Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Michaliny Walter-Horst


foto

A mama nie myślała o powrocie do Warszawy?
    
Mama była w Warszawie. Ta część domu naszego stoi, ale nie miała odwagi i ja ją zrozumiałam. Ale potem myśmy po kolei, począwszy od najstarszego, potem ja z konieczności życiowej, i potem Mariusz. Przenieśliśmy się wszyscy. Myśmy się tam nie asymilowali. Myśmy byli tak odrębni psychicznie, że powiem panu, że...
Czyli wróciliście do Warszawy już jako dorośli ludzie.
    
Tak. Ale Kraków był wspaniały. Na uczenie się i sport i zabawę. I dodam panu jeszcze, że taki los szczęśliwy mi się zrządził, że ja się znalazłam wówczas w najbliższej grupie Karola Wojtyły, późniejszego Papieża. Tak, że najserdeczniejsze, największe i co tu mówić, jak wartościowe wspomnienia mam związane z jego bliską obecnością, z jego przyjaźnią. Narty, wycieczki, wizyty w domu, ślub w kościele Mariackim, chrzest mojej córki na Wawelu.
Czyli były wspólne wyjazdy z przyszłym Papieżem. I przyjaźń gorąca.
    
Tak. Ale niech mi pan wierzy, że ja nie miałam odwagi pojechać do niego do Rzymu. Bo jakoś... Po pierwsze, że już jak jeździłam do niego wcześniej na Franciszkańską, to musiałam przełamywać te siostry, tych księży, którzy go otaczali, a nie ma czasu, a to, a owo. Wreszcie jak huknęłam, że „Wujek" kazał mi tu przyjść - to się otwierały drzwi. I taka ciekawa rzecz znowu. Że nieliczne jego listy ja mam do dzisiaj. Prywatne. Tak, że to było moje wielkie szczęście, wielka miłość.
     A w Krakowie nie było łatwo. Dlatego, że cóż hafciarka z trojgiem dzieci pocznie w Polsce Ludowej? No, to zaczęły z babką robić jakieś formy sukien. Przychodziły panie, które chciały sobie je same uszyć. No, to babka głównie (bo to ona była mistrzynią w tym krawiectwie), robiła te formy. I po śmierci mojej mamy ja porządkuję te jej dokumenty i patrzę... Myśmy mieli takie umeblowanie, jak to nazywaliśmy „Adolf Hitler Styl", jakieś takie biurowe szafy, czy nie wiadomo co, i to wszystko było domiarami pozajmowane przez Wydział Finansowy. Tak, że... nie dało się.
     Imałyśmy się wszystkich możliwych prac. Haftów na nylonie, regionalnych bluzek w Cepelii. To była koszmarna praca. Te nitki, to się tak rozsuwały, że moja biedna matka nad tym tamborkiem siedziała i siedziała, a grosze były za to. No, ale brałyśmy wszystko, co się dało. Wuj Warnecki został dyrektorem Starego Teatru. No więc matka potem miała bufet w tym Starym Teatrze. No, ale cóż to za pieniądze? Potem był "Kabaret Siedmiu Kotów". Też tam - nie wiem - czy bufet miała, czy szatnię i prowadziła coś tego typu. Jakiś czas pracowała w Centrali Zielarskiej, ale też, no po prostu, nie była człowiekiem przystosowanym do tego.
A wróćmy jeszcze do pani ojca. Ślad po nim zaginął.
    
Kompletnie. Oprócz tej wieści z Brygidek Lwowskich, gdzie w 1940 roku jeszcze siedział z tym prokuratorem Szejringiem, żadnej wieści. Myśmy po wszystkich organizacjach na całym świecie pisali z uporem maniaka. I nigdy nigdzie. Nigdzie śladu.
Jak wojna odbiła się na pani psychice? Na psychice dziecka? Czy jest pani w stanie to ocenić?
    
Mnie się zdaje, że szybciej oceniliby to lekarze, niż ja sama. Bo przecież nie mogę powiedzieć, jaka bym była, gdyby nie wojna. Byłabym panienką, jedną z lepiej sytuowanych w materialnym świecie Lwowa. Nieznającą żadnych kataklizmów.
     Przede wszystkim byłam osobą nad wiek dojrzałą. Bo jak miałam 17 lat i przyszło wybierać studia, i widząc, co się dzieje w domu, jaka jest nędza, nędza zwyczajna - to zdecydowałam się na Politechnikę, chociaż to nie był mój wymarzony kierunek. Po prostu zdecydowałam się, że jak skończę Politechnikę to będę dobrze zarabiać. I tak się stało. I to mnie ciążyło. Ja uważałam, że tak powinnam i tak zrobiłam.
A o jakim zawodzie pani marzyła?
    
No, na pewno humanistycznym. Ja chciałam iść na romanistykę. Ale proszę sobie wyobrazić, że po pierwszych latach takiej przymiarki do tego zawodu ja się stałam taką pasjonatką, że potem przez długie lata sama wychowując córkę, pięłam się do najwyższych stanowisk w swojej branży w Polsce. A że to kosztowało dwukrotnie więcej pracy niż praca mężczyzny, no to, to jest też prawdą. Bo jednak może już dzisiaj nie ma tego, ale w mojej generacji jeszcze, kobieta-inżynier, z ambicjami - to była dziwna plama w oku.
     Ja to ja, ale Mariusz po skończeniu tego Technikum Sanitarnego poszedł na Politechnikę Gliwicką, na jakiś koszmarny wydział. Robił pracę magisterską z odpylania pyłów dymnicowych, no coś takiego, że ja bym się nie podjęła tego skończyć. No i naturalnie dnia nie przepracował w swojej specjalności. On już na studiach zrobił - nie wiem, czy panu mówił o tym - audycje o ziemiach odzyskanych w radiu i dostał nagrodę jakąś. A potem zrobił jakieś rozgrywki piłkarskie, studenckie, transmitowane - już nie pamiętam - jak się nazywał ten szef redakcji w Katowicach. No tak, czy śmak, od razu przylgnął do radia. Potem do telewizji. Dzięki Bogu trafił na swoje. Dorobił to, czego brak mu było, jeśli chodzi o wykształcenie. No i jest tym, kim jest. Tak, że jego te wszystkie przejścia nie zgnębiły, tego talentu, który nosił w sobie. A szkoda by było.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten