Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Michaliny Walter-Horst


foto
Wywiad z Michaliną Walter-Horst
ur. 19.01.1934 r.
Piaseczno, 5.02.2008 r.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski

 

Pani rodzina pochodzi ze Lwowa. W chwili wybuchu wojny miała pani 5 lat, mieszkała pani z rodziną we Lwowie.
    
Tak, pięć, Mariusz miał dwa lata, Zygmunt miał 9 lat, najstarszy mój brat. Nas było troje. Mieszkaliśmy w centrum Lwowa. Mój ojciec był sędzią Sądu Okręgowego. Matka z babką prowadziły duży interes - nazwijmy to, w którego zakres wchodziły krawieczyzna, artystyczny haft. U nas robiło się wszystko, począwszy od kreacji haute coutiere skończywszy na proporczykach, na sztandarach kościelnych, sportowych. Zatrudniały bardzo wiele osób. Babka rządziła krojem, szyciem, do tego jeszcze otworzyła szkołę nauki krawiectwa, a matka głównie trudniła się rysowaniem wzorów na to wszystko. Firma dobrze się rozwijała.
     Początkowo mieszkaliśmy we własnym domu, przy ulicy Kraszewskiego, a następnie ze względu na to, że to było dla matki wielkie utrudnienie jeździć i karmić dzieci na Kraszewskiego z pracy, to przenieśliśmy się na ulicę Akademicką, czyli w samo centrum Lwowa. To było ostatnie mieszkanie, które ja pamiętam.
     W tym to mieszkaniu 9 kwietnia 1940 roku zjawił się wieczorem enkawudzista -   polski Żyd. Chyba musiał znać ojca, bo uprzedził go: „Dziś w nocy po pana przyjdą. Niech pan ucieka". Na co mój ojciec, dla którego chyba do śmierci prawo prawem znaczyło, powiedział, że będzie bronił swego i naturalnie nie uciekł. To było chyba około drugiej w nocy. Przyszli i we właściwy sposób dla nich przeprowadzonej rewizji powiedzieli matce, że nie trzeba dawać ojcu nic ciepłego do ubrania, wyprowadzili go.
Pani to zapamiętała?
    
Dokładnie. Ja nawet mogłabym narysować ten pokój i miejsce, w którym to się działo, te szafę, z której bagnetami wyrzucali rzeczy. Nie wiem, czego tam szukali, czy coś brali czy nie, nie umiem tego określić. Zostawili pokwitowanie.
     Po dwóch dniach tenże pan z NKWD, zagląda do mamy i powiedział: „Pani sędzino, proszę uciekać, bo przyjdą po rodzinę tej nocy". No i co robi matka? Nas z babcią i ukochaną nianią Józią ukrywa u swoich pracownic, a sama zostaje w mieszkaniu. I cud prawdziwy, że oni wtedy nie zdecydowali się matki wziąć samej. Bo to byłaby następna tragedia.
Czyli przyszli, tak jak się można było spodziewać i zastali tylko mamę?
    
Tak, jak zapowiedział uczciwie ten enkawudzista. Ja się zatrzymam chwilę nad nim. Długi czas myślałam, żeby jakimś cudem dotrzeć do tego człowieka. Bo to trudno dziś zrozumieć, ale gdyby w czymkolwiek się zorientowali ci, którzy przyszli po ojca, potem po nas, że on cokolwiek nam powiedział, to on by zginął w naszym mieszkaniu. Kulę dostałby w łeb, bez żadnego zastanawiania się.
No, oczywiście, ryzykował życiem.
    
Ale były to takie lata, że nie było możliwe, żebym się z nim spotkała. Żałuję tego...  Co było dalej? Wiedząc o tym, że to są zsyłki na Sybir czy do Kazachstanu (potem dopiero się dowiedzieliśmy), matka z babką - urodzone w Warszawie, matka perfekt władająca niemieckim (bo uczyła się tego haftu m.in. w Wiedniu, chodziła do szkół, kiedy ten niemiecki jeszcze był obowiązkowy), wybrała się z nami - to było po paru dniach - do Przemyśla, gdzie była komisja rosyjsko-niemiecka. I tam oni rozpatrywali właściwość próśb tych petentów. No i naturalnie jakimś cudem moja matka, która nie umiała zadziałać sprytem, ale wiedziała, co dla takiego strażnika rosyjskiego znaczy złoty zegarek powiedzmy albo równy prezent... jakoś myślę, że nie staliśmy tam w długiej kolejce. Dostaliśmy się przed tę komisję i pozwolono nam przejść na stronę niemiecką, motywując to i urodzinami matki, i babki w Warszawie, i faktem posiadania rodziny w Warszawie. Bo w Warszawie żył najstarszy syn mojej babki - Janusz Warnecki, znany przedwojenny aktor.
     No i tak znaleźliśmy się w Warszawie, z małym przystankiem w Puławach, w jakimś majątku ziemskim, nie powiem czyim, bo nie pamiętam nazwiska właścicieli. Ale to byli przyjaciele mojej babki. Potem jakimś stateczkiem nocą dotarliśmy do Warszawy. No i tu przyjęli nas ciotka i wuj Warneccy. Mieszkaliśmy tu przez jakiś czas przy Natolińskiej.
     Opowiem jeszcze rzecz taką niebywałą. Był tam znajomy pan, taki w cywilu. On chodził po alei Szucha, jak po swoim domu. Po zabójstwie Igo Syma [zdrajcy i konfidenta, na którym wykonany został wyrok sądu podziemnego] większość znanych aktorów warszawskich została zaaresztowana i większość z nich trafiła na Pawiak [w odwecie Niemcy aresztowali ponad 100 osób, 21 spośród nich rozstrzelali w Palmirach]. Tymczasem ten pan - nazwijmy go pan Kowalski - kiedyś powiedział ciotce, że jest umówiona z jakimś wyższym oficerem gestapo na alei Szucha, żeby prosić o zwolnienie męża. Co robi ciotka? Mając swoją córkę bierze mnie, bo ja już byłam uczona języka niemieckiego, coś tam umiałam, więc jak gdyby na wabia. Ja nieświadoma niczego, wzięła mnie za rączkę i poszłyśmy tam. Po jakimś czasie wyszłyśmy. W międzyczasie matka wróciła z pracy i szalała, bo po prostu stamtąd na ogół się nie wychodziło. Mało tego, po jakiejś godzinie mój wuj został odwieziony, poprosił, żeby go zawieźć do kościoła Zbawiciela, bo to tuż koło Natolińskiej, no i wrócił do domu. Ja dopiero z perspektywy czasu zorientowałam się, gdzie byłam, i że mogłam już ani matki, ani babki, ani braci nie zobaczyć.
     Po jakimś czasie myśmy się wyprowadzili od wujostwa, bo to było ciężkie dla nas i dla nich przede wszystkim. Oni na początku ratowali nas czym mogli. Matka zaczęła pracę w knajpie najgorszego rzędu, koło Hali Mirowskiej, w charakterze bufetowej (to jest z późniejszych lat zdjęcie mojej matki, chociaż moja córka mówi, że to kicz - nie zdjęcie, a portret rysowany przez kolegów). W każdym razie we wczesnych latach była piękną kobietą, no może i nie piękną, ale przystojną na pewno. Moja matka i moja babka były może nie fanatycznie, ale bardzo wierzące. W związku czym [proszę sobie wyobrazić] rolę mojej matki, jako bufetowej w knajpie ostatniorzędnej, w której swoje przydziałowe sznapsy wypijali i żołnierze Wehrmachtu, przeważnie. Na górze odbywały się zebrania organizacji [podziemnych]. Jeszcze nie walczących wówczas, ale szykujących się do walki.
     Podwórko odgrodzone było murem getta. O ile wiem - to ze względu na to, że Żydzi nieładnie się zapisali w historii naszej firmy we Lwowie (bo chcieli odkupić to, itd.), mama nie darzyła ich specjalną sympatią, ale tym dzieciakom pomagała, jak zwykle.
     Bene tego zatrudnienia było takie, że mama będąc bufetową, jakieś tam skrawki tych wędlin mogła przynieść do domu. Bo wtedy handel w Hali Mirowskiej szedł hurtem. Ci podwarszawscy hurtownicy obdarowywali ją a to kapustą, a to marchewką, czy coś takiego. To było dla nas wielką pomocą. No i my zawsze wieczorkiem (bo przecież taka pracy w restauracji trwa długo) wystawaliśmy na tej Lipowej na balkonie i czekaliśmy, czy mama szczęśliwie wraca do domu objuczona tym wszystkim.
Czyli rodzina przeniosła się już wtedy do nowego mieszkania na Powiślu.
    
Tak. Było to mieszkanie dalekiego kuzyna mojego ojca, który w tym czasie był w Wielkiej Brytanii, w RAF-ie, a jego żona i córka mieszkały w Krakowie. I one nam udostępniły to mieszkanie. To była Lipowa 4, drugie piętro, trzy ładne pokoje, duża kuchnia.
A gdzie pani chodziła do szkoły?
    
Do szkoły zaczęłam chodzić na ul. Karową, a później chodziłam na Drewnianą. Chłopcy chodzili do księdza Siemca, do Salezjanów.
     No i w mamie zakochał się jakiś Wiedeńczyk, Austriak z Wehrmachtu. I zaklinał ją, już jak zbliżało się Powstanie, żeby nas wywiozła i wyjechała sama z Warszawy. Matka naturalnie wiedziała, że inne jest podejście do Polaków Austriaków, a inne Niemców i to z innych formacji wojskowych, ale nie brała tego pod uwagę. No, ale on usilnie namawiał.
     Powiem jeszcze jedną rzecz, która mi utkwiła głęboko, mianowicie jedna z naszych sąsiadek na klatce schodowej zahacza mnie kiedyś, znam jej imię i nazwisko, ale nie powiem, pani Wisia niech jej będzie i mówi tak: „Halinko, powiedz ty mi, czy wy nie jesteście aby Żydami? Że matka was tak wozi i przywozi?" A mama corocznie w czasie wakacji wysyłała nas na jakieś letnisko za Wisłą. To przyjeżdżała i zabierała nas z powrotem do Warszawy. I ja jej mówię: „Nie, matka chce żeby Wisła nas nie rozdzieliła". Ale wtedy postanowienie moje, nigdy nie zrealizowane, zacięte było takie, że jak ja tę babę spotkam po wojnie, to ja ją zniszczę. Naturalnie nie doszło do tego, ale matce nie powiedziałam ani słowa. Ani słowa. No więc tacy ludzie też się zdarzali, mogli narobić dużo złego... No i tak to się toczyło do Powstania.
1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Jak pani zapamiętała te pierwsze dni?
    
Pierwsze to było... niech matka dotrze. Pan sobie zdaje sprawę, jaka to jest odległość (już przy strzelaninie w niektórych dzielnicach) z Hali Mirowskiej na Powiśle. Matka wtedy była poza domem. Myśmy wszyscy byli już w piwnicy i tylko czekaliśmy, czy ona dotrze. Dotarła szczęśliwie.
     Nie było w nas przerażenia, w dzieciach. Starsi różnie reagowali. Ale to było dla nas zupełnie obojętne. Nie było w nas żadnego strachu. Potem się narodził taki strach, jak usłyszałam, że ktoś bliski został zasypany i ledwo się wygrzebał. To moim jedynym strachem było wyjście i mnie nie można było ściągnąć do schronu, bo ja się bałam, że jak się ten dom zawali, to ja nie wyjdę.
     Nie wiem, jak inni młodzi ludzie, ale ja byłam dumna.
A czego pani się najbardziej bała? Właśnie bombardowań?
    
Zasypania. Zasypania. Nie bałam się bombardowań. A w ogóle miałam takie [wrażenie] - to rzeczywiście dziecięca głupota i wiara, że to wszystko mnie minie.
     Myśmy się przenieśli na Tamkę do klasztoru Sióstr Szarytek. Ja nie powiem panu, kiedy to było. To nie był końcowy okres.
Czyli na Tamkę jeszcze w sierpniu rodzina się przeniosła?
    
To muszę uściślić z moim bratem [Zygmuntem], bo on będzie więcej pamiętał. To wtedy miałam... nie do zapomnienia i absurdalne w tych warunkach cudowne wrażenie. Cudowne po prostu, rozgwieżdżone niebo, ja siedzę na takiej beli w furcie klasztornej Szarytek, jest noc, i przylatują samoloty ze zrzutami dla powstańców (które głównie trafiały nie tam gdzie trzeba, albo nie takie były jak trzeba). I Niemcy próbują skrzyżować reflektorami i złapać taki samolot. No jest to polowanie na ten samolot, na tym niebie. I dla mnie to jest jakieś nieziemskie zjawisko. Ja w tym momencie sobie nie uprzytamniam, że tam jest człowiek, że to jest niebezpieczeństwo. No po prostu ja obserwuję coś cudownego na tym niebie.
No tak, coś, co dla pani jest widowiskiem, a tak naprawdę jest walką o życie.
    
Nie wiem dlaczego, ja jestem w ogóle nadwrażliwa i byłam taka, a tego tak nie odbierałam.
A jak pani zapamiętała samych powstańców? W końcu na Powiślu przez miesiąc była wolność.
    
Proszę pana, jak powstańców. Przede wszystkim, jak ktoś potem mi mówił, kto walczył, kto nie walczył, nie stwierdziłam nigdy, żeby ktoś eksponował swoją formację czy swoją organizację.
    Najbardziej wzruszali mnie listonosze. Z tymi czapkami, które spadały im na uszy, a jednak przynosili listy z dalekiej dzielnicy. I taki list wuja Warneckiego też przekazałam bratu. Najtragiczniejszy to był widok powstańców wychodzących z kanałów na naszym podwórku. Bo to byli ludzie ze Starego Miasta. To byli chłopcy młodzi bardzo, podtrzymujący brzuchy, ranni.
    Ale jeżeli nawet na Powiślu walczyły różne organizacje - to pomiędzy nimi była absolutna solidarność. Nie widziało się... ja jestem taki, ty jesteś taki, itd.
Nie miało to wtedy takiego znaczenia, liczył się jeden cel.
    
Proszę pana, w górnych warstwach zapewne miało to od początku do końca znaczenie. Natomiast okropny był dzień, najpierw radosny, jak usłyszeliśmy artylerię radziecką - to Siostry się za nich modliły... i potem zaległa cisza. I nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek na ten temat cokolwiek powiedział. Ale to był dzień grobowy. Dorośli pewno zdawali sobie sprawę, co i dlaczego. Myśmy byli wiecznie czymś zajęci, w związku z czym nie przyszło mi do głowy myśleć o tym, że to jest z góry pomyślane, nawet nie chciało mi się wtedy w to wierzyć.
A jakie były warunki u Sióstr, jak pani tam przebywała? Co pani jadła, czy pani to pamięta?
    
Jeszcze muszę wrócić do mojej mamy. Całą okupację, najdrobniejsze kawałeczki skórki tego przydziałowego chleba, były składane w taką poszewkę jak na dużą poduszkę i zawieszane w piwnicy na suficie. Myśmy mamie mówili, po co ty to robisz? I otóż te skórki - pamiętam jak dziś - byliśmy już u Sióstr, wystukiwaliśmy z nich robaki podobne do korników i żuliśmy.
     Jak byliśmy jeszcze przy Lipowej to siostry Urszulanki Szare (chyba przy Wiślanej one były), jak powstańcy zdobyli jakiś magazyn - to piekły chleb. I tam ludzie karnie ustawiali się w kolejce, nie wiem z jaką częstotliwością, ale ten chleb nam dawały.
     Siostry Szarytki robiły wszystko, żeby przede wszystkim dzieci nie były głodne.  Siostra ogrodniczka (w tym pięknym swoim stroju, nie wiem jak to określić... stroju na głowie) czołgając się w ogrodzie, żeby tam zerwać parę pomidorów czy innych badyli rabarbaru, została zabita.
     I pamiętam też dokładnie, że gros tych panienek lekkich obyczajów, które to się przyjaźniły z Niemcami, jedna po drugiej się wieszały, czy w inny sposób traciły życie. I tam były chowane na terenie tego ogrodu.
     A co z jedzeniem? Nie wiem. Ale cokolwiek Siostry mogły nam dać, to nam dawały. Przede wszystkim dzieciom, myśmy się ustawiali w karną kolejkę...
Dużo tam było dzieci pod opieką Sióstr?
    
To były rodziny. Może były też same dzieci, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Pamiętam, że były takie konie wojskowe, ale ja im życzyłam śmierci, no i rzeczywiście te konie, może nie wszystkie, ale któryś tam dostał i wtedy Siostry zrobiły nam mielone kotlety. To była super uczta. W każdym razie pobyt u tych Sióstr wspominam bardzo dobrze. Były naprawdę z wielkim oddaniem dla nas.
Na Powiślu działał teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Czy pani była na jakimś przedstawieniu?
    
Ja się z tym nie spotkałam. Na pewno bym to pamiętała.
Rozumiem, pani nie miała okazji tego widzieć. A czy u Sióstr Szarytek była cała rodzina? Z mamą, babcią i z rodzeństwem?
    
Tak, ale z babcią nie od razu, bo babcia jak to babcia, osoba dość despotyczna postanowiła siedzieć i pilnować naszych pieleszy. Mój najstarszy brat, jak widział, że to już się kończy, ta możliwość bycia tam, pobiegł po nią i po drodze, gdzieś przy jakiejś barykadzie dostał solidnie. Mianowicie w nerkę i w płuco. No i stąd powstała konieczność pójścia mamy z nim do szpitala. Brat podawał mi nazwisko lekarza - Królikowski. Wyjął mu tę nerkę, zoperował, a o ile wiem, ten odłamek z płuca to po wojnie jakoś wyszedł mu elektromagnesem czy mu wyciągali. Bo on nawet chyba o tym nie wiedział. No i matka, bo to poważna przecież operacja była, jeszcze w takich warunkach, odważyła się zostawić nas z babką i z nianią. Nianią - to jest skromnie powiedziane. Z taką nasza opiekunką Józią [Rydz]. Cudownym człowiekiem, gotowym wszędzie z nami pójść, nawet gdyby nas wieźli na Wschód, to by pojechała. I pójść z Zygmuntem, najstarszym bratem do szpitala.
Czyli tu nastąpił ten dramatyczny podział rodziny.
    
Tak i powiem panu, że my jako dzieci te małe, przywiązane zarówno do babki jak i do tej Józi, jakoś pogodziliśmy się z tym bez histerii. To było oczywiste, że przecież Zygmunt jest tak ciężko ranny, będzie operowany w takich warunkach, mama musi z nim iść. Matka wyprowadziła go z tej Warszawy. No, ona uratowała mu życie. A my, jak padło Powiśle...
6 września padło Powiśle i zjawili się Niemcy.
    
Proszę pana, to ustawili nas w czwórki, no i pognali. Ja pamiętam, że byłam kretyńsko ubrana w jakiś kożuszek, a tu pali się... jak nigdy w Polsce w lecie takiego upału nie było. Co chwilę nas zatrzymywali, szczególnie już tu, przy Wolskiej. Myśmy szukali jakiejś kałuży, żeby umoczyć chusteczkę, bo oddychać nie było czym. I tak wlekliśmy się do Dworca Zachodniego. Tam nas wsadzili na przyzwoite pullmanowskie wagony i [zawieźli] do Pruszkowa, do obozu przejściowego w zakładach remontowych taboru kolejowego.
    Usiedliśmy gdzieś pod jakimś filarem czy słupem, a ja patrzę - nie ma naszej babki. Tłum ludzi nieprzebrany. Myślę sobie, jak ja się pokażę rodzinie bez naszej babki, która była głową całego rodu, wielkiej indywidualności człowiek. I nie pytając się niani Józi, ani nie mówiąc nic Mariuszowi, poszłam szukać babki. Babka była tęgawą osobą, jeszcze ciągnęła jakieś tam rzeczy z Warszawy. Dopiero potem sobie pomyślałam, co by było gdybym ja się zgubiła i z babką i z Mariuszem i z nianią. Ale znalazłam szczęśliwie babkę i dumna przyprowadziłam ją na miejsce i byliśmy już w komplecie. To trwało chyba jedną noc, na drugą noc wsadzili nas znów do pociągu...
A czy z Pruszkowa zapamiętała pani, czy na przykład była jakaś zupa podana przez RGO, co się jadło, coś utkwiło pani w pamięci z tego okresu?
    
Nie.
Czyli tylko sam fakt, że pani tam była i szukała pani babci.
    
Wiem, że jakiś Niemiec chciał mi coś dać, ale ja nie chciałam. To mu podziękowałam. Ale jedzenia żadnego nie pamiętam. Nie wiem, może nie byłam głodna, może... na pewno coś jedliśmy albo piliśmy. Chyba na drugi dzień nas wywieźli i wieźli, i wieźli gdzieś. Po drodze ludzie wrzucali nam jakieś pomidory, nie wiem co tam jeszcze. Jak stanęliśmy gdzieś, to podawali jakąś wodę, nie umiem powiedzieć stacji. Wreszcie dowieźli nas do Sochaczewa. To już był wieczór. Znaleźliśmy się na takim targowisku, czy rynku, nie wiem jak to nazwać. No nie mieliśmy nic, spaliśmy na gołej ziemi.
     Na drugi dzień oni wezwali chłopów z okolicznych wsi i każdy z nich, w uzależnieniu od wielkości gospodarstwa prawdopodobnie miał zabrać ileś osób. Myśmy się dostali, nie pamiętam nazwiska tego człowieka, ale dość bogatego. To były takie badylarskie gospodarstwa. Tam była dobra ziemia. Do bogatego chłopa [trafiliśmy], i tam tak: babcia obszywała trzy albo cztery jego córki i żonę, Józia czyli niania chodziła w pole pracować. A ja z Mariuszem miałam paść krowy. To już była tragikomedia, ponieważ te krowy prowadziły nas gdzie chciały. Tylko pamiętam ten łańcuch, który trzymało jedno z nas i te krowy chodziły gdzie chciały. Ale pamiętam, byłam taka dumna z tego zajęcia.
A to gospodarstwo było daleko od Sochaczewa?
    
Myślę, że jakieś 8 - 10 kilometrów. Wiem, że babka prawie codziennie chodziła do Sochaczewa do kościoła.
A nazwy wsi pani nie pamięta?
    
Nie wiem czy nie Wójtówka. Babka po wojnie zresztą korespondowała z tymi ludźmi. Co bardzo mnie ujęło wówczas i może potem? Ja myślałam o tym, jak mogli się zachować - to jeszcze dodawało im plusów. Że myśmy na przykład na śniadanie (głównie to śniadanie pamiętam) tośmy siadali razem z nimi przy stole wszyscy. Robili takie dobre śniadania, które się składały z białego żuru, takiego żuru nie jadłam i nie będę jadła. Był postny, naturalnie bez żadnej wkładki mięsnej, z kartoflami. Natomiast straszne śniadania to były kartofle gotowane w mleku. Podawane z tym mlekiem. No, ale jeżeli już mnie mogło coś smakować albo nie, to znaczy, że byliśmy jako tako dobrze odżywieni.
Czyli nastawienie gospodarzy było pozytywne?
    
Bardzo. Dom był niedaleko od szosy, tej z Warszawy idącej, to pełne ciężarówki jakichś dywanów, które się snuły po szosie, to wszystko z tej Warszawy wyjeżdżało. Niemieckie naturalnie. I powodem, dla którego myśmy się ruszyli stamtąd to był fakt, że Józię, tę naszą kochaną (która była podporą nie tylko dzieci, ale i babki, bo była osobą w sile wieku), wydali na roboty. No i babka - wiem - pisała jakieś listy, no i pozwolono nam wyjechać. I myśmy wyjechali do Częstochowy, ale to był przystanek.
     Ponieważ nasz drugi wuj [Antoni Kozłowski], adwokat ze Lwowa, czując na grzbiecie tę ofensywę radziecką, wyjechał z całą rodziną do Kasinki Małej, to się mieści w dolinie Raby, gdzieś w rejonie Mszany Dolnej. I podejrzewam, że cała rodzina już wiedziała, że on tam już jest. I ten list babka napisała wtedy...
No właśnie, bo tutaj zachował się taki dramatyczny list pani babci, która nie mając środków do życia postanowiła i panią, i młodszego brata oddać do Domu Dziecka.
    
Tak. I skąd się ten list wziął? Podejrzewam, że babka najpierw pisała do tego swojego syna i nie miała odpowiedzi. No i nie miała co z nami zrobić. Wiem, że ja już chodziłam do jakiejś szkoły tam. A co z jedzeniem? W ogóle nie pamiętam jedzenia w Częstochowie. Jak babka sobie radziła, nie wiem. To trwało krótko, ale czemu nie znaleźliśmy się w tych domach dziecka? To jak mówię, to by było ostateczną naszą tragedią. Myśmy byli tak zżyci z Mariuszem, że gdyby jeszcze do jednego Domu Dziecka, to tak. To on by czuł moją bliskość, a ja jego. A gdyby nas rozdzielili to naprawdę byśmy się połamali psychicznie do końca. I nim babka dostała odpowiedź od tych władz, przyszedł list od jej młodszego syna z tej Kasinki. No i teraz nie wiem, czy znowu musiała kogoś prosić o zezwolenie, żeby wyjechać do Kasinki czy nie. Dość tego, że znaleźliśmy się następnie w Krakowie. Do Krakowa już po nas wyjechał z Kasinki ten aktor - wuj Warnecki i z nim razem znaleźliśmy się w Kasince Małej - ja nie umiem powiedzieć -  to był listopad?
A czy pani wiedziała, że babcia napisała taki list?
    
Proszę pana, jak ja to czytałam, to myślałam, że Pan Bóg jest wielki, zresztą nieraz tak myślę, bo - jak mówię - myśmy cały ten czas od Lwowa, od tych tragicznych zdarzeń, do wyjścia z Powstania, byli z ludźmi bliskimi, których kochaliśmy, czuliśmy się bezpieczni. A gdyby nas dano do Domu Dziecka, jeszcze rozdzielono rodzeństwo. . . to byłaby tragedia. To by był gwóźdź do trumny.
     Los tak zrządził, a właściwie Pan Bóg, że myśmy się znaleźli u tego młodszego syna babki - Antoniego, adwokata. Tam już był ten starszy syn z rodziną, tam była jeszcze jakaś aktorka warszawska, Halina Hanecka i jeszcze jakaś rodzina lekarzy znajomych. To była duża willa. Ja myślę, że on myślał o tym i ją wynajął. To był taki łebski facet, przytomny w tym wszystkim.
     I dalej nic nie wiadomo o mojej mamusi i o moim bracie. Mamy to przeświadczenie, że mieli to święte prawo zginąć. I proszę sobie wyobrazić, że przychodzi od nich list. Mój najstarszy brat w ostatnim szpitalu był w Żyrardowie. Po drodze nie umiem opowiedzieć, w jakim byli. Zaraził się szkarlatyną, matka go ratowała jak mogła. Wymieniała pierścionek zaręczynowy za pół litra masła, robiła takie transakcje, no ale wyżył. Przyjechał tam jak kościotrup, ale przyjechał. Tak, że Boże Narodzenie 1944 roku byliśmy wszyscy oprócz ojca. No i tam przeżyliśmy ofensywę radziecką, tak zwane wyzwolenie, niech ich cholera. No i znowu ja, jako dziecko to nieustraszone lwowsko-warszawskie, co zapamiętałam? Oprócz tego, że się raz budzimy, wychodzimy z piwnicy, a tu Niemiec się goli. Drugi raz wychodzimy z piwnicy, no to Ruscy piją. Tak się tam przetaczał ten front. Ale jeszcze nim przyszedł front, to obserwowałam takie przejście jakichś grup niemieckich po drodze w Kasince Małej, droga jak droga, ale do lasu to oni nie weszli [w obawie przed partyzantami]. A wieczorem na tych szczytach paliły się ogniska. I też było pięknie. No, jak się ci Ruscy przewalili - to znowu mój wuj Antoni, organizator... acha, pracował w RGO. Założył szpitalik w tej Kasince, w którym więcej było rannych chłopców z walki, a niżeli innych chorych, ale jakoś to prowadził.
    No, ale przyszedł czas myśleć o sobie, co na przyszłość. Wuj wyjechał do Krakowa i po krótkim czasie dla całej tej rodziny - zaraz policzę - ile to było osób. Jego rodzina -  cztery osoby, babcia, nas troje, Józia i mama - dziesięć, i troje Warneckich - to trzynaście. No tak do piętnastu osób trzeba było ulokować. I on załatwił, ni mniej, ni więcej, tylko przepiękne mieszkanie, jedyny dom w Rynku Starego Miasta - jak pan zna Kraków - tam się mieści teraz lokal "Feniks". My na piątym piętrze, dwie windy. Pokoje: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Sześć dużych pokoi i dwie służbówki. I tak nas rozsadził...
Czyli po takiej tułaczce, przejście w inny świat.
    
Jak ja proszę pana wchodziłam tam, do tego domu - to czułam się jakby tak, nie wiem, dziewczyna od krów wprowadzona na pałace. No, myśmy byli tak nędznie ubrani, tego nie da się opowiedzieć. Chociaż, nasza babka w Kasince, już na ten wyjazd, z kocy takich szarych uszyła Mariuszowi garniturek, z zielonymi guziczkami, a mnie kostiumik z czerwonymi guziczkami. Bardzo elegancko. A co na nogach, to mniejsza z tym.
Jak potoczyło się życie w Krakowie?
    
Szkoły. Wszyscy do szkół. I naturalnie kierowana ambicjami, żeby do najlepszych, matka [posłała] mnie do Urszulanek. Nie, najpierw Prezentki były. Potem już do Gimnazjum do Urszulanek Czarnych na Starowiślną. Chłopcy chodzili najpierw do Pijarów, potem Zygmunt do Nowodworskiego, najlepszego Liceum w Krakowie. A Mariusz trafił do Technikum Sanitarnego. Do jego późniejszej kariery to jak pięść do oka. No to pokończyliśmy te szkoły. Pozdawaliśmy matury.
A mama nie myślała o powrocie do Warszawy?
    
Mama była w Warszawie. Ta część domu naszego stoi, ale nie miała odwagi i ja ją zrozumiałam. Ale potem myśmy po kolei, począwszy od najstarszego, potem ja z konieczności życiowej, i potem Mariusz. Przenieśliśmy się wszyscy. Myśmy się tam nie asymilowali. Myśmy byli tak odrębni psychicznie, że powiem panu, że...
Czyli wróciliście do Warszawy już jako dorośli ludzie.
    
Tak. Ale Kraków był wspaniały. Na uczenie się i sport i zabawę. I dodam panu jeszcze, że taki los szczęśliwy mi się zrządził, że ja się znalazłam wówczas w najbliższej grupie Karola Wojtyły, późniejszego Papieża. Tak, że najserdeczniejsze, największe i co tu mówić, jak wartościowe wspomnienia mam związane z jego bliską obecnością, z jego przyjaźnią. Narty, wycieczki, wizyty w domu, ślub w kościele Mariackim, chrzest mojej córki na Wawelu.
Czyli były wspólne wyjazdy z przyszłym Papieżem. I przyjaźń gorąca.
    
Tak. Ale niech mi pan wierzy, że ja nie miałam odwagi pojechać do niego do Rzymu. Bo jakoś... Po pierwsze, że już jak jeździłam do niego wcześniej na Franciszkańską, to musiałam przełamywać te siostry, tych księży, którzy go otaczali, a nie ma czasu, a to, a owo. Wreszcie jak huknęłam, że „Wujek" kazał mi tu przyjść - to się otwierały drzwi. I taka ciekawa rzecz znowu. Że nieliczne jego listy ja mam do dzisiaj. Prywatne. Tak, że to było moje wielkie szczęście, wielka miłość.
     A w Krakowie nie było łatwo. Dlatego, że cóż hafciarka z trojgiem dzieci pocznie w Polsce Ludowej? No, to zaczęły z babką robić jakieś formy sukien. Przychodziły panie, które chciały sobie je same uszyć. No, to babka głównie (bo to ona była mistrzynią w tym krawiectwie), robiła te formy. I po śmierci mojej mamy ja porządkuję te jej dokumenty i patrzę... Myśmy mieli takie umeblowanie, jak to nazywaliśmy „Adolf Hitler Styl", jakieś takie biurowe szafy, czy nie wiadomo co, i to wszystko było domiarami pozajmowane przez Wydział Finansowy. Tak, że... nie dało się.
     Imałyśmy się wszystkich możliwych prac. Haftów na nylonie, regionalnych bluzek w Cepelii. To była koszmarna praca. Te nitki, to się tak rozsuwały, że moja biedna matka nad tym tamborkiem siedziała i siedziała, a grosze były za to. No, ale brałyśmy wszystko, co się dało. Wuj Warnecki został dyrektorem Starego Teatru. No więc matka potem miała bufet w tym Starym Teatrze. No, ale cóż to za pieniądze? Potem był "Kabaret Siedmiu Kotów". Też tam - nie wiem - czy bufet miała, czy szatnię i prowadziła coś tego typu. Jakiś czas pracowała w Centrali Zielarskiej, ale też, no po prostu, nie była człowiekiem przystosowanym do tego.
A wróćmy jeszcze do pani ojca. Ślad po nim zaginął.
    
Kompletnie. Oprócz tej wieści z Brygidek Lwowskich, gdzie w 1940 roku jeszcze siedział z tym prokuratorem Szejringiem, żadnej wieści. Myśmy po wszystkich organizacjach na całym świecie pisali z uporem maniaka. I nigdy nigdzie. Nigdzie śladu.
Jak wojna odbiła się na pani psychice? Na psychice dziecka? Czy jest pani w stanie to ocenić?
    
Mnie się zdaje, że szybciej oceniliby to lekarze, niż ja sama. Bo przecież nie mogę powiedzieć, jaka bym była, gdyby nie wojna. Byłabym panienką, jedną z lepiej sytuowanych w materialnym świecie Lwowa. Nieznającą żadnych kataklizmów.
     Przede wszystkim byłam osobą nad wiek dojrzałą. Bo jak miałam 17 lat i przyszło wybierać studia, i widząc, co się dzieje w domu, jaka jest nędza, nędza zwyczajna - to zdecydowałam się na Politechnikę, chociaż to nie był mój wymarzony kierunek. Po prostu zdecydowałam się, że jak skończę Politechnikę to będę dobrze zarabiać. I tak się stało. I to mnie ciążyło. Ja uważałam, że tak powinnam i tak zrobiłam.
A o jakim zawodzie pani marzyła?
    
No, na pewno humanistycznym. Ja chciałam iść na romanistykę. Ale proszę sobie wyobrazić, że po pierwszych latach takiej przymiarki do tego zawodu ja się stałam taką pasjonatką, że potem przez długie lata sama wychowując córkę, pięłam się do najwyższych stanowisk w swojej branży w Polsce. A że to kosztowało dwukrotnie więcej pracy niż praca mężczyzny, no to, to jest też prawdą. Bo jednak może już dzisiaj nie ma tego, ale w mojej generacji jeszcze, kobieta-inżynier, z ambicjami - to była dziwna plama w oku.
     Ja to ja, ale Mariusz po skończeniu tego Technikum Sanitarnego poszedł na Politechnikę Gliwicką, na jakiś koszmarny wydział. Robił pracę magisterską z odpylania pyłów dymnicowych, no coś takiego, że ja bym się nie podjęła tego skończyć. No i naturalnie dnia nie przepracował w swojej specjalności. On już na studiach zrobił - nie wiem, czy panu mówił o tym - audycje o ziemiach odzyskanych w radiu i dostał nagrodę jakąś. A potem zrobił jakieś rozgrywki piłkarskie, studenckie, transmitowane - już nie pamiętam - jak się nazywał ten szef redakcji w Katowicach. No tak, czy śmak, od razu przylgnął do radia. Potem do telewizji. Dzięki Bogu trafił na swoje. Dorobił to, czego brak mu było, jeśli chodzi o wykształcenie. No i jest tym, kim jest. Tak, że jego te wszystkie przejścia nie zgnębiły, tego talentu, który nosił w sobie. A szkoda by było.

 Wstecz...


Janusz Warnecki z córka Magdaleną i Michaliną Walter (z prawej)
Janusz Warnecki z córka Magdaleną i Michaliną Walter [...]
Karol Walter – ojciec Michaliny
Karol Walter – ojciec Michaliny
Michalina i Mariusz Walterowie, okres okupacji
Michalina i Mariusz Walterowie, okres okupacji
Michalina Walter
Michalina Walter
Michalina Walter (stoi druga z lewej z kokardą na głowie) z klasą  szkolną na Powiślu – Warszawa, 1942
Michalina Walter (stoi druga z lewej z kokardą na [...]
Michalina Walter z babcią Michaliną Kozłowską na Powiślu w Warszawie przy ulicy Lipowej 4, okres okupacji
Michalina Walter z babcią Michaliną Kozłowską na [...]
Michalina Walter z bratem Mariuszem i nianią Józefą Rydz, z lewej strony cioteczna siostra Magdalena Warnecka, okres okupacji
Michalina Walter z bratem Mariuszem i nianią Józefą [...]
Michalina Walter, 1950
Michalina Walter, 1950
Rodzina Walterów przed domem przy ulicy Lipowej 4 w Warszawie, okres okupacji: Maria Walterowi (mama) i Michalina Kozłowska (babcia) z dziećmi: Michalina i Mariuszem, z lewej strony Magdalena Warnecka
Rodzina Walterów przed domem przy ulicy Lipowej 4 [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten