Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Janiny Loth-Borkowskiej


foto
Zawieźli nas do Wrocławia, a stamtąd taką ciuchcią pojechaliśmy do Sulau koło Milicza. To był olbrzymi piękny majątek z pięknym parkiem. Tam była zbudowana taka chatka pustelnika i tam siedział taki pustelnik podparty nad wielką księgą. Park był przepiękny. Kobiety były zakwaterowane w owczarni (oczywiście śladu po owcach nie było), a mężczyźni w cegielni. Kiedy przyjechaliśmy, były już tam Ukrainki, Czeszki i Francuzki. Dach tam przeciekał, lalo się na nas, kiedy padał deszcz. Coś strasznego. Spałyśmy pokotem na słomie. Po paru dniach, Czeszki i Francuzki zaczęły robić awantury, że napiszą skargę do MCK, że tak nie można ludzi traktować. Strasznie rozrabiały, tak bardzo, że któregoś dnia zniknęły. Potem pytałyśmy, co się z nimi stało i powiedziano nam, że zostały przeniesione do szkoły jako dolmeczerki, a przecież żadna z nich nie mówiła po niemiecku.

            Moja mama przeżyła rewolucję w Rosji, była też na Ukrainie i mówiła, że tam wszyscy - to byli analfabeci, a te wszystkie dziewczyny, które były z nami pisały. Mama nie mogła w to uwierzyć. To były młode dziewczyny, a cały czas coś pisały, jakieś listy wysyłały. Zawsze rano były gotowe do roboty, a potem przychodziły i robiły, co chciały. Kiedyś wszedł lagerführer i zaczął im robić awanturę o palenie papierosa, a jedna z nich zdjęła drewniak i wyrżnęła mu nim. Wyszedł bez słowa z tej owczarni.

A gdzie pani pracowała?

            Pracowałam przy kopaniu okopów i u bauera przy wyrywaniu buraków cukrowych. Te buraki były takie wielkie, że jak człowiek wyrwał jeden, to leżał.

Czy mama pracowała razem z panią?

            Mama i siostra pracowały w kuchni. Moja siostra od urodzenia miała kłopoty z oskrzelami, kasłała całe noce. Zaczął się szum, żeby mama coś z tym zrobiła, bo siostra wszystkich budziła. Mama poszła do lagerführera i poprosiła, żeby dali siostrze jakąś pracę w owczarni, a nie na świeżym powietrzu. Tam było mnóstwo dzieci i one też pracowały w kuchni, ale na świeżym powietrzu obierały kartofle. Deszcz siąpił, dzieci marzły.

            Pewnego dnia, w listopadzie, zjawił się w kuchni jakiś mężczyzna. Przyjechał z Sosnowca po dwie panie, znajome jego znajomej, które miały powyżej 60 lat i nie obowiązywał je nakaz pracy. W Arbeitsamcie sosnowieckim załatwił, że mogą być zwolnione z obozu, bo utrzyma je rodzina w Sosnowcu. Jak zobaczył dzieci pracujące w kuchni, to się prawie popłakał. Zaczął pytać, co te dzieci tu robią. W odpowiedzi usłyszał, że zostały wywiezione z Warszawy, że muszą pracować, żeby mieć co jeść.

To były dzieci w wieku pani siostry i młodsze?

            Tak. Ten mężczyzna stał, patrzył na te dzieci i mówi: „Nie wiem, co mam zrobić. W tej chwili mogę zabrać jedno dziecko ze sobą, ale ja te wszystkie dzieci stąd wezmę. Ja się odezwę". Wszystkie te kobiety zaczęły się bulwersować, że przyjechał jakiś handlarz dziećmi. Moja mama podeszła do niego i powiedziała: „Jak pan chce zabrać, to niech pan weźmie moją córkę, bo ona inaczej nie przeżyje tego obozu". Przedstawili się sobie i okazało się, że on znał nasze nazwisko.

Jak się nazywał ten pan?

            Jerzy Krzywoń. Zabrał moją siostrę tak jak stała i pojechali na dworzec. Wywołało to w obozie ogromny szum. Wytykano matkę palcami, mówili, że to nie matka, taka która oddaje dziecko obcym. Po tygodniu przyszedł list od Hanki. Pisała, że śpi w prawdziwym łóżku, że dostała piżamę i nową sukienkę, że są dwie dziewczynki w jej wieku. List został głośno odczytany, żeby skończyły się rozmowy o mojej matce. Zaczęła się zazdrość.

            Po jakimś czasie przyszedł do mamy list od pana Krzywonia. Napisał, że przyjeżdża, i żeby w dniu jego przyjazdu wszystkie dzieci były gotowe, bo zabierze je wszystkie, bo każdy z obywateli Sosnowca chce przygarnąć dziecko z Warszawy. Wyznaczonego dnia, po powrocie z pracy, szybko zapadał zmierzch. Zgaszono światło i kazano nam iść spać. Tego pana nie było. Ludzie byli zbulwersowani, ale zaczęli się kłaść. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł pan Krzywoń i pijany dowódca obozu. Krzywoń podał mamie listę i powiedział, że osoby na niej wymienione mają stanąć z boku, bo lagerführer musi podpisać, że się zgadza na wyjazd. Mama wyczytała te wszystkie dzieci, po kolei. Było ich dużo, dwanaścioro, a może nawet piętnaścioro. Powiedział, że mamy stanąć koło tych dzieci - ja, mama, ciotka i jeszcze nasza gosposia [Franciszka Bednarczyk]. Lagerführer podpisał.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten