrz. Ojciec zdążył zabrać ze sobą, wcześniej spakowane torby z jedzeniem. Mama wyszła, nie zabierając dokumentów (zostały w torebce w piwnicy), w letniej sukience bez rękawów. Ja miałam na sobie paltko. Ustawili nas pod murem budynku, reszta z nich zajęła się wyrzucaniem ludzi z okolicznych domów. Spędzali ich na nasze podwórko. Bardzo się bałam. Trzymałam mamę za rękę i cały czas miałam dreszcze.
     Po jakimś czasie pognali nas w stronę domu, przy ul. Grójeckiej 104. Od południowej strony tego budynku znajdowały się działki uprawne. Tam Ukraińcy zatrzymali naszą kolumnę. Kazali nam uklęknąć. Skierowali w naszą stronę karabiny maszynowe umieszczone na stojakach. Mama kazała mi uklęknąć przed sobą. Powiedziała mi dopiero po wojnie, że jedyną rzeczą, którą mogła mi wtedy podarować była szybka i pewna śmierć. Nie chciała, abym umierała ranna pod stertą trupów w zagonie marchwi. Ojciec klęczał obok mamy. Wyrywał nerwowym ruchem marchewki, które upychał w kieszeniach. W tym momencie przyjechał na motorze niemiecki oficer, zaczął krzyczeć na Ukraińców. Nie chcieli go słuchać, wymachiwali rękoma, ale po jego gardłowych „warknięciach" zaczęli składać broń. Klęczący obok mężczyzna powiedział nam, że Niemiec zabronił strzelać do ludzi, kazał nas zaprowadzić do obozu. Moją uwagę zwrócił jeden z żołnierzy. Miał zawieszony na szyi ogromny, blaszany budzik z dwoma bocznymi dzwonkami, mimo grozy sytuacji bardzo mnie to rozśmieszyło.
     Pognali nas na „Zieleniak" - targowisko znajdujące się blisko działek. Zajęliśmy miejsca na bruku w otoczeniu swoich sąsiadów. Tata zorientował się, że porzucił na działkach torby z żywnością. Jedyną rzecz, którą można było zjeść stanowiły wyrwane przez niego marchewki. Brakowało wody. Przez całą noc na „Zieleniaku" odbywały się „dantejskie sceny". Ukraińcy z latarkami w rękach szukali kobiet, które gwałcili w obecności ludzi, inne prowadzili do pobliskiej szkoły. Przyprowadzali wciąż mieszkańców z dalszej części dzielnicy. Tata posmarował twarz mamy ziemią zmieszaną ze śliną, kazał jej się położyć na trawie, po czym usiedliśmy na niej. Miało to ją uchronić przed atakiem zdziczałych żołnierzy. Byłam świadkiem wstrząsającej sceny. Około 20 metrów od nas koczowała rodzina z córką - może 16-letnią dziewczyną. Dziewczyna zwróciła naszą uwagę pięknymi, długimi włosami zaplecionymi w warkocze. Nocą przyszli po nią Ukraińcy. Strasznie krzyczała, wzywała pomocy. Jeden z nich owinął sobie wokół rąk jej warkocze i ciągnął ją po ziemi. Dziewczyna odzyskawszy równowagę, napluła mu w twarz. Wtedy on wyciągnął broń i zastrzelił ją tuż koło nas. Nie sposób opisać strachu, który odczuwałam. Instynktownie czułam, że nie wolno mi płakać i krzyczeć. Pragnęłam, by to wszystko się skończyło.
     Rankiem wszystkich zmarłych i zamordowanych zaciągano pod mur. Niestety, również pod ten mur, chodziliśmy my, więźniowie załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. Piekło było tu na ziemi. Nie umiem sobie przypomnieć, ile dni spędziliśmy na „Zieleniaku". Wydawały mi się one wiecznością. Nie wiem, w jaki sposób mama ocaliła przed konfiskatą wiszące, długie, złote kolczyki. Ukraińcy przechodząc między rzędami siedzących ludzi, wypatrywali ostatnich posiadanych kosztowności. Do klęczącej mamy podszedł żołnierz i pokazał jej, że ma zdjąć kolczyki. Trzęsące ręce zbyt długo operowały przy zapięciu ozdoby. Ukrainiec szarpnął i wyrwał go z ucha. Odszedł nie czekając na drugi. Mama związała krwawiące, rozerwane ucho nitką. Ocalały kolczyk schowała przypinając do biustonosza.
     Pewnego ranka ogłoszono przez megafony zbiórkę mężczyzn, którzy mieli zabijać i oprawiać krowy, skonfiskowane w gospodarstwach znajdujących się w pobliżu obozu. Ojciec zgłosił się do tej pracy, chociaż nigdy nie zrobiłby krzywdy żadnemu zwierzęciu. Po kilku godzinach wrócił zbryzgany krwią i przyniósł w kieszeniach kawałki mięsa. Nasi sąsiedzi zorganizowali wodę i dużą puszkę po konserwach. Tata miał jeszcze zwiędłe marchewki, które codziennie mi wydzielał. Ktoś przyniósł kilka ziemniaków. Ugotowali wspólnie zupę, którą ojciec sprawiedliwie rozdzielał „po łyku" wśród znajomych. Długo żuliśmy twarde mięso, ciesząc się z tak niespodziewanego posiłku. Wszyscy mieszkańcy naszego domu byli bardzo zżyci ze sobą i trzymali się razem. Pamiętam dzień, w którym ojciec podszedł do Ukraińca krojącego chleb, pokazał na mnie i poprosił go o kromkę dla dziecka. Ten podał mi na ostrzu noża kawałek, który wzięłam drżącą ręką. Tata wyciągnął do niego dłoń, prosząc o jeszcze jedną kromkę. Żołnierz zerwał się z miejsca i uderzył ojca w twarz. Zaczęłam płakać i szybko odeszliśmy stamtąd, ciesząc się, że skończyło się tylko na biciu. Tata zrobiłby wszystko, by mnie nakarmić. Ukraińcy wypuszczali ludzi na „agrylowskie" pola, aby nazbierali ziemniaków, które były tam posadzone. Tata też chciał pójść, ale nie pozwoliła mu na to mama. I wtedy usłyszeliśmy strzały. Wszyscy, którzy uwierzyli w dobrą wolę oprawców, zginęli w kartoflanych zagonach. „Zabawę" tę mordercy wielokrotnie powtarzali.
     Mama bardzo przeżywała rozstanie ze swoim synem, który walczył w Powstaniu. Nieustannie powtarzała: „ on już pewnie nie żyje", niesamowicie mnie to przygnębiało i napawało strachem.
     Rano, kolejnego dnia pobytu na „Zieleniaku", wydano nam rozkaz ustawienia się w kolumny. Wyprowadzono nas poza teren obozu. W okolicach Szczęśliwic moją uwagę zwróciły nienaturalnie rozdęte zwłoki kobiety. Znowu zaczęłam płakać. Ojciec wziął mnie na ręce. Niemcy zapędzili nas na Dworzec Zachodni. Kazali wsiadać do podstawionych wagonów EKD. Bili kolbami, gdzie popadło, aby usprawnić załadunek. Pociąg ruszył. Po kilkunastu minutach jazdy zobaczyliśmy ludzi, którzy rzucali żywność w stronę wagonów. Tata złapał kawałek chleba. Mężczyzna stojący obok zaczął szarpać się z ojcem, by mu go zabrać. Ojciec przełamał chleb, oddając połowę skibki. Mama chcąc mnie nakarmić, znalazła w jego miąższu wetknięte 20 dolarów. Schowała je w bucie. Sprzedała je podczas naszego wypędzenia we wsi Podlindowo.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten