Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Janiny Loth-Borkowska


foto
 

Jeszcze nie wszyscy zdążyli się zorientować, co się dzieje, a pan Krzywoń powiedział, że mamy biec na dworzec. Dobiegliśmy na dworzec i kolejką wąskotorową dojechaliśmy do Wrocławia. Na peronie we Wrocławiu powiedział nam, że ma bilety na pociąg, ale że musimy całą drogę udawać, że śpimy, bo Polakom nie wolno jeździć pospiesznymi pociągami. Powiedział, że on wszystko załatwi pod warunkiem, że my nie będziemy nic mówić. Udało nam się dojechać do Sosnowca. To wszystko było na jego koszt, my nie miałyśmy przy sobie ani grosza.

Kim był ten pan Krzywoń?

            Zaraz wszystko opowiem. Rozdział wszystkich dzieci odbywał się w mieszkaniu u państwa Bargiełów. To było małżeństwo. Mieszkała tam też matka, dwie córki i siostra pana domu z synkiem, której mąż zaginął w 1939 roku, prawdopodobnie trafił do Katynia. U nich w domu, na ulicy Modrzejewskiej w Sosnowcu, dzielono dzieci. Tłumy mieszkańców Sosnowca się kłóciły, kto przygarnie dziecko z Warszawy. Te dzieciaki, często z prostych rodzin, trafiały do nauczycieli, lekarzy...

Do kogo trafiła pani siostra?

            Siostra była u Krzywonia. On pochodził z Dąbrowy Górniczej, był dyrektorem lub współwłaścicielem kopalni. Kiedy w 1939 roku weszli Niemcy - to za nie podpisanie reischlisty, znalazł się w Mauthausen. Miał żonę i jedną córkę, która zrobiła przed wojną maturę i on ją wysłał na studia do Szwajcarii. Cały czas walczył o polskość [na Górnym Śląsku]. Kiedy wybuchła wojna, to stanął na głowie, żeby ściągnąć córkę do Polski, żeby była koło niego. Wsadzili go do Mauthausen. W 1942 roku go zwolnili. Wrócił do domu i okazało się, że żona podpisała reischlistę, a córka wyszła za mąż za Niemca, chyba gestapowca, jakiś był wysoko postawiony i załatwił zwolnienie z obozu koncentracyjnego.

            Krzywoń opuścił dom, pojechał do Sosnowca i wynajął mieszkanie u pani Gawędowej, żony oficera, który siedział w oflagu. Ona miała dwie córeczki w wieku Hanki. Wynajął u niej pokój i tam mieszkał, nikt nic nie wiedział o nim w Sosnowcu. Dopiero po wojnie opowiedział to wszystko mamie. To był Polak, ewangelik. On potem jeździł od obozu do obozu. W takim obozie w Berlinie był teść mojej córki Małgosi [Naimskiej]. Myśmy się po wielu latach zgadali, jak zaczęłam o Krzywoniu opowiadać. On mówi: „Słuchaj, Krzywoń wyciągnął mnie z obozu. Mama została w obozie, a mnie przywiózł do Sosnowca. Po wojnie mama mnie stamtąd odebrała".

Czyli pan Krzywoń wyciągał też ludzi z innych obozów pracy?

            Tak, on zaczął jeździć po obozach i wyciągał z nich dzieci. Nie brał za to ani grosza. W Sosnowcu wszyscy czekali na nowy transport warszawskich dzieci. Każdy chciał mieć u siebie dziecko z Warszawy.

Jak dużo dzieci ocalił?

            To trudno policzyć.

Ale było wiele takich wypraw?

            Tak! Wszystko się działo w mieszkaniu państwa Bargiełów. Mieszkaliśmy u nich na takiej facjatce. Byłyśmy na ich całkowitym utrzymaniu, bo nie miałyśmy grosza. Dopiero kiedy Rosjanie weszli do Sosnowca 26 stycznia 1945 r. - to wtedy działy się dantejskie sceny. Niemcy przed nimi uciekali. W domu u państwa Bargiełów pracował tylko pan domu i jego starsza córka. Znali biegle niemiecki i pracowali w biurach kopalni. Reszta domowników nie pracowała. My nie miałyśmy żadnych kartek, a oni nie mogli powiedzieć, że ktoś u nich mieszka, byliśmy tam nieoficjalnie. 

Kiedy przyjechał pan Krzywoń po was do obozu, wspomniała pani o tym, że komendant obozu był pijany. Krzywoń go upił?

            Tak, żeby podpisał te dokumenty. Upił go i podsunął mu do podpisania te papiery. Z tego powodu tyle to trwało, bo on czekał aż ten komendant się upije. Nikt nie wiedział, bo każdy był zajęty swoim dzieckiem. Potem nam powiedział, że nie mógł nas zostawić, bo Hania wypłakiwała oczy.

Czyli miał swoją skuteczną metodę i stosował ją w innych obozach.

            On wiedział, jak z Niemcami postępować. Później nie przywoził już dorosłych osób, tylko dzieci. Dzieci miał prawo zabierać z obozów.

            Takie dzieci trafiały nie tylko do Sosnowca, mój brat był w Przeworsku. Z nim było podobnie. On był na obozie [harcerskim] w Celestynowie. Przez Celestynów przeszedł front i bolszewicy ich strasznie ograbili. Zabierali chłopakom okulary, wieczne pióra. Zostali w krótkich spodenkach i koszulkach. Obóz prowadził harcmistrz z Poznania. Ostatni raz odwiedziłyśmy brata w niedzielę, tydzień przed Powstaniem. Jeździłyśmy tam co tydzień. Ten obóz był kapitalnie zorganizowany, w pięknym miejscu. Mieli być łącznikami do Warszawy, ale nie wiem ile w tym prawdy. Tej niedzieli, kiedy byłyśmy tam po raz ostatni, poszłyśmy na stację, żeby wrócić do Warszawy i już wtedy nie kursowały pociągi z Lublina. Musiałyśmy iść do Otwocka na piechotę. Podróż do Warszawy sprawiła nam wiele kłopotu. Kiedy dowiedziałyśmy się, ze pociągi nie kursują, bo Rosjanie są blisko, to wróciłyśmy do obozu zabrać brata. Podobnie zrobili wszyscy rodzice. Ten harcmistrz tłumaczył, że oni tu będą bezpieczniejsi niż w Warszawie i prosił, żeby ich nie zabierać. Tylko jedni państwo zabrali syna, a reszta posłuchała i zostawiła dzieci w Celestynowie.

            Po tym, jak przeszedł ten front i ograbił obóz, ten harcmistrz pojechał do Lublina. Powiedział tam, że ma grupę dzieci robotniczych z Warszawy i pytał co ma z nimi zrobić. Wszystkich ich przewieziono do Przeworska. Harcmistrz poszedł w Przeworsku do rady miejskiej i opowiedział jaka jest sytuacja. Poprosił, żeby każdy mieszkaniec dał ubranie zimowe dla jednego chłopca i codziennie obiad. Zamieszkali w bursie. Działali dalej jak na obozie harcerskim, każdy wiedział, co do niego należy. Wszyscy chodzili do szkoły, organizowali przedstawienia, a zysk z biletów wykorzystywali na zapewnienie śniadań i kolacji. Dostawali też parę groszy z rady miejskiej.

            W styczniu 1945 r. weszli bolszewicy, a pod koniec miesiąca ruszyłyśmy już do Warszawy, we dwie.

Czyli już wtedy wracała pani do Warszawy?

            Nie, jeszcze nie wracałam. Jechałyśmy, żeby się dowiedzieć, co się stało z bratem. Myślałyśmy, że on jest dalej w Celestynowie. Chciałyśmy sprawdzić, co się z nim dzieje i jak wygląda Warszawa. Pojechałyśmy do Częstochowy, a z Częstochowy był pociąg do Grodziska, a z Grodziska na piechotę do Warszawy. Dotarłyśmy późną nocą. Nocowałyśmy w domu mojej ciotki [Janiny Chowańczak przy ul. Lwowskiej], na takim tapczanie ze sprężynami na wierzchu, jeden płaszcz tylko na tym leżał.

Domu przy ul. Siennej już nie było?

            Nie, nie było. Dom przy Siennej to była już tylko kupa gruzów. Na Kredytowej i Wawelskiej też wszystko było spalone. Poszłyśmy pieszo do Wawra. Długo czekałyśmy, żeby przejść przez Wisłę, bo wojsko miało pierwszeństwo. W Wawrze kupiłyśmy pierwszą gazetę. Mama zaczęła czytać o polityce, a mi dała ostatnią stronę. Tam była notatka, że obóz w Celestynowie został przeniesiony do Przeworska i wymienione były wszystkie nazwiska chłopców. Było napisane, że rodzice muszą się osobiście zgłosić po dzieci. To ogłoszenie dawał harcmistrz, było w każdym „Życiu Warszawy". Czekałyśmy na pociąg do Lublina u dróżnika w Otwocku, czekałyśmy dwa dni. Pojechałyśmy do Lublina. Tam, naprzeciwko stacji, ludzie wynajmowali pokoje i krzesełka. Za krzesełko płaciło się 5 czy 10 złotych. Poszłyśmy do banku, żeby wymienić za kennkartę. Mi brakowało do 18 lat paru miesięcy, nie dostałam, ale mama dostała te 500 złotych. Trzeba było płacić za te krzesełka. Z Lublina ruszył pociąg do Rozwadowa. W Rozwadowie było to samo, trzeba było płacić za wszystko. Z Rozwadowa dojechałyśmy do Przeworska. Mój brat był mały, niski i grubas. Kiedy wyskoczyli ci wszyscy chłopcy - nie zauważyłam brata - a tu wyszedł chudy, długi jak patyk. Wracaliśmy  z powrotem do Sosnowca.

Wróciliście wszyscy razem do Sosnowca?

            Tak, a potem pojechaliśmy już do Warszawy. Mama nas spytała czy chcemy zostać w Sosnowcu, gdzie mogliśmy dostać poniemieckie mieszkanie, czy chcemy wrócić do Warszawy. Powiedzieliśmy, że chcemy do Warszawy. Mama nas ostrzegała, ze zastaniemy tam gruzy, ale my i tak chcieliśmy tu wrócić. W lutym już byliśmy w Warszawie.

Gdzie udało się w Warszawie zamieszkać?

            Na Zgoda 9, u mojej ciotki [Leokadii Cesarskiej]. Nie było tam nawet szyb w oknach. Tam przyjechała cała rodzina, nawet z Kresów, z Zachodu, ze Wschodu. Spaliśmy pokotem na podłogach. Gotowaliśmy zupę w takim wielkim saganie, nic więcej nie było. Pamiętam pierwszą Wielkanoc. Za pożyczone od kuzyna pieniądze kupiliśmy kilka jajek i pętko kiełbasy, żeby było na śniadanie Wielkanocne. Usiedliśmy do śniadania i okazało się, że nie ma kiełbasy. Padło podejrzenie na mojego brata, bo on był strasznie łakomy. Przysięgał na wszystkie świętości, że to nie on, że nawet nie widział tej kiełbasy. Wyjaśniło się po dwóch, czy trzech dniach. Ciocia sprzątała u swojego ukochanego pieska i znalazła patyk od kiełbasy.          Dzisiaj, jak patrzę na moje wnuczki, które są zmęczone, bo mają dzieci - przecież mają wszystko, pampersy... a co my wtedy przechodziliśmy - to im się nie mieści w głowach.

 Wstecz...


 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten