Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Michaliny Walter-Horst


foto

Chyba na drugi dzień nas wywieźli i wieźli, i wieźli gdzieś. Po drodze ludzie wrzucali nam jakieś pomidory, nie wiem co tam jeszcze. Jak stanęliśmy gdzieś, to podawali jakąś wodę, nie umiem powiedzieć stacji. Wreszcie dowieźli nas do Sochaczewa. To już był wieczór. Znaleźliśmy się na takim targowisku, czy rynku, nie wiem jak to nazwać. No nie mieliśmy nic, spaliśmy na gołej ziemi.
     Na drugi dzień oni wezwali chłopów z okolicznych wsi i każdy z nich, w uzależnieniu od wielkości gospodarstwa prawdopodobnie miał zabrać ileś osób. Myśmy się dostali, nie pamiętam nazwiska tego człowieka, ale dość bogatego. To były takie badylarskie gospodarstwa. Tam była dobra ziemia. Do bogatego chłopa [trafiliśmy], i tam tak: babcia obszywała trzy albo cztery jego córki i żonę, Józia czyli niania chodziła w pole pracować. A ja z Mariuszem miałam paść krowy. To już była tragikomedia, ponieważ te krowy prowadziły nas gdzie chciały. Tylko pamiętam ten łańcuch, który trzymało jedno z nas i te krowy chodziły gdzie chciały. Ale pamiętam, byłam taka dumna z tego zajęcia.
A to gospodarstwo było daleko od Sochaczewa?
    
Myślę, że jakieś 8 - 10 kilometrów. Wiem, że babka prawie codziennie chodziła do Sochaczewa do kościoła.
A nazwy wsi pani nie pamięta?
    
Nie wiem czy nie Wójtówka. Babka po wojnie zresztą korespondowała z tymi ludźmi. Co bardzo mnie ujęło wówczas i może potem? Ja myślałam o tym, jak mogli się zachować - to jeszcze dodawało im plusów. Że myśmy na przykład na śniadanie (głównie to śniadanie pamiętam) tośmy siadali razem z nimi przy stole wszyscy. Robili takie dobre śniadania, które się składały z białego żuru, takiego żuru nie jadłam i nie będę jadła. Był postny, naturalnie bez żadnej wkładki mięsnej, z kartoflami. Natomiast straszne śniadania to były kartofle gotowane w mleku. Podawane z tym mlekiem. No, ale jeżeli już mnie mogło coś smakować albo nie, to znaczy, że byliśmy jako tako dobrze odżywieni.
Czyli nastawienie gospodarzy było pozytywne?
    
Bardzo. Dom był niedaleko od szosy, tej z Warszawy idącej, to pełne ciężarówki jakichś dywanów, które się snuły po szosie, to wszystko z tej Warszawy wyjeżdżało. Niemieckie naturalnie. I powodem, dla którego myśmy się ruszyli stamtąd to był fakt, że Józię, tę naszą kochaną (która była podporą nie tylko dzieci, ale i babki, bo była osobą w sile wieku), wydali na roboty. No i babka - wiem - pisała jakieś listy, no i pozwolono nam wyjechać. I myśmy wyjechali do Częstochowy, ale to był przystanek.
     Ponieważ nasz drugi wuj [Antoni Kozłowski], adwokat ze Lwowa, czując na grzbiecie tę ofensywę radziecką, wyjechał z całą rodziną do Kasinki Małej, to się mieści w dolinie Raby, gdzieś w rejonie Mszany Dolnej. I podejrzewam, że cała rodzina już wiedziała, że on tam już jest. I ten list babka napisała wtedy...
No właśnie, bo tutaj zachował się taki dramatyczny list pani babci, która nie mając środków do życia postanowiła i panią, i młodszego brata oddać do Domu Dziecka.
    
Tak. I skąd się ten list wziął? Podejrzewam, że babka najpierw pisała do tego swojego syna i nie miała odpowiedzi. No i nie miała co z nami zrobić. Wiem, że ja już chodziłam do jakiejś szkoły tam. A co z jedzeniem? W ogóle nie pamiętam jedzenia w Częstochowie. Jak babka sobie radziła, nie wiem. To trwało krótko, ale czemu nie znaleźliśmy się w tych domach dziecka? To jak mówię, to by było ostateczną naszą tragedią. Myśmy byli tak zżyci z Mariuszem, że gdyby jeszcze do jednego Domu Dziecka, to tak. To on by czuł moją bliskość, a ja jego. A gdyby nas rozdzielili to naprawdę byśmy się połamali psychicznie do końca. I nim babka dostała odpowiedź od tych władz, przyszedł list od jej młodszego syna z tej Kasinki. No i teraz nie wiem, czy znowu musiała kogoś prosić o zezwolenie, żeby wyjechać do Kasinki czy nie. Dość tego, że znaleźliśmy się następnie w Krakowie. Do Krakowa już po nas wyjechał z Kasinki ten aktor - wuj Warnecki i z nim razem znaleźliśmy się w Kasince Małej - ja nie umiem powiedzieć -  to był listopad?
A czy pani wiedziała, że babcia napisała taki list?
    
Proszę pana, jak ja to czytałam, to myślałam, że Pan Bóg jest wielki, zresztą nieraz tak myślę, bo - jak mówię - myśmy cały ten czas od Lwowa, od tych tragicznych zdarzeń, do wyjścia z Powstania, byli z ludźmi bliskimi, których kochaliśmy, czuliśmy się bezpieczni. A gdyby nas dano do Domu Dziecka, jeszcze rozdzielono rodzeństwo... to byłaby tragedia. To by był gwóźdź do trumny.
     Los tak zrządził, a właściwie Pan Bóg, że myśmy się znaleźli u tego młodszego syna babki - Antoniego, adwokata. Tam już był ten starszy syn z rodziną, tam była jeszcze jakaś aktorka warszawska, Halina Hanecka i jeszcze jakaś rodzina lekarzy znajomych. To była duża willa. Ja myślę, że on myślał o tym i ją wynajął. To był taki łebski facet, przytomny w tym wszystkim.
     I dalej nic nie wiadomo o mojej mamusi i o moim bracie. Mamy to przeświadczenie, że mieli to święte prawo zginąć. I proszę sobie wyobrazić, że przychodzi od nich list. Mój najstarszy brat w ostatnim szpitalu był w Żyrardowie. Po drodze nie umiem opowiedzieć, w jakim byli. Zaraził się szkarlatyną, matka go ratowała jak mogła. Wymieniała pierścionek zaręczynowy za pół litra masła, robiła takie transakcje, no ale wyżył. Przyjechał tam jak kościotrup, ale przyjechał. Tak, że Boże Narodzenie 1944 roku byliśmy wszyscy oprócz ojca. No i tam przeżyliśmy ofensywę radziecką, tak zwane wyzwolenie, niech ich cholera. No i znowu ja, jako dziecko to nieustraszone lwowsko-warszawskie, co zapamiętałam? Oprócz tego, że się raz budzimy, wychodzimy z piwnicy, a tu Niemiec się goli. Drugi raz wychodzimy z piwnicy, no to Ruscy piją. Tak się tam przetaczał ten front. Ale jeszcze nim przyszedł front, to obserwowałam takie przejście jakichś grup niemieckich po drodze w Kasince Małej, droga jak droga, ale do lasu to oni nie weszli [w obawie przed partyzantami]. A wieczorem na tych szczytach paliły się ogniska. I też było pięknie. No, jak się ci Ruscy przewalili - to znowu mój wuj Antoni, organizator... acha, pracował w RGO. Założył szpitalik w tej Kasince, w którym więcej było rannych chłopców z walki, a niżeli innych chorych, ale jakoś to prowadził.
     No, ale przyszedł czas myśleć o sobie, co na przyszłość. Wuj wyjechał do Krakowa i po krótkim czasie dla całej tej rodziny - zaraz policzę - ile to było osób. Jego rodzina -  cztery osoby, babcia, nas troje, Józia i mama - dziesięć, i troje Warneckich - to trzynaście. No tak do piętnastu osób trzeba było ulokować. I on załatwił, ni mniej, ni więcej, tylko przepiękne mieszkanie, jedyny dom w Rynku Starego Miasta - jak pan zna Kraków - tam się mieści teraz lokal "Feniks". My na piątym piętrze, dwie windy. Pokoje: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Sześć dużych pokoi i dwie służbówki. I tak nas rozsadził...
Czyli po takiej tułaczce, przejście w inny świat.
    
Jak ja proszę pana wchodziłam tam, do tego domu - to czułam się jakby tak, nie wiem, dziewczyna od krów wprowadzona na pałace. No, myśmy byli tak nędznie ubrani, tego nie da się opowiedzieć. Chociaż, nasza babka w Kasince, już na ten wyjazd, z kocy takich szarych uszyła Mariuszowi garniturek, z zielonymi guziczkami, a mnie kostiumik z czerwonymi guziczkami. Bardzo elegancko. A co na nogach, to mniejsza z tym.
Jak potoczyło się życie w Krakowie?
    
Szkoły. Wszyscy do szkół. I naturalnie kierowana ambicjami, żeby do najlepszych, matka [posłała] mnie do Urszulanek. Nie, najpierw Prezentki były. Potem już do Gimnazjum do Urszulanek Czarnych na Starowiślną. Chłopcy chodzili najpierw do Pijarów, potem Zygmunt do Nowodworskiego, najlepszego Liceum w Krakowie. A Mariusz trafił do Technikum Sanitarnego. Do jego późniejszej kariery to jak pięść do oka. No to pokończyliśmy te szkoły. Pozdawaliśmy matury.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten