Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Danuty Kusińskiej (Śpiewak)


foto

     Ciżba ludzka otworzyła się na chwilę i zamknęła za nami tworząc ciasną kolumnę. Wolno posuwaliśmy się w kierunku bramy. Siostry pokazały listy wyprowadzanych, jednak strażnik chyba z powodu dużej ilości ludzi nie sprawdzał ich zbyt starannie. Znaleźliśmy się za bramą obozu. Siostry mówiły, aby ludzie nie rozpraszali się na boki, szli spokojnie dalej. Jednak niektórzy zaczęli uciekać. Usłyszeliśmy strzały. Tata pociągnął mamę razem ze mną w krzaki. Biegliśmy, ile sił w nogach. Nie wiem, czy po kilku godzinach, czy minutach znaleźliśmy się na cmentarzu. Mama zauważyła jakiegoś mężczyznę. Rodzice bali się go, ale i tak było widać, że jesteśmy uchodźcami z Warszawy. Człowiek ten zaprowadził nas do małego domku. Powiedział nam, że wieczorem przyprowadzi kogoś, kto nam pomoże. Zamknął drzwi na klucz. Mama jak zwykle zaczęła rozpaczać, że na pewno poszedł wydać nas Niemcom. Jednak tak się nie stało.
     Wieczorem przyprowadził kolejarza, który przez ogrody zaprowadził nas do swojego domu. Ulokował nas w szopce, na sianie. Niestety, nie mogliśmy u niego zostać, ponieważ nie byliśmy jedynymi, których ukrywał. Dał schronienie żydowskiej rodzinie. W tym czasie miałam zapalenie spojówek, ropna wydzielina ciekła mi po policzkach, kolejarz zaprowadził nas do lekarza. Mężczyzna ten zbadał mnie i wysłał gosposię po lekarstwo do apteki. Jego żona w tym czasie pozwoliła nam się wykąpać, dała czystą bieliznę, sukienkę dla mojej mamy (w starej zrobiła się wielka dziura „na siedzeniu", przypięliśmy kolcami w tym miejscu chusteczkę do nosa) i ciepły sweter dla ojca. Nakarmiła nas i wysłuchała naszej opowieści. Przenocowaliśmy u nich, a następnego dnia zaprowadzili nas do domu kamieniarza. Byliśmy tam tylko dwie noce, podczas których moja mama siedziała na stole z powodu ogromnej ilości karaluchów.
     RGO przeniosło nas do apteki w Milanówku. Mieszkaliśmy na zapleczu- w magazynie. Było więc to tylko tymczasowe schronienie. RGO umieściło  nas ostatecznie we wsi Podlindowo. W kennkarcie ojca widnieje wpis meldunkowy z datą 8 września 1944 roku. Tułaczka nasza trwała więc około miesiąca. Zakwaterowani zostaliśmy u gospodarzy - Czarnieckich. Los nasz niestety nie uległ poprawie. Gospodyni wyzywała mamę od „dziadówek, co z cudzego żyje". Mama tłumaczyła, że w Warszawie zostały srebra, odzież - cały nasz majątek. Efektem tych zwierzeń były dociekliwe pytania gospodarzy o to, gdzie zakopali swoje rzeczy, prośby o podanie adresu i dokładnego miejsca. Tata bardzo nakrzyczał na mamę za te opowieści. Zapytał ją, czy chce, by nam ukradziono resztki dobytku, które zostały w Warszawie. Mama zaczęła unikać rozmów z gospodynią na ten temat. Znowu cierpieliśmy głód, dostawaliśmy po misce zupy, w której pływały muchy. Odbywało się to przy wtórze narzekań na darmozjadów, których gospodarze musieli żywić.
     Ojciec był bardzo pracowitym człowiekiem- wynajmował się do pomocy u innych gospodarzy. Rąbał drzewo na opał, stawiał piece, pomagał w gospodarstwie. Chłopi płacili mu za to żywnością, którą po kryjomu przynosił do domu. Bał się, że Czarnieccy zabiorą mu jedzenie, które było przeznaczone dla mnie. Dzieci gospodarzy bardzo mi dokuczały. Wyzywały mnie od obdartusów i dziadówek. Pamiętam jak pod pozorem wspólnej zabawy zaprowadziły mnie na cmentarz i uciekły. Pewnego dnia podczas nieobecności gospodarzy przyszła sąsiadka Pani Celkowa (nie było to jej nazwisko, ale tak na nią wołano we wsi). Przyniosła kawałek słoniny i mleko. Mama poprosiła ją, by zaniosła te rzeczy do kuchni gospodarzy. Zapytała wtedy mamę: „dlaczego? To jest deputat, który przynoszę, co tydzień na wasze utrzymanie. Tak zarządził sołtys. Mieszkacie u nich, a ja dokładam się do waszego wyżywienia". Mama powiedziała jej, że nigdy nie dostaliśmy nic z tych produktów. Strasznie się zdenerwowała, krzyczała, że nie będzie utrzymywać i tak bogatych Czarnieckich. Zapytała tatę, czy nie chcielibyśmy zamieszkać u niej. Była wdową z maleńkim dzieckiem. Niemcy zastrzelili jej męża wraz z dziewięcioma mężczyznami za akcję przeprowadzoną przez AK na tym terenie. Powiedziała, że dom jest duży, ale niewykończony - brakowało podsufitek w pokojach. Tata miał je wykończyć. Rodzice bardzo się ucieszyli, ale bali się gospodarzy. Umówili się z Panią Celkową, że przyjdzie po nas wieczorem.
     Rozmowa z gospodarzami była nieprzyjemna. Nie chcieli nas wypuścić. Dopiero jak Celkowa wykrzyczała im, że nie będzie łożyła na i tak „tłusty połeć", pozwolili nam zabrać swoje rzeczy.
     W nowym domu było wspaniale. Ciepło, przytulnie i rodzinnie. Pani Celkowa mieszkała z małym około 2-letnim synkiem Wiesiem i dziewczyną do dziecka. Opowiedziała nam o śmierci swojego męża, którego Niemcy zastrzelili na jej oczach. Kobieta kładła dziecko pod nogi oficera, prosząc o darowanie życia mężowi. Niemiec pokazał jej, że jak nie zabierze synka, to zgniecie mu głowę butem.
     Rodzice bardzo się z nią zaprzyjaźnili. Tata wykonywał wszystkie gospodarcze prace, by ulżyć jej niedoli i odwdzięczyć się za codziennie okazywane nam serce.
     Potrzebne nam były gwoździe do wykończenia pokoju. Tata nie mógł pójść do sklepu w Mszczonowie, żeby nie złapali go Niemcy. Poszłyśmy z mamą we dwie. Po drodze mijały nas niemieckie samochody. Było zimno, mama miała na nogach drewniaki otrzymane z RGO. Nagle koło nas zatrzymała się ciężarówka, wychylił się z niej niemiecki żołnierz i zapytał po polsku: „ Matka, podwieźć cię, kaj ty idziesz w takie zimno z dzieciakiem, zapalenia płuc dostaniesz." Mama moja dostała napadu szału. Pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Strasznie na niego krzyczała: „Ty bydlaku jeden! Co cię to obchodzi, zabraliście mi wszystko, syna straciłam, a ty się nade mną litujesz! Nad sobą się lituj, bo niedługo szlag was wszystkich trafi po kolei!" Bardzo się bałam, czepiałam się jej ręki i prosiłam, żeby się uspokoiła. Myślałam, że on nas zastrzeli, ale pokiwał tylko głową, skinął na kierowcę i pojechali dalej. Kupiłyśmy gwoździe i wróciłyśmy spokojnie do domu. W tym czasie do domu pani Celkowej przyszli partyzanci. Chcieli się umyć, najeść i odpocząć. Przyprowadzili ze sobą świnie. Mięso podzielili i zostawili część dla nas. Gospodyni bała się trzymać je w domu, więc z pomocą rodziców poukładała w garnkach i zakopała na polu. Rodzice wypytywali ich o Warszawę. Mama opowiadała o swoim synu Waldku, mówiła, że nie wie czy żyje, gdzie jest. Dowódca partyzantów dał jej obrazek z Matką Boską Wypędzonych, by do niej modliła się o życie syna. Pamiętam słowa, które odtąd szeptałyśmy, co wieczór:

„Pod Twą obronę uciekamy się
Matko Boska Wysiedlona ze swej
Siedziby w Pruszkowie przez
Okrutnego Niemca.
Uciekamy się my wysiedleni,
Bezdomni, opuszczeni,
Skazani na głód i poniewierkę...
Wstaw się za nami do syna
Swego jedynego
Pana Boga Wszechmogącego,
Aby przez chmury wyjrzało
Wreszcie słońce
Na tę ziemię umęczoną,
Krwią niewinną milionów
Przesiąkniętą, aby rozwarły się wrota
Więzień i obozów,
A tysiące braci naszej z obczyzny
Wróciło do Ojczyzny,
Aby pękły okowy niewoli...
Módl się za nami
Święta Boża Rodzicielko,
Aby do serc naszych
Wstąpił błogosławiony pokój
Ku czci Syna Twego
I Pana Boga Jedynego..."

     Partyzanci odeszli do lasu. Dalej mieszkaliśmy u naszej gospodyni. Bawiłam się z małym Wiesiem, nie byłam już głodna i z nadzieją oczekiwałam przyszłości. Po około dwóch tygodniach wrócił rozbity po potyczce z Niemcami leśny oddział. Sołtys, (który prawdopodobnie współdziałał z nimi) powiedział nam, że musimy na czas ich pobytu opuścić dom. Przeniósł nas do gospodarzy we wsi Lindów. Ludzie ci dawali nam jeść, ale nie wytworzyły się między nami więzy przyjaźni. Pilnowali nas, byśmy nie wzięli choć jednego jajka więcej. Ojciec znowu najmował się do pomocy w okolicznych gospodarstwach.
     W wigilię przyjechała po nas Pani Celkowa. Powiedziała, że partyzanci odeszli i zabiera nas ze sobą. W domu pachniało ciastem i stała przystrojona choinka. W połowie stycznia usłyszeliśmy strzały. Okazało się, że od Warki idzie front. Walka rozegrała się w ciągu kilkunastu godzin. Siedzieliśmy wszyscy razem w oborze przytuleni do krów. Mama z gospodynią odmawiały modlitwy. Huk był tak głośny, że krowy kładły się pod żłób. Rano wpadli Rosjanie pytając, czy są u nas Niemcy. Po dwóch dniach zakwaterowano w naszym domu rosyjskiego oficera. Pani Celkowa przyszła spać do naszego pokoju, ponieważ bała się zaczepek z jego strony. Na polu za naszym domem wylądował rosyjski kukuruźnik. Wszystkie dzieci pobiegły na pole. Pilot pozwolił nam wejść na skrzydła i woził nas po polu. Niestety, zabawę przerwał nam oficer odganiając od samolotu. Po kilku dniach Rosjanie odeszli. We wsi powtarzano wiadomość o wyzwoleniu Warszawy.
     Tata postanowił dostać się do miasta i zorganizować dla nas mieszkanie. Z jego relacji wynikało, że większość drogi szedł pieszo, podwozili go również jadący Rosjanie. Dotarł do naszego domu, przy Grójeckiej 89. Na schodach prowadzących na klatkę leżały zwłoki granatowego policjanta. Mieszkanie, które zajmowaliśmy było spalone. Stojąc na schodach usłyszał za sobą głos; „Czesiu! To ty?" Była to babcia Gertruda, która piechotą i „podwózkami" wróciła z obozu w Czechach. Weszli na I piętro kamienicy. Ojciec znalazł ocalały od ognia lokal, przespał z babcią noc. Rano zrobił prowizoryczne zamknięcie, zostawił babcię i postanowił wrócić po mnie i mamę. Poprosił babcię, żeby zachowywała się po cichu i nikomu nie otwierała drzwi. Słuchając ojca, dziękowałyśmy Bogu za to, że powoli odnajduje się nasza rodzina. Babcia powiedziała również ojcu, że rozdzielono ją z Marią i jej roczną córeczką Ninką; nie wiedziała, co się z nimi dzieje.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten