Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Janiny Loth-Borkowskiej


foto
W Ursusie spędziliśmy chyba dwa dni. Z Ursusa wywieźli nas 5 października.

Czyli w Ursusie była pani z rodziną na terenie takiego mniejszego obozu przejściowego?

            Tak. Na tym dokumencie [Arbeitskarte] jest napisane, że zostałyśmy wywiezione 5 października.  

Wsadzili nas do bydlęcych wagonów i pojechaliśmy. Póki jechaliśmy przez tereny Generalnej Guberni, kolejarze podawali nam chleb, wodę - przez to okienko na górze, w wagonie. Staliśmy w Szczakowej dwa dni.

Nikt nie wiedział dokąd was wiozą.

            Nikt nie wiedział. Kiedy staliśmy w Szczakowej - polscy kolejarze, którzy tam pracowali (a to był Reich) - mówili, że w każdej chwili mogą nasz pociąg skierować do Oświęcimia. Ale Oświęcim był już ponoć tak zapchany, że nie przyjmował więcej transportów. Staliśmy dwa dni - jak się ludzie dowiedzieli, że do Oświęcimiu - to odgrywały się tam dantejskie sceny. Zresztą w czasie podróży ludzie raz modlili się, śpiewali patriotyczne pieśni, a za chwalę za łby się brali i robili awanturę o byle głupstwo. To był koszmar. Podczas drogi, raz na jakiś czas zatrzymywali wagony i wypuszczali ludzi, żeby się mogli załatwić. Otwierali na raz tylko jeden wagon, Niemcy stawali półkolem z karabinami, a przed nimi wszyscy się załatwiali. 

            Pewnej nocy pociąg stanął w lesie i otwarto wszystkie wagony jednocześnie i wszystkich wypędzili. Myśleliśmy, że to już jest koniec. Okazało się, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż przyjechał z zupą. Wtedy pierwszy raz widziałam tekturowe kubki. Byliśmy wszyscy strasznie wystraszeni.

            Potem przejeżdżaliśmy koło Drezna, akurat kiedy był nalot [nie chodzi tu jednak o słynny dywanowy nalot aliantów z lutego 1945 r.] Boże, jak Niemcy zwiewali. Nasze wagony całe skakały z radości. Jak oni uciekali! Jak oni się strasznie bali!

            Po tygodniu przyjechaliśmy do Lipska (Leipzig). Zakwaterowano nas w pustej szkole. Tam siedzieliśmy dosyć długo, parę dni. Wydali nam tam dokumenty.

Cały czas była pani z mamą i siostrą?

            Tak. Pewnego dnia wszystkim zaczęli przyczepiać do ubrań takie znaczki, każdy w innym kolorze. Kolory oznaczały wyjazd do Hannoveru, Drezna lub Wrocławia (Breslau). My dostałyśmy Hannover. Matka poleciała do tego komendanta, żeby mu powiedzieć, że my chcemy do Breslau. Po co do Hannoveru pod bomby alianckie, chcieliśmy w naszym kierunku. On powiedział, że jeżeli znajdziemy tyle osób ile jest nas, które będą się chciały z nami zamienić, to możemy jechać do Breslau. Wszyscy chcieli do Hannoveru, [bo tam przyjdą] Anglicy, Amerykanie. Nie było żadnej trudności, żeby się zamienić. Zawieźli nas do Wrocławia, a stamtąd taką ciuchcią pojechaliśmy do Sulau koło Milicza.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
   
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten