Informacje o projekcie  |  Informacje o uczestnikach projektu  |  Aktualności  |  Sponsorzy  |  Kontakt  | 
         

search szukaj
 

Relacja Janiny Loth-Borkowskiej


foto

Warszawa, 27.10.2009 r.

Wywiad z Janiną Loth-Borkowską ur. 30.11.1927 r.  Rozmawiał Stanisław Maliszewski

Tuż przed wybuchem Powstania mieszkała pani w centrum Warszawy.
           Na rogu ul. Siennej i Sosnowej. Mieszkałam z rodziną: z mamą, z siostrą i z bratem, który w lipcu 1944 roku był na obozie harcerskim w Celestynowie pod Warszawą. Obóz ten organizowany był pod płaszczykiem RGO. Było tam około trzydziestu chłopców, w wieku 13-14 lat.
Pani była najstarsza z rodzeństwa?
       Tak, byłam najstarsza. Siostra miała 11 lat, brat 14, a ja miałam niespełna 17.
Mam tutaj pani legitymację szkolną. Jeszcze przed Powstaniem chodziła pani do...
            To było gimnazjum i liceum im. Wandy Szachtmajerowej, która w czasie okupacji otworzyła szkołę pod nazwą Czwarty Żeński Miejski Kurs Krawiecko-Bieliźniarski. Nie chodziłyśmy na komplety, bo zajęcia miałyśmy w szkole. Przerabiałyśmy też normalny kurs. W 1944 roku zrobiłam małą maturę i zaczęły się wakacje.
Brała pani udział w Powstaniu Warszawskim. Kiedy wstąpiła pani do Armii Krajowej?
            Ja byłam w harcerstwie. Przed wojną byłam w zuchach. W 1939 roku, w lipcu (wtedy chodziłam do szkoły im. Anny Wazówny), harcerki wyjeżdżały na obóz harcerski i chciały zabrać z drużyny zuchów kilka dziewcząt. Pojechałyśmy we dwie. Nie pamiętam już nazwiska tej drugiej dziewczyny, na imię miała Usia. Byłyśmy jedynymi dziewczynkami z zuchów. Pojechałyśmy na obóz harcerski do Wojowej, koło Nowego Sącza. Strasznie mi się tam podobało. Pierwszy raz w życiu byłam na obozie harcerskim. Do Warszawy wróciłam zachwycona. Drugi miesiąc wakacji spędziłam z moimi kuzynkami, pod Warszawą. Wtedy wybuchła wojna. 
            Szkoła Wazówny jeszcze istniała w gmachu szkoły Górskiego. Niemcy pozajmowali wszystkie gmachy Reja i Wazówny, więc szkoła nie miała lokum. Przyjął nas Górski. Wyrzucili nas z Kredytowej, gdzie mieszkaliśmy przed wojną. Przeprowadziliśmy się na Ochotę, na ul. Wawelską. Mama stwierdziła, że skoro Niemcy szwendają się po całej Warszawie, nie powinnam jeździć przez całą Warszawę  do szkoły, więc przeniosła mnie do Szachtmajerowej, która była na ul. Radomskiej. Przez pierwsze dwa lata gimnazjum chodziłam do szkoły, ale nie było jeszcze tych kursów krawieckich. Dyrektorka ukrywała to wszystko, kręciła jak mogła. Wszędzie zaczęły powstawać szkoły zawodowe. Dyrektorka załatwiła, że trzecia i czwarta klasa gimnazjum zostały oficjalnie zmienione na kurs krawiecko-bieliźniarski.
Kto wprowadził panią do konspiracji? Jakaś koleżanka ze szkoły?
            Kiedy się przeprowadziliśmy się na Wawelską, wiosną 1941 roku, ktoś zapukał do naszych drzwi. Była to jedna z harcerek z tego obozu. Przyszła do mnie spytać się, czy chcę należeć do harcerstwa. Byłam oczarowana harcerstwem, więc zgodziłam się od razu. Naszą zastępową była Alina Patoczkówna, była ze dwa, trzy lata starsza ode mnie. W harcerstwie byłam do jesieni 1942 roku. Jesienią 1942 roku dostałam Krzyż Harcerski i wtedy zaczęli nas dzielić na sanitariat i łączność. Mogłyśmy same wybrać, gdzie chcemy trafić. Ja i kilka koleżanek poszłyśmy do łączności. Sanitariuszki cały czas miały kontakt z harcerstwem, a w łączności szkolili nas podoficerowie i oficerowie z Zegrza i powiedzieli nam, że koniec z harcerstwem. Miałyśmy być tylko w łączności, w wojsku. Składałyśmy przysięgę wiosną 1943 roku. 
            Cały czas nas szkolili. Przechodziłyśmy tam moc najprzeróżniejszych kursów. Od terenoznawstwa poczynając, poprzez musztry (to było śmieszne, bo zawsze ćwiczyłyśmy na bosaka, żeby sąsiedzi nie usłyszeli), po szkolenia z obsługi telefonu, telegrafu. Miałyśmy mnóstwo zajęć. Każda z nas był kolporterką „Biuletynu Informacyjnego". Tak spędzałyśmy czas aż do wybuchu Powstania.
Kiedy zaczęło się Powstanie Warszawskie pani była już w pełni wyszkoloną łączniczką. Do jakiego oddziału pani należała?
            Nie należałam do oddziału, my byłyśmy w tzw. składnicach meldunkowych. To była składnica meldunkowa „N" przy ulicy Moniuszki w szkole Gepnerówny. Pierwszy alarm był w piątek, 28 lipca. Wszystkie byłyśmy w punkcie meldunkowym. W sobotę rano nas wypuścili do domów. Ustanowiono dyżury, wiedziałyśmy, która kiedy miała przyjść. Miałyśmy ogłosić alarm, gdyby coś się działo. Przyszłam na swój dyżur w sobotę. Była tam kobieta, która prowadziła z nami zawsze musztrę. Ona była dużo od nas starsza. Powiedział mi, że zostałam oddelegowana do innego oddziału. Byłam tym przerażona. Tutaj miałam dużo koleżanek i ze szkoły, i z harcerstwa, i z łączności. Kazano mi się zgłosić na ulicę Elektoralną, róg Żelaznej. Ktoś miał tam przyjść, żeby się ze mną spotkać. Miał mieć gazetę, lub kwiatek, nie pamiętam. Ta osoba miała wydać mi dalsze rozkazy. Poszłam tam przerażona. To był dorosły mężczyzna - dla mnie wtedy - to był stary mężczyzna, choć mógł mieć 30 lat. Dał mi cały szereg adresów. To wszystko działo się w sobotę przed Powstaniem. 
            Miałam wszystkich zawiadomić, ze następnego dnia będzie odprawa o wyznaczonej godzinie. Kazał mi powtórzyć to wszystko dziesięć razy. Robiło się coraz później, niedługo zaczynała się godzina policyjna. Tak wszystko zaplanowałam, żeby zacząć od najdalszego adresu i zdążyć przed godzina policyjną do domu. Zawiadomiłam wszystkich po kolei. Wszystkie te adresy były w Śródmieściu, od Wilczej poczynając. Kiedy dotarłam na plac Trzech Krzyży zaczynała się już godzina policyjna. Ostatni adres miałam na rogu ul. Chmielnej i Nowego Światu. Wpadłam tam i zapukałam. Otworzył mi jakiś mężczyzna, jak tylko weszłam, zamknął drzwi i zaryglował. Poprosiłam, żeby nie zamykał drzwi , bo zaraz wychodzę. „Nie wypuszczę pani, bo jest godzina policyjna i szwenda się pełno Niemców" - odparł. Zdenerwowałam się. Powiedziałam mu, że mieszkam tuż obok i wtedy mnie wypuścił. Od bramy do bramy, jakoś dotarłam do domu. 
            W domu też miałam kłopoty z dozorcą, który się strasznie dziwił, że a to mnie nie ma na noc, a to jestem. Jak wyszłam w piątek, to wróciłam w sobotę rano. Zastanawiał się, gdzie ja byłam. Powiedziałam, że pojechałam do brata do Celestynowa, żeby zobaczyć, co tam się dzieje i nie zdążyłam na pociąg. Przychodziłam do domu o różnych godzinach, a dozorca był strasznie wścibski i ciekawski. 
            Ten, który wydawał mi rozkaz powiedział, że następnego dnia rano mam się zgłosić na ulicę Moniuszki, pod numer 2 lub 4 (to było tuż przy Placu Napoleona) i zameldować mu, jak wykonałam rozkaz. Poszłam tam rano, to była niedziela, wszędzie było pusto. Zapukałam, otworzyła mi gosposia. Powiedziałam do kogo przyszłam, a ona na to, że pan śpi i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Poszłam na Plac Napoleona. Było tam zupełnie pusto. Łaziłam po tym placu i myślałam, że pójdę tam później, po obiedzie. Połaziłam trochę i wróciłam tam po jakichś 15-20 minutach. Powtórzyło się to samo. Wróciłam na Moniuszki, tam gdzie była nasza placówka i zameldowałam mojej komendantce, że była taka sytuacja, i że nie wiem, co mam dalej zrobić. Powiedziała, że mam zostać u nich. 
            W poniedziałek rano przyszłam na dyżur i dostałam rozkaz wykonania planu Banku pod Orłami, ze wszystkimi przejściami, wyjściami, z zaznaczoną centralą telefoniczną. Trzasnęłam obcasami i poszłam. Pomyślałam: „Boże Święty! Nic, tylko się powiesić!". Nie wiedziałam, jak mam to zrobić, bo jak tylko bym weszła do banku, to spytano by się mnie do kogo przyszłam. Poszłam pod ten bank i chodziłam dookoła. Wisiały tam różne tabliczki, zaczęłam je czytać. Była tam tabliczka, że jest tam [firma] „Perun", a w „Perunie" pracował znajomy mojej mamy i mojej ciotki. Weszłam do budynku i od razu pojawił się woźny i spytał do kogo idę. Powiedziałam, że do pana Rojewskiego. Po chwili zjawił się ten znajomy ciotki. Wykombinowałam sobie, że jeżeli jest tutaj tyle instytucji, a na drugim piętrze jest „Perun", to jeżeli podam im plan „Peruna" - to reszta pięter będzie wyglądać tak samo. „Panie Tadeuszu, muszę mieć plan Peruna, ze wszystkimi wyjściami, przejściami, z centralą telefoniczną". Był zaskoczony - „Jak to plan Peruna, co ci do głowy strzeliło smarkata?". On był strasznym tchórzem, był przerażony - „Cicho bądź, idź do domu, potem do was wpadnę to porozmawiamy". Powiedziałam mu, że to jest rozkaz, i że muszę go wykonać, i to dzisiaj. Powtarzałam, że muszę mieć ten plan. On odparł, że nie wie skąd ma go wziąć. Ja mu na to, że jak nie wie, to niech mi go sam narysuje. Zadowolona poszłam do domu i po drodze wstąpiłam do sklepu papierniczego, kupiłam kalkę, kolorowe tusze, żeby elegancko przygotować ten plan. Po południu zjawił się Rojewski. Wszystkie materiały były przygotowane. Przyniósł stary plan, mówił, że tam niektóre przejścia są już zamurowane, albo przebite. Poprosiłam, żeby zaznaczył te zmiany na planie. Wykonał mi pięknie nowy plan. Następne go dnia, jak leciałam na dyżur, to skrzydła mi urosły.
Miała pani wykonane zadanie, które początkowo wydawało się niewykonalne.
            Tak, to było zadanie pozornie niemożliwe do wykonania przez kogoś takiego, jak ja. Zaniosłam plan komendantce i nie wiem, co stało się z nim dalej. Żadna z moich koleżanek nie wiedziała, kto zdobył ten plan. Dowiedziały się, że to ja, dopiero po wojnie. Pułkownik Malinowski w swojej książce pisze: „Nasz człowiek załatwił w Perunie plan", ale kim był ten nasz człowiek, nie wiedział [Kazimierz Malinowski, Żołnierze łączności walczącej Warszawy]. Jak dzisiaj się nad tym wszystkim zastanawiam... Zostałam tam, na Moniuszki ze swoimi koleżankami, więc byłam szczęśliwa.
Proszę opowiedzieć o koleżankach.
           Moją patrolową była „Lena", nazywała się Aniela Dreszer. Potem była ze mną moja przyjaciółka Teresa Kelmer „Teresa". Znałyśmy się ze szkoły Szachtmajerowej. Była tam też „Jaga" - ona już nie żyje - nazywała się Jadwiga Marczak, panieńskie nazwisko miała Kiliszek. Pamiętam, że jedna z koleżanek nie poszła do Powstania, matka jej nie puściła, zamknęła drzwi i koniec. Było mnóstwo dziewcząt, które przyłączyły się później. Pierwszej nocy przyszły dwie dziewczyny z Żoliborza, które już nie miały jak wrócić do siebie, więc zostały. Wszyscy się wymieszali. 
            Pierwszego dnia Powstania, kiedy zaczęły się strzały, podbiegłyśmy do okien i zobaczyłyśmy jak naprzeciwko, na Moniuszki młody chłopak w mundurze polskiego oficera wieszał flagę. O mało nie powypadałyśmy przez okna z czwartego piętra. To było niesamowite wrażenie, zobaczyć - po tylu latach okupacji - polski mundur i polską flagę.
Czy to był dla pani najbardziej wzruszający moment podczas Powstania?
            Było ich więcej, ale to była niezapomniana chwila. Jako pierwsza dostałam opaskę i meldunek. Miałam pobiec do „Peruna", to było niedaleko. Wyskoczyłam do bramy, a w bramie stał tłum ludzi, mieszkańców tego domu. Wejście było kawałek dalej. Prosiłam, żeby mnie przepuścili. - „A koleżanka dokąd?". Powiedziałam, że muszę iść. „Gdzie, co, jak, przecież tu strzelają" - zrobił się straszny szum i ci ludzie mnie nie puścili. Przyszła ta, która wydała mi rozkaz i zobaczyła , co się dzieje. Na ul. Moniuszki, pod numerem 1 albo 3, stał karabin maszynowy i strzelali w całą ulicę. Pościnali wszystkie gałęzie drzew. Wtedy, od strony Jasnej spuszczali mnie na lince z pierwszego piętra. Po przeciwnej stronie ulicy stał ktoś i robił zdjęcia (nigdy ich nie zobaczyłam). Zeszłam i przeleciałam prosto przez ulicę, kiedy nie strzelano. Poleciałam z meldunkiem. 
            Wieczorem, kiedy układałyśmy się spać, to było około 21.00, znów mnie zerwali i wysłali mnie z meldunkiem na Wolę. To meldunek do pułkownika „Waligóry" [Jana Tarnowskiego]. Miałam wyznaczoną trasę i powiedziano mi, że on jest na ul. Płockiej. Wzięłam ten meldunek i poszłam. Przebiegłam przez Marszałkowską, dobiegłam do rogu Świętokrzyskiej. Leżał tam trup, obrócony twarzą do ziemi. Cofnęłam się i wpadłam do pierwszej bramy i zaczęłam się zastanawiać, jak mam tam przejść. Zaczęłam pukać do bramy, ale nikt się nie odezwał. Brama była zamknięta na cztery spusty. Bałam się, że nie przejdę. Zaczynało się robić ciemno. Zastanawiałam się co zrobić dalej, nie mogłam wrócić, bo co miałabym powiedzieć, że się boję? Poszłam. Biegłam Pańską, Śliską. Wszędzie w bramach stały tłumy ludzi, na wszystkich bramach były flagi. Miałam na ramieniu opaskę, wszyscy mnie zatrzymywali i dopytywali się, gdzie idę. To robiło na ludziach wrażenie. Mówiłam im, że nie mam czasu. O 22.00 zatrzasnęły się wszystkie bramy, cisza, spokój, żywego ducha nie ma. Byłam już za ul. Mariańską, na Twardej, dalej pobiegłam Wronią i tam zobaczyłam pierwsze barykady. Przy tych barykadach leżały zwłoki. Byłam przerażona, ale biegłam dalej. Zegar na kościele Wszystkich Świętych zaczął bić dwunastą, a mi wszystkie włosy stanęły dęba ze strachu. Dobiegłam do rogu Towarowej i Grzybowskiej. Po przekątnej teraz jest tam Muzeum Powstania Warszawskiego. Zaczęłam walić do bramy. Pomyślałam, że jeśli nie odezwie się jakiś ludzki głos, to dalej nie pójdę. Bałam się. Po długim czasie ktoś się odezwał i spytał kto idzie. Powiedziałam, że jestem łączniczką, i że lecę na Wolę. Spytałam, gdzie jestem. - „Niech pani wraca, po przeciwnej stronie są Niemcy". Ja myślałam, że tam jest fabryka, a tam była elektrownia tramwajowa. - „Tam pod murem jeszcze leżą nasi ranni, niech pani wraca z powrotem". Pytałam którędy mam iść, ale on nie wiedział. Cofnęłam się i dobiegłam do Wolskiej, ta ulica wydawałam mi się taka szeroka. Niemcy świecili na ulicę reflektorem, raz robiło się jasno, a raz ciemno. Przeczekałam chwilę i kiedy było ciemno przebiegłam przez ulicę. Ktoś krzyknął: „Stać! Hasło!". Nie pamiętam, czy nie miałam podanego hasła, czy zapomniałam ze strachu. Wyszło trzech chłopaków i spytali dokąd idę. Powiedziałam im, że na Płocką. Zaczęli się ze mnie śmiać. Pytałam czemu się śmieją, a oni odpowiedzieli, że na Płockiej nie ma już naszych. Powiedziałam, że mam rozkaz udać się na Płocką do pułkownika „Waligóry". Powiedzieli mi, że pułkownik „Waligóra" jest na rogu Górczewskiej i Młynarskiej. - „My koleżankę zaprowadzimy" - zaproponowali. Po drodze opowiadali mi o swoich wyczynach. Zaprowadzili mnie na miejsce i oddałam meldunek. „Odprowadzimy koleżankę kawałek, boi się koleżanka? - pytali.  - „Nie, skąd" - choć w rzeczywistości byłam przerażona, bo nie wiedziałam, jak mam iść. Wyszłam od nich i pobiegłam na plac Kazimierza Wielkiego. Potem leciałam Sienną, skrzydła mi urosły. Parę kroków przed moim domem usłyszałam: „Halt!". Zamurowało mnie. Wyszło trzech chłopaków. Do mnie już nie docierało, że mówią po polsku. Pytali o hasło (hasło zmieniało się o północy). Spytałam czemu zatrzymali mnie po niemiecku, odpowiedzieli, że to z przyzwyczajenia. Napędzili mi stracha. Byłam taka szczęśliwa, kiedy biegłam Sienną, wszędzie wisiały flagi, wszędzie, na każdym domu.
Jak potoczyły się kolejne dni? Jakie miała pani zadania?
            Różne. Głównie nosiłam meldunki, ale ta droga na Wolę była moją najdłuższą trasą. Nie dawali mi już długich tras. Kilka dni później cały tłum ludzi przyszedł do nas z Woli. Przyszły łączniczki z tych składnic wolskich. To się wszystko zagęszczało.
Czyli głównie roznosiła pani meldunki po terenie Śródmieścia Północnego?
            Głównie tak. Poza tym, miałyśmy dyżury przy PKO, tam był szef łączności. Na hasło: „Kto na ochotnika?" - zgłaszałyśmy się wszystkie. Nie wolno nam było wychodzić bez pozwolenia. Wszystkie musiałyśmy siedzieć na miejscu i koniec. Z czwartego piętra przeniosłyśmy się do „Adrii", tam była kantyna, którą prowadziły peżetki. Tam przychodziły wszystkie oddziały, które zmieniały się na placówce, przychodzili, żeby coś zjeść. To była wcześniej niemiecka knajpa, więc była doskonale zaopatrzona. Kiedy zaczęli przychodzić ci uchodźcy z Woli, to codziennie nosiłyśmy kubły z zupą do kina „Palladium". Tam były matki z małymi dziećmi. To było niesamowite. My byłyśmy wtedy jeszcze bardzo młode, a starzy ludzie całowali nas po rękach za tę zupę. Chodziłyśmy też po chleb do piekarni na rogu Siennej i Sosnowej. Zawsze zgłaszałam się na ochotnika, bo mogłam wtedy - chociaż na sekundę - wpaść do domu.
W domu została mama z młodszą siostrą?
            Tak, bo brat był w Celestynowie. 18 sierpnia w „Adrię" łupnął ten pocisk.
Olbrzymi pocisk, kaliber 600 minimetrów z moździerza „Karl". Nie wybuchł na szczęście.
            Wszystkie stamtąd wyszłyśmy, kilka z nas było kontuzjowanych.
Ach, czyli była pani w „Adrii" w momencie, kiedy uderzył ten pocisk.
            Tak, byłam. Przeniosłyśmy się do „K1", tylko nie w „Perunie" na pierwszym piętrzę, ale w piwnicy. Tam był nasz sklep papierniczy „Urania". Spałyśmy na ryzach papieru, na regałach. Zdążyłyśmy się już zaprzyjaźnić. Były tam dwie dziewczyny z Żoliborza. Kiedy wróciłam wtedy z Woli, to było o trzeciej nad ranem, koleżanka powiedziała mi, że przyszły te dwie dziewczyny z Żoliborza, i że zostają u nas.
Jak się nazywały te koleżanki z Żoliborza?
            Barbara Pawłowska „Iza". Druga nazywała się Hanka - nie pamiętam nazwiska -   obecnie nazywa się Tarnowska i mieszka w Londynie. Cały czas mam z nią kontakt. Była też ta „Jaga", z którą byłam w jednym patrolu i „Zenka", czyli Krystyna Gromek. Spałyśmy na podłodze. Wieczorami leżałyśmy na brzuchach koło siebie i rozmawiałyśmy do północy. Nie mogłyśmy się nagadać. Kiedy byłyśmy w „Adrii" - to tam był jakiś skrzypek. Był tam też fortepian. Wieczorami dostawałyśmy teksty piosenek, miedzy innymi „Warszawskie dzieci". Śpiewałyśmy to jako pierwsze. Autorem tej piosenki był [Stanisław Ryszard] Dobrowolski. On pracował w BIP-ie i  drukował nam tekst, rozdawali go też oddziałom, które przychodziły coś zjeść. Siadał jeden do pianina, drugi brał skrzypce i wszyscy śpiewaliśmy. Nie wolno nam było tańczyć, ale często śpiewaliśmy, piosenki powstańcze, harcerskie. Byliśmy młodzi.
Były chwile na muzykę, na piosenkę...
            Dziewczyny, które paliły, handlowały z kolegami, dawały im papierosy, żeby przychodzili. Było wesoło.
Czego się pani najbardziej bała w Powstaniu?
            Że zostanę zasypana. Bombardowań i zasypania. Straszne były te „krowy". Miałyśmy koleżankę, która była poparzoną przez „krowę". Chodziłyśmy do niej do szpitala, ona leżała w PKO. Szpital zajmował dwa poziomy w podziemiu. Tam leżeli sami poparzeni. To był straszny widok. Ta nasza koleżanka zmarła. Masę miałam koleżanek po szpitalach.
           To się później wszystko kurczyło. Nie było już gdzie latać z meldunkami. Część z nas zaczęła pracować w wytwórni granatów. Pierwsze, które zaczynały tę pracę trafiły do takiej wytwórni granatów na ul. Siennej, za Sosnową. Ta wytwórnia została zniszczona. Kiedy ja zaczęłam tam pracować, to już była taka wytwórnia w podziemiach Gebethnera i Wolffa. Wchodziło się tam od Siennej, też była w piwnicy. Robiłyśmy tam granaty.
W jakim to było okresie?
            To była druga połowa sierpnia. Wrzesień spędziłyśmy już za Alejami.
Kiedy pani przeszła na drugą stronę Śródmieścia?
            Na gmach „Pod Orłami" spadła bomba i wypłoszyła nas wszystkie [4 września]. „K1" przeniosło się z Jasnej na ulicę Nowogrodzką. W Alejach Jerozolimskich była składnica meldunkowa „S". Tam było bardzo mało łączniczek, więc z innych składnic zabierali do „Eski". Poszło tam kilka naszych koleżanek. 
            Potem było już coraz mniej ludzi, z jedzeniem też było gorzej. Było powiedziane, że te dziewczyny, które mają kontakt z rodzinami, mogą wrócić (dostawały urlop). Moja koleżanka - ta, której brat zginął 1 sierpnia, powiedziała mi, że chyba wróci do domu, bo jej rodzice przeżywali prawdziwą tragedię po śmierci syna. Powiedziałam, że ja też wrócę. Mama się wtedy przeprowadziła za Aleje, do ciotki [Albiny Smyczyńskiej]. Musiałyśmy meldować się co drugi dzień w składnicy.
To już było pod koniec Powstania?
            Tak. Wtedy właściwie nie miałyśmy już co robić. Z jedzeniem i ze wszystkim było krucho. Już potem siedziałam w domu. Dzień przed kapitulacją przyszłyśmy się dowiedzieć, czy mamy wychodzić z oddziałem. Powiedzieli, że te, które mają kontakt z rodziną mają wyjść z rodziną. Mówili, że nie można Niemcom ufać, że to, że mówią dziś, że jesteśmy kombatantami, a jak zobaczą tyle młodych dziewcząt - to nie wiadomo, jak zareagują. Nikt nie chciał brać za nas odpowiedzialności. Bardzo dużo z nas poszło z rodzinami.
Pani uznała, że będzie pani wychodzić z mamą, siostrą i z ciocią?
            Tak. Szłyśmy cały boży dzień. To było 3 października. Poszłyśmy na plac Politechniki, potem ulicą 6 Sierpnia, Suchą, Filtrową, Wawelską i na piechotę do Ursusa. Wieczorem zaczęło padać. Kiedy przechodziliśmy koło Pola Mokotowskiego, ludzie się rzucali na pomidory, które tam rosły. Wszyscy byli głodni, a potem mieli problem z żołądkami. Niemcy nas pędzili, popychali kolbami. Doszliśmy do Ursusa. W Ursusie spędziliśmy chyba dwa dni. Z Ursusa wywieźli nas 5 października.
Czyli w Ursusie była pani z rodziną na terenie takiego mniejszego obozu przejściowego?
            Tak. Na tym dokumencie [Arbeitskarte] jest napisane, że zostałyśmy wywiezione 5 października. Wsadzili nas do bydlęcych wagonów i pojechaliśmy. Póki jechaliśmy przez tereny Generalnej Guberni, kolejarze podawali nam chleb, wodę - przez to okienko na górze, w wagonie. Staliśmy w Szczakowej dwa dni.
Nikt nie wiedział dokąd was wiozą.
           Nikt nie wiedział. Kiedy staliśmy w Szczakowej - polscy kolejarze, którzy tam pracowali (a to był Reich) - mówili, że w każdej chwili mogą nasz pociąg skierować do Oświęcimia. Ale Oświęcim był już ponoć tak zapchany, że nie przyjmował więcej transportów. Staliśmy dwa dni - jak się ludzie dowiedzieli, że do Oświęcimiu - to odgrywały się tam dantejskie sceny. Zresztą w czasie podróży ludzie raz modlili się, śpiewali patriotyczne pieśni, a za chwalę za łby się brali i robili awanturę o byle głupstwo. To był koszmar. Podczas drogi, raz na jakiś czas zatrzymywali wagony i wypuszczali ludzi, żeby się mogli załatwić. Otwierali na raz tylko jeden wagon, Niemcy stawali półkolem z karabinami, a przed nimi wszyscy się załatwiali.  
            Pewnej nocy pociąg stanął w lesie i otwarto wszystkie wagony jednocześnie i wszystkich wypędzili. Myśleliśmy, że to już jest koniec. Okazało się, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż przyjechał z zupą. Wtedy pierwszy raz widziałam tekturowe kubki. Byliśmy wszyscy strasznie wystraszeni. 
            Potem przejeżdżaliśmy koło Drezna, akurat kiedy był nalot [nie chodzi tu jednak o słynny dywanowy nalot aliantów z lutego 1945 r.] Boże, jak Niemcy zwiewali. Nasze wagony całe skakały z radości. Jak oni uciekali! Jak oni się strasznie bali! 
            Po tygodniu przyjechaliśmy do Lipska (Leipzig). Zakwaterowano nas w pustej szkole. Tam siedzieliśmy dosyć długo, parę dni. Wydali nam tam dokumenty.
Cały czas była pani z mamą i siostrą?
           Tak. Pewnego dnia wszystkim zaczęli przyczepiać do ubrań takie znaczki, każdy w innym kolorze. Kolory oznaczały wyjazd do Hannoveru, Drezna lub Wrocławia (Breslau). My dostałyśmy Hannover. Matka poleciała do tego komendanta, żeby mu powiedzieć, że my chcemy do Breslau. Po co do Hannoveru pod bomby alianckie, chcieliśmy w naszym kierunku. On powiedział, że jeżeli znajdziemy tyle osób ile jest nas, które będą się chciały z nami zamienić, to możemy jechać do Breslau. Wszyscy chcieli do Hannoveru, [bo tam przyjdą] Anglicy, Amerykanie. Nie było żadnej trudności, żeby się zamienić. 
            Zawieźli nas do Wrocławia, a stamtąd taką ciuchcią pojechaliśmy do Sulau koło Milicza. To był olbrzymi piękny majątek z pięknym parkiem. Tam była zbudowana taka chatka pustelnika i tam siedział taki pustelnik podparty nad wielką księgą. Park był przepiękny. Kobiety były zakwaterowane w owczarni (oczywiście śladu po owcach nie było), a mężczyźni w cegielni. Kiedy przyjechaliśmy, były już tam Ukrainki, Czeszki i Francuzki. Dach tam przeciekał, lalo się na nas, kiedy padał deszcz. Coś strasznego. Spałyśmy pokotem na słomie. Po paru dniach, Czeszki i Francuzki zaczęły robić awantury, że napiszą skargę do MCK, że tak nie można ludzi traktować. Strasznie rozrabiały, tak bardzo, że któregoś dnia zniknęły. Potem pytałyśmy, co się z nimi stało i powiedziano nam, że zostały przeniesione do szkoły jako dolmeczerki, a przecież żadna z nich nie mówiła po niemiecku. 
           Moja mama przeżyła rewolucję w Rosji, była też na Ukrainie i mówiła, że tam wszyscy - to byli analfabeci, a te wszystkie dziewczyny, które były z nami pisały. Mama nie mogła w to uwierzyć. To były młode dziewczyny, a cały czas coś pisały, jakieś listy wysyłały. Zawsze rano były gotowe do roboty, a potem przychodziły i robiły, co chciały. Kiedyś wszedł lagerführer i zaczął im robić awanturę o palenie papierosa, a jedna z nich zdjęła drewniak i wyrżnęła mu nim. Wyszedł bez słowa z tej owczarni.
A gdzie pani pracowała?
            Pracowałam przy kopaniu okopów i u bauera przy wyrywaniu buraków cukrowych. Te buraki były takie wielkie, że jak człowiek wyrwał jeden, to leżał.
Czy mama pracowała razem z panią?
            Mama i siostra pracowały w kuchni. Moja siostra od urodzenia miała kłopoty z oskrzelami, kasłała całe noce. Zaczął się szum, żeby mama coś z tym zrobiła, bo siostra wszystkich budziła. Mama poszła do lagerführera i poprosiła, żeby dali siostrze jakąś pracę w owczarni, a nie na świeżym powietrzu. Tam było mnóstwo dzieci i one też pracowały w kuchni, ale na świeżym powietrzu obierały kartofle. Deszcz siąpił, dzieci marzły.
           Pewnego dnia, w listopadzie, zjawił się w kuchni jakiś mężczyzna. Przyjechał z Sosnowca po dwie panie, znajome jego znajomej, które miały powyżej 60 lat i nie obowiązywał je nakaz pracy. W Arbeitsamcie sosnowieckim załatwił, że mogą być zwolnione z obozu, bo utrzyma je rodzina w Sosnowcu. Jak zobaczył dzieci pracujące w kuchni, to się prawie popłakał. Zaczął pytać, co te dzieci tu robią. W odpowiedzi usłyszał, że zostały wywiezione z Warszawy, że muszą pracować, żeby mieć co jeść.
To były dzieci w wieku pani siostry i młodsze?
            Tak. Ten mężczyzna stał, patrzył na te dzieci i mówi: „Nie wiem, co mam zrobić. W tej chwili mogę zabrać jedno dziecko ze sobą, ale ja te wszystkie dzieci stąd wezmę. Ja się odezwę". Wszystkie te kobiety zaczęły się bulwersować, że przyjechał jakiś handlarz dziećmi. Moja mama podeszła do niego i powiedziała: „Jak pan chce zabrać, to niech pan weźmie moją córkę, bo ona inaczej nie przeżyje tego obozu". Przedstawili się sobie i okazało się, że on znał nasze nazwisko.
Jak się nazywał ten pan?
           Jerzy Krzywoń. Zabrał moją siostrę tak jak stała i pojechali na dworzec. Wywołało to w obozie ogromny szum. Wytykano matkę palcami, mówili, że to nie matka, taka która oddaje dziecko obcym. Po tygodniu przyszedł list od Hanki. Pisała, że śpi w prawdziwym łóżku, że dostała piżamę i nową sukienkę, że są dwie dziewczynki w jej wieku. List został głośno odczytany, żeby skończyły się rozmowy o mojej matce. Zaczęła się zazdrość. 
            Po jakimś czasie przyszedł do mamy list od pana Krzywonia. Napisał, że przyjeżdża, i żeby w dniu jego przyjazdu wszystkie dzieci były gotowe, bo zabierze je wszystkie, bo każdy z obywateli Sosnowca chce przygarnąć dziecko z Warszawy. Wyznaczonego dnia, po powrocie z pracy, szybko zapadał zmierzch. Zgaszono światło i kazano nam iść spać. Tego pana nie było. Ludzie byli zbulwersowani, ale zaczęli się kłaść. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł pan Krzywoń i pijany dowódca obozu. Krzywoń podał mamie listę i powiedział, że osoby na niej wymienione mają stanąć z boku, bo lagerführer musi podpisać, że się zgadza na wyjazd. Mama wyczytała te wszystkie dzieci, po kolei. Było ich dużo, dwanaścioro, a może nawet piętnaścioro. Powiedział, że mamy stanąć koło tych dzieci - ja, mama, ciotka i jeszcze nasza gosposia [Franciszka Bednarczyk]. Lagerführer podpisał. Jeszcze nie wszyscy zdążyli się zorientować, co się dzieje, a pan Krzywoń powiedział, że mamy biec na dworzec. Dobiegliśmy na dworzec i kolejką wąskotorową dojechaliśmy do Wrocławia. Na peronie we Wrocławiu powiedział nam, że ma bilety na pociąg, ale że musimy całą drogę udawać, że śpimy, bo Polakom nie wolno jeździć pospiesznymi pociągami. Powiedział, że on wszystko załatwi pod warunkiem, że my nie będziemy nic mówić. Udało nam się dojechać do Sosnowca. To wszystko było na jego koszt, my nie miałyśmy przy sobie ani grosza.
Kim był ten pan Krzywoń?
            Zaraz wszystko opowiem. Rozdział wszystkich dzieci odbywał się w mieszkaniu u państwa Bargiełów. To było małżeństwo. Mieszkała tam też matka, dwie córki i siostra pana domu z synkiem, której mąż zaginął w 1939 roku, prawdopodobnie trafił do Katynia. U nich w domu, na ulicy Modrzejewskiej w Sosnowcu, dzielono dzieci. Tłumy mieszkańców Sosnowca się kłóciły, kto przygarnie dziecko z Warszawy. Te dzieciaki, często z prostych rodzin, trafiały do nauczycieli, lekarzy...
Do kogo trafiła pani siostra?
           Siostra była u Krzywonia. On pochodził z Dąbrowy Górniczej, był dyrektorem lub współwłaścicielem kopalni. Kiedy w 1939 roku weszli Niemcy - to za nie podpisanie reischlisty, znalazł się w Mauthausen. Miał żonę i jedną córkę, która zrobiła przed wojną maturę i on ją wysłał na studia do Szwajcarii. Cały czas walczył o polskość [na Górnym Śląsku]. Kiedy wybuchła wojna, to stanął na głowie, żeby ściągnąć córkę do Polski, żeby była koło niego. Wsadzili go do Mauthausen. W 1942 roku go zwolnili. Wrócił do domu i okazało się, że żona podpisała reischlistę, a córka wyszła za mąż za Niemca, chyba gestapowca, jakiś był wysoko postawiony i załatwił zwolnienie z obozu koncentracyjnego. 
            Krzywoń opuścił dom, pojechał do Sosnowca i wynajął mieszkanie u pani Gawędowej, żony oficera, który siedział w oflagu. Ona miała dwie córeczki w wieku Hanki. Wynajął u niej pokój i tam mieszkał, nikt nic nie wiedział o nim w Sosnowcu. Dopiero po wojnie opowiedział to wszystko mamie. To był Polak, ewangelik. On potem jeździł od obozu do obozu. W takim obozie w Berlinie był teść mojej córki Małgosi [Naimskiej]. Myśmy się po wielu latach zgadali, jak zaczęłam o Krzywoniu opowiadać. On mówi: „Słuchaj, Krzywoń wyciągnął mnie z obozu. Mama została w obozie, a mnie przywiózł do Sosnowca. Po wojnie mama mnie stamtąd odebrała".
Czyli pan Krzywoń wyciągał też ludzi z innych obozów pracy?
            Tak, on zaczął jeździć po obozach i wyciągał z nich dzieci. Nie brał za to ani grosza. W Sosnowcu wszyscy czekali na nowy transport warszawskich dzieci. Każdy chciał mieć u siebie dziecko z Warszawy.
Jak dużo dzieci ocalił?
           To trudno policzyć.
Ale było wiele takich wypraw?
            Tak! Wszystko się działo w mieszkaniu państwa Bargiełów. Mieszkaliśmy u nich na takiej facjatce. Byłyśmy na ich całkowitym utrzymaniu, bo nie miałyśmy grosza. Dopiero kiedy Rosjanie weszli do Sosnowca 26 stycznia 1945 r. - to wtedy działy się dantejskie sceny. Niemcy przed nimi uciekali. W domu u państwa Bargiełów pracował tylko pan domu i jego starsza córka. Znali biegle niemiecki i pracowali w biurach kopalni. Reszta domowników nie pracowała. My nie miałyśmy żadnych kartek, a oni nie mogli powiedzieć, że ktoś u nich mieszka, byliśmy tam nieoficjalnie. 
Kiedy przyjechał pan Krzywoń po was do obozu, wspomniała pani o tym, że komendant obozu był pijany. Krzywoń go upił?
            Tak, żeby podpisał te dokumenty. Upił go i podsunął mu do podpisania te papiery. Z tego powodu tyle to trwało, bo on czekał aż ten komendant się upije. Nikt nie wiedział, bo każdy był zajęty swoim dzieckiem. Potem nam powiedział, że nie mógł nas zostawić, bo Hania wypłakiwała oczy.
Czyli miał swoją skuteczną metodę i stosował ją w innych obozach.
            On wiedział, jak z Niemcami postępować. Później nie przywoził już dorosłych osób, tylko dzieci. Dzieci miał prawo zabierać z obozów. 
            Takie dzieci trafiały nie tylko do Sosnowca, mój brat był w Przeworsku. Z nim było podobnie. On był na obozie [harcerskim] w Celestynowie. Przez Celestynów przeszedł front i bolszewicy ich strasznie ograbili. Zabierali chłopakom okulary, wieczne pióra. Zostali w krótkich spodenkach i koszulkach. Obóz prowadził harcmistrz z Poznania. Ostatni raz odwiedziłyśmy brata w niedzielę, tydzień przed Powstaniem. Jeździłyśmy tam co tydzień. Ten obóz był kapitalnie zorganizowany, w pięknym miejscu. Mieli być łącznikami do Warszawy, ale nie wiem ile w tym prawdy. Tej niedzieli, kiedy byłyśmy tam po raz ostatni, poszłyśmy na stację, żeby wrócić do Warszawy i już wtedy nie kursowały pociągi z Lublina. Musiałyśmy iść do Otwocka na piechotę. Podróż do Warszawy sprawiła nam wiele kłopotu. Kiedy dowiedziałyśmy się, ze pociągi nie kursują, bo Rosjanie są blisko, to wróciłyśmy do obozu zabrać brata. Podobnie zrobili wszyscy rodzice. Ten harcmistrz tłumaczył, że oni tu będą bezpieczniejsi niż w Warszawie i prosił, żeby ich nie zabierać. Tylko jedni państwo zabrali syna, a reszta posłuchała i zostawiła dzieci w Celestynowie. 
           Po tym, jak przeszedł ten front i ograbił obóz, ten harcmistrz pojechał do Lublina. Powiedział tam, że ma grupę dzieci robotniczych z Warszawy i pytał co ma z nimi zrobić. Wszystkich ich przewieziono do Przeworska. Harcmistrz poszedł w Przeworsku do rady miejskiej i opowiedział jaka jest sytuacja. Poprosił, żeby każdy mieszkaniec dał ubranie zimowe dla jednego chłopca i codziennie obiad. Zamieszkali w bursie. Działali dalej jak na obozie harcerskim, każdy wiedział, co do niego należy. Wszyscy chodzili do szkoły, organizowali przedstawienia, a zysk z biletów wykorzystywali na zapewnienie śniadań i kolacji. Dostawali też parę groszy z rady miejskiej. 
           W styczniu 1945 r. weszli bolszewicy, a pod koniec miesiąca ruszyłyśmy już do Warszawy, we dwie.
Czyli już wtedy wracała pani do Warszawy?
            Nie, jeszcze nie wracałam. Jechałyśmy, żeby się dowiedzieć, co się stało z bratem. Myślałyśmy, że on jest dalej w Celestynowie. Chciałyśmy sprawdzić, co się z nim dzieje i jak wygląda Warszawa. Pojechałyśmy do Częstochowy, a z Częstochowy był pociąg do Grodziska, a z Grodziska na piechotę do Warszawy. Dotarłyśmy późną nocą. Nocowałyśmy w domu mojej ciotki [Janiny Chowańczak przy ul. Lwowskiej], na takim tapczanie ze sprężynami na wierzchu, jeden płaszcz tylko na tym leżał.
Domu przy ul. Siennej już nie było?
            Nie, nie było. Dom przy Siennej to była już tylko kupa gruzów. Na Kredytowej i Wawelskiej też wszystko było spalone. Poszłyśmy pieszo do Wawra. Długo czekałyśmy, żeby przejść przez Wisłę, bo wojsko miało pierwszeństwo. W Wawrze kupiłyśmy pierwszą gazetę. Mama zaczęła czytać o polityce, a mi dała ostatnią stronę. Tam była notatka, że obóz w Celestynowie został przeniesiony do Przeworska i wymienione były wszystkie nazwiska chłopców. Było napisane, że rodzice muszą się osobiście zgłosić po dzieci. To ogłoszenie dawał harcmistrz, było w każdym „Życiu Warszawy". Czekałyśmy na pociąg do Lublina u dróżnika w Otwocku, czekałyśmy dwa dni. Pojechałyśmy do Lublina. Tam, naprzeciwko stacji, ludzie wynajmowali pokoje i krzesełka. Za krzesełko płaciło się 5 czy 10 złotych. Poszłyśmy do banku, żeby wymienić za kennkartę. Mi brakowało do 18 lat paru miesięcy, nie dostałam, ale mama dostała te 500 złotych. Trzeba było płacić za te krzesełka. Z Lublina ruszył pociąg do Rozwadowa. W Rozwadowie było to samo, trzeba było płacić za wszystko. Z Rozwadowa dojechałyśmy do Przeworska. Mój brat był mały, niski i grubas. Kiedy wyskoczyli ci wszyscy chłopcy - nie zauważyłam brata - a tu wyszedł chudy, długi jak patyk. Wracaliśmy  z powrotem do Sosnowca.
Wróciliście wszyscy razem do Sosnowca?
            Tak, a potem pojechaliśmy już do Warszawy. Mama nas spytała czy chcemy zostać w Sosnowcu, gdzie mogliśmy dostać poniemieckie mieszkanie, czy chcemy wrócić do Warszawy. Powiedzieliśmy, że chcemy do Warszawy. Mama nas ostrzegała, ze zastaniemy tam gruzy, ale my i tak chcieliśmy tu wrócić. W lutym już byliśmy w Warszawie.
Gdzie udało się w Warszawie zamieszkać?
            Na Zgoda 9, u mojej ciotki [Leokadii Cesarskiej]. Nie było tam nawet szyb w oknach. Tam przyjechała cała rodzina, nawet z Kresów, z Zachodu, ze Wschodu. Spaliśmy pokotem na podłogach. Gotowaliśmy zupę w takim wielkim saganie, nic więcej nie było. Pamiętam pierwszą Wielkanoc. Za pożyczone od kuzyna pieniądze kupiliśmy kilka jajek i pętko kiełbasy, żeby było na śniadanie Wielkanocne. Usiedliśmy do śniadania i okazało się, że nie ma kiełbasy. Padło podejrzenie na mojego brata, bo on był strasznie łakomy. Przysięgał na wszystkie świętości, że to nie on, że nawet nie widział tej kiełbasy. Wyjaśniło się po dwóch, czy trzech dniach. Ciocia sprzątała u swojego ukochanego pieska i znalazła patyk od kiełbasy.          Dzisiaj, jak patrzę na moje wnuczki, które są zmęczone, bo mają dzieci - przecież mają wszystko, pampersy... a co my wtedy przechodziliśmy - to im się nie mieści w głowach.
Jak się potoczyło pani życie w tych pierwszych, powojennych latach?
            Skończyłam liceum. Jeździłam do Szachtmajerowej do Komorowa. Szłam ze Zgoda na ul. Niemcewicza, stamtąd ruszała kolejka EKD (teraz nazywa się WKD), jechałam do Komorowa. Zimą - jak wracałam - to po ciemku, przez te gruzy, przez całą Ochotę. Człowiek się wtedy nie bał chodzić po Warszawie, teraz się ludzie boją. Po całym mieście chodziło się pieszo.
Gdzie do szkół chodzili siostra i brat?
            Siostra, po powrocie do Warszawy, bardzo chorowała i mama ją wywiozła do Rabki do Nazaretanek. Była tam chyba cztery lata. Brat poszedł do [liceum] Batorego, później do Konopnickiej, a potem do Milanówka. On był bardziej zajęty sportem niż nauką. Skończył tę jedwabniczą szkołę w Milanówku i pojechał do Łodzi, bo interesowało go farbiarstwo. Tam studiował na Politechnice. Nie udało mu się skończyć tej uczelni, bo musiał iść do wojska. Wzięli go do karnych batalionów, do kopalni. On miał 6 lat, jak zginał ojciec.
Gdzie zginął ojciec?
            Z generałem Dreszerem, jeszcze przed wojną, w 1936 roku [w katastrofie lotniczej zginęli: gen. dyw. Gustaw Orlicz-Dreszer, ppłk. dypl. Stefan Loth i pilot - kpt. Aleksander Łagiewski]. Brat bał się tej kopalni, jak diabła. Miał tam wypadek. Urwały się wózki, z jednego z kolegów została miazga, drugiemu ucięło nogi, mój brat miał pękniętą miednicę. Byłyśmy bardzo zdziwione, gdy przyszedł list z kopalni, bo byłyśmy przekonane, że on jest w wojsku. Chciałam interweniować, ale prosił, żebym nic nie robiła, bo będzie jeszcze gorzej. To były te karne bataliony. Wszystkim tłumaczono, że to są przestępcy.
Co się z nim stało po tym wypadku, trafił do szpitala?
            Tak, był w Zabrzu w szpitalu. Kiedy wrócił, strasznie się bał. Porucznikowi, który tam dowodził zaczął pisać przemówienia 1-Majowe. Potem porucznik zrobił maturę, a brat pracował w kancelarii u niego. Kiedy brat wrócił z wojska, to mama dostała pochwalny list, że wychowała takiego syna-patriotę. Najpierw bandyta, a potem patriota, bo pan porucznik maturę zrobił. To były czasy niesamowite.
Czy pani poszła na studia?
            Nie. Pracowałam i szybko wyszłam za mąż.
A gdzie pani pracowała?
            Pierwsza moja praca była w PZPN. Tam było mnóstwo przedwojennych kolegów taty. (Mój ojciec był jednym z czołowych piłkarzy Warszawy, a stryjek Jan Loth był słynnym bramkarzem. Potem ojciec był selekcjonerem w PZPN). Odeszłam z PZPN, kiedy zaczął się GKKF i zaczęli robić swoje porządki.
Na jakim stanowisku pracowała pani w PZPN?
           Byłam urzędniczką. Potem odeszłam. Wyszłam za mąż, chowałam dzieci, wnuki. Teraz mam już sześcioro prawnucząt, siódme w drodze. Już czas odpocząć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Wstecz...


Karta pracy Janiny Loth wydana w Lipsku 15  X 1944 (awers)
Karta pracy Janiny Loth wydana w Lipsku 15 X 1944 [...]
Karta Pracy Janiny Loth wydana w Lipsku 15 X 1944 (rewers)
Karta Pracy Janiny Loth wydana w Lipsku 15 X 1944 [...]
Legitymacja szkolna Janiny Loth, Warszawa 1943 (awers)
Legitymacja szkolna Janiny Loth, Warszawa 1943 (aw [...]
Legitymacja szkolna Janiny Loth, Warszawa 1943 (rewers)
Legitymacja szkolna Janiny Loth, Warszawa 1943 (re [...]
 
Materiały dodatkowe
         
 
search szukaj
 
   

Copyright © Muzeum Warszawy :: 2007

   
  Projekt jest realizowany przez Muzeum Warszawy we współpracy z Archiwum Państwowym m. st. Warszawy oraz niemiecką fundację Stiftung Niedersachsische Gedenkstatten